Grzesznik pozbawiony godności…

Kim jesteś, kim chcesz być, za kogo siebie uważasz? Często zadaję sobie takie pytanie. Nie wiem kim chcę być i za kogo chciałbym siebie uważać. Wiem jedynie, że jestem grzesznikiem pozbawionym godności… a cała reszta nie ma sensu.

Zdaję sobie sprawę, że sam sobie robię krzywdę i zamknięty jak motyl w słoiku próbuję wydostać się ze swojego ciała, które stało się grobowcem mojej duszy. Płaczę bez łez, krzyczę bez dźwięku, smucę się uśmiechem – tak wyglądam każdego dnia. Nic z tej terapii u psychologa nie będzie… Co prawda celem jej stało się znalezienie wspólnych pierwiastków moich „partnerów”, „znajomych” i mnie samego – analogii, która się powtarzała się w każdej znajomości czy miłości. Chodzi tu o to, co najbardziej mnie niszczy czy niszczyło. Doszliśmy do omówienia (w wielkim skrócie) relacji Ja & Paweł S. i zostało stwierdzone, że to nie związki, a przyjaźń z Radkiem rozdarła mnie kawałki…

I tak tego nie przeczytasz… Jednak rozdarłeś mnie i nie mam Ci tego za złe. Pomogłem Ci, bo ufałem… dostałem od Ciebie jeszcze bardziej w dupę niż się spodziewałem.

Od kilku dni czuję jakbym był rozrywany przez coś od środka, jakbym zaraz miał wybuchnąć… Łatwo się denerwuje, jestem niezdarny, nie umiem zająć się niczym – nawet tym, by napisać coś na blogu. Straciłem zupełnie wątek…

Smutne oczy i mordercy ludzkiej godności…

Kiedy mój czas się wyczerpie, ostatkiem słów powiem do losu – daj mi choć iskierkę – nadziei, bym wiedział, że i ja nie przypadkiem byłem na tym świecie…

Drodzy czytelnicy, moja osoba nie ubłagalnie chyli się ku upadkowi. Wiele rzeczy w historii naszego świata upadło – upadła żelazna kurtyna, upadło Cesarstwo Rzymskie i wiele razy upadły anioły… I każdy z nas upada na kolana i prosi swojego Boga lub losu o to, by skrócił mękę i zamknął smutne nocy.

Ostatnie dni dla mnie i dla bloga były milczeniem duszy, ciała i sumienia… leki, alkohol i YouTube – dawały mi wytchnienie i możliwość jakiegoś funkcjonowania, tylko czy to można nazwać funkcjonowaniem?

Jak czują cię Ci, co za to bezpośrednio odpowiadają? Całują i masturbują się przy kolejnych, czy kupują w ramach przeprosin coś i mówią, że nie chcą niczego kończyć? Jak się czujecie mordercy ludzkiej godności i chęci do życia?

Wiem, że nikogo to nie obchodzi, ale czułem się zobowiązany wejść tu po kilku dniach i choć napisać jak się czuję i żyję. Jeśli tu wchodzicie stale i czekaliście na ten artykuł, to wam serdecznie dziękuję i trzymam Was w swoim poranionym i pustym na zawsze sercu.

Wycieraj szmato przeszłość…

Wycieram każdego dnia przeszłość… wycieram i wytrzeć nie mogę – to ja wykręcona szmata…

No nic… nie odzywajcie się, wódka mnie zrozumiała. Wczoraj się upiłem, zasnąłem i wstałem wypoczęty rano jak nigdy. Dziś powtórka z rozrywki, zaraz zacznę pić żubrówkę, bo taka akurat się wyciągnęła z szafy. Tyle lat leżała nie napoczęta, jednak widocznie nie było jej przeznaczeniem rozpić ze znajomymi, tylko samemu. Piję z gwinta bez popijania innym płynem. Wystarczy szybko połknąć, by nie czuć jej smaku… pomaga… pomaga zapomnieć i odzyskać resztki godności, której już praktycznie nie ma.

To ja szmata „3z” – zaprosić, zaliczyć, zostawić…

Biber’com się w dupie poprzewracało…

Dokonałem w nocy prywatnego śledztwa odnośnie tego, że ktoś bez mojej wiedzy i woli puścił informację do mojego rodzeństwa, że jestem gejem. Co prawda było to już jakiś czas temu, a sprawca został „wydany” i sprawa już ucichła. Jednak mimo tego, coś mnie podkusiło by to sprawdzić i dowiedzieć się z jakiego portalu gnida korzystała…

Pamiętam to jak dziś, tuż przed obroną wpada do kuchni najebany w cztery dupy brat. Myślałem, że zabił żonę w pierwszym momencie, ale zaczął mnie wypytywać o moją seksualność (czy jestem pedałem). Twierdził, że ktoś mu pokazał w Internecie, że jest moje zdjęcie i wiele danych się zgadza. No cóż… nie potwierdziłem, tylko na spokojnie zacząłem się śmiać i powiedziałem, że ktoś sobie najwidoczniej jaja robi. Widziałem, że jak bym potwierdził, to by pewnie mnie zajebał w tej kuchni pierwszym lepszym nożem, albo bym miał „sajgon” i wizytę umoralniająco-nawracającą co drugi dzień i każdy weekend z tej okazji. Dodatkowo by rozpowiedział każdej napotkanej i znanej osobie, bo przecież to gnida społeczna, złodziej i alkoholik szukający taniej sensacji.

Sytuacja znalezienia alibi była o tyle dobra, że w tamtym okresie byłem „osobą publiczną” i mogłem to łatwo zatuszować. Po jakimś czasie uwierzył, że to nie jest prawda i powiedział mi kto to był… Matka pewnej 15- latki z Siedlec, którą ona poinformowała… Mi osobiście jest bardziej straszna myśl, co robi 15 latka na portalu LGBT, niż to, że prawie samodzielny 24 latek ssie kutasy…

Wynik mojego nocnego dochodzenia potwierdził informację od mojego brata. Jednak moje zaskoczenie było ogromne, że to biberowate EMO z porytą psychiką udaje lesbijkę wraz z… siostrą, która ma może 10-11 lat. Nie wiem, nie interesuje mnie to. To problem tylko i wyłącznie ich…

Jednym zdaniem się gimbazowtym Biber’com w dupie poprzewracało… Podobnie jak ich mamusi, co wiarę zmienia jak rękawiczki w jednym roku katoliczka, w drugim świadek Jehowy, zaś w kolejnym adwentystka dnia siódmego… czekam, aż i ona zacznie interesować się cipkami jak jej córki!

I niech ktoś mi powie, że Siedlce są normalne?

Królewskie znajomości…

Poznajcie moich znajomych: Mieszka, Bolesława, Kazimierza, Władysława i Zygmunta. Wiecie co ich łączy? Byli Królami Polski. A co łączy ich jeszcze? Są na na awersach banknotów będących obecnie w obiegu.

Jesteś bogaty, ładnie się ubierasz, masz wykształcenie i jakiś tam wygląd? No to masz wielu znajomych… Obracasz się w tłumie i jesteś lubiany przez innych i nikt o Tobie nie zapomina. Tylko jakie to znajomości dla ich królewskiej mości? Tracisz kasę, jesteś śmieciem…

Podobnie jak z kasą jest ze znajomościami dla jakiegoś interesu… mnie to dotknęło nie raz. Mogę policzyć na palcach jednej ręki osoby, które bezinteresownie podchodziły i podchodzą do znajomości. Reszta podchodziła bezinteresownie do czasu uzyskania zaufania i wtedy wykorzystywała i wysysała całą energię w celu osiągnięcia swojego celu. Następnie odchodziła…

Czy warto mieć przyjaciół dla królów, czy lepiej być samemu, a przyjaciółmi nazywać swoje problemy i komputer?

Lek na uspokojenie i (…) 0,5 litra…

Czuję się co raz gorzej… jednak znalazłem sposób by wieczorem pozbyć się wspomnień: 2 x lek na uspokojenie i 250 gram wódki i świat staje się piękniejszy.

Nie potrafię sobie już pomóc… Chyba odwołam te wizyty u psychologa, bo to nie ma sensu. Straciłem wolę walki jak tracę wszystko. Nie mam nikogo, jetem beznadziejnym facetem pozbawionym chęci życia. Przez kogo tylko? No oczywiście, że przez siebie, bo nie potrafiłem i nie potrafię z tego wyjść. A to co było wcześniej to tylko dodatkowe środki, świadomie wpływające na moją decyzję.

Oni się bawią bez żadnych wyrzutów sumienia i bez żadnej możliwości kary… Ja natomiast cierpię każdego wieczora za to jak mnie potraktowano i to co ze mnie ŚWIADOMIE zrobiono. Stałem się śmieciem, którym można pomiatać, pozbawionym godności zwierzęciem! Nic… dziś wziąłem 3 x lek na uspokojenie, bo jutro z rana jadę samochodem. Nie piję tylko dlatego, by nie zrobić na drodze komuś krzywdy…

Cóż, będzie trzeba się znowu uśmiechać do ludzi, że niby wszystko jest okey, skoro nie jest.

Smutny weekend…

Kolejny smutny weekend, który potrwa aż do wtorku. Dziś już chce mi się płakać, wracają wspienienia i odwieczne pytanie, dlaczego?

Ponownie nie mogę odnaleźć odpowiedzi na to krótkie i proste pytanie. Dużo winy widzę w samym sobie – przez to jak wyglądam, jakie słabe kierunki studiów kończę i to, że nie jestem z super dzielnicy w hiper mieście. Niestety… najwięcej winy widzę w sobie. Telefon milczy od tygodnia, ktoś tam napisze od czasu do czasu, ale gdy zapyta co słuchać i słyszy odpowiedź – źle, to szybko zmyka. No tak, lepiej nie zajmować się czyimiś problemami tym bardziej, że się pomóc nie da…

Każdego dnia gdzie nie spojrzę, to znajduje w sobie lub w przedmiotach codziennego użytku, każdego który mnie zranił. Nie mogę już wytrzymać w chorym domu… od tego pierdolenia matki, które nawet teraz trwa. Chyba się napiję… idę.

Niemniej jednak – miłego weekendu szczęśliwi ludzie!
Gdy serce bić przestaje, szum wiatru, ptaków śpiew tylko pozostaje…

„Nie zatruwaj nam życia…”

I pobyłem sobie w Warszawie zwiedzając ją samemu jak palec… Niestety, tak to jest być człowiekiem osamotnionym i opuszczonym przez wszystkich. Nie mówię, że nie ma w tym mojej winy, ale też brak szczęścia się ku temu przyczynia. Nie spotkałem nikogo, kogo mógłbym znać… Pisać i się wpraszać – bez sensu, skoro i tak by zostało odmówione lub zostałby brak odpowiedzi. Pod koniec pobytu tradycyjnie były lody i kawa – tym razem na wyspie… Jednak przejdźmy do meritum!

20150310-Grycan
To było ostatnie spotkanie z Radkiem, tak jak napisałem wczoraj. Kim był Radek zapytacie… przyjaciel, ktoś kogo obdarzyłem uczuciem i starałem się poświęcić mu każdą wolną chwilę i po prostu pomóc. Kochałem go, tak to prawda… ale on nie kochał mnie.

Po wyjściu z jego pracy pojechaliśmy do domu, zaprosił mnie bym zobaczył jak mieszka. Bowiem wszystkie mieszkania, które oglądał wcześniej przed przeprowadzką oglądał razem ze mną. Pamiętam jak szukaliśmy jednej ulicy i jak dostałem opierdol od właścicielki domu, która stwierdziła, że nieodpowiednio się ubieram jak na akurat wtedy srogą zimę.

Zrobił mi jeść, pamiętam krokiety z Tesco – nawet były dobre. Zaczęliśmy rozmawiać przy stole i zaczął opowiadać o Tomku – poznanym przez siebie chłopaku u którego spędził poprzednią noc i z którym jak twierdził zaczął się całować. Opowiadał o nim, że jest szczery, taki prosty i to mu się w nim podoba. Nie wiem do końca co on w nim widział, bo był autentycznie obleśny – ale o gustach się nie dyskutuje.

I wtedy po raz drugi powiedziałem to co czuje i co chciałbym aby usłyszał. Pierwszy raz, kiedy powiedziałem mu o tym co czuje, było również w marcu tyle, że 2011 roku! Obraził mnie strasznie, poniżył i zaczął żartować, po czym powiedział, ze nie ma ze mną o czym rozmawiać i odszedł. Ja po prostu wstałem z ławki przy siedleckim ratuszu i poszedłem w swoją stronę. Jednak dogonił mnie po chwili i zaczął się naśmiewać, że się nie znam na żartach. Odprowadziłem go do domu ze łzami w oczach i gdy już był przed blokiem, powiedziałem „przepraszam, że kochałem” i z płaczem poszedłem przed siebie. Nie rozmawialiśmy kilka miesięcy, nasz kontakt się odnowił dopiero gdy miał urodziny – złożyłem mu życzenia w sierpniu. W mieszkaniu, gdy mówił o Tomku, chciałem mu zaakcentować, że tez jestem szczery i chce dla niego dobrze. Powiedziałem, że nie wiem co będzie dalej, ale nie mogę ukrywać tego, że go kocham. Niestety nie dał się ani przytulić, ani pocałować. Nie powiem, że nie wstydzę się tego zachowania – bo się wstydzę, jednak udało mi się w niego wtulić i rozpłakać. Powiedziałem mu w drodze do metra, że rozumiem brak uczucia z jego strony, który motywował tym, że zbyt długo się znamy. Stwierdziłem, że nie będziemy razem, ale będę miał dobrego przyjaciela.

Nie trwało to długo, po kilku dniach zaczął płakać mi przez telefon mówiąc, że nie radzi sobie w pracy, a jego kolega z tamtej nocy go olał. Cóż, chciałem mu pomóc słowem… na co usłyszałem potem „nie zatruwaj nam życia, widzisz tylko swoje problemy”.  Tymi słowami po prawie dwuletniej znajomości, przekreślił mnie jako człowieka, jako przyjaciela i jako tego, który mu pomógł – przeprowadzkę do Warszawy zawdzięcza mi – bo mu obiecałem, że pomogę… nie żałuje tego ani trochę!

Pamiętam, że potem na FB napisał „że sposobem na zakończenie przez niektórych przyjaźni jest usunięcie kogoś ze znajomych na FB i zablokowanie na Gadu-Gadu”. I jego nowi „przyjaciele” mu poklaskiwali. Może słusznie, tylko zadaje pytanie kto ją zakończył?

Nie szukam usprawiedliwienia dla siebie, czy dla niego… tak miało być. Może po prostu sytuacja go przerosła i wybrał mniejsze zło – zerwanie kontaktu ze mną, by to uczucie nie trwało? Może… w każdym razie, jego słów mu nie wybaczyłem i nie wybaczę. Próbował się w ubiegłym roku ze mną skontaktować pisząc do mnie w celu wyjaśnienia tego co zaszło i tego, że nie żywię go sympatią, bo się dowiedział o tym od wspólnych znajomych, ale po tylu latach i w tej formie nie miałem ochoty z nim rozmawiać i nie odpowiedziałem na jego wiadomość.

To tylko fragment tego co nas „łączyło” i jak się zachowywaliśmy wobec siebie. Nigdy nie znaleźliśmy się w łóżku, dwa razy tylko go przytuliłem i raz pocałowałem w policzek. W zimę rzucaliśmy się śniegiem, chodziliśmy do kina, studiowaliśmy jeden kierunek studiów… Był dla mnie dosłownie wszystkim, nie wiem czy kochałem kogoś bardziej niż jego i czy pokocham kiedykolwiek.

Może to zabrzmi okrutnie – nawet swoich ex nie darzyłem tak silnym uczuciem. Wiem jedno… to przeszłość, która już nie wróci. Pocieszające jest to, że go nie widziałem do tamtej pory ani razu i być może teraz bym go nawet nie poznał. Bo nie wiem nawet czy się zmienił i jak wygląda i czy nadal pracuje tam gdzie pracował, czy ma kogoś… Nie wiem o nim nic, ponieważ zerwałem kontakt na jego prośbę z nim i wszystkimi osobami, które go otaczały i znały mnie.

Żałuję zerwania kontaktu z jego szefową. Pod koniec listopada ubiegłego roku wysłałem jej po 2 latach wyjaśnienie i przeprosiny, które miały tylko i wyłącznie na celu ich przyjęcie, a nie wchodzenie w ich życie. Nie uzyskałem odpowiedzi, być może słusznie… bo mojej winy w tym najwięcej. Brak odpowiedzi, to tez odpowiedź….

Nie wiedzialem, czy wracać do domu…

Następnego dnia po ujawnieniu nie wiedziałem czy wracać do domu i czy w ogóle mam dom. Wynikało to z faktu, że właśnie o tej samej porze co dziś wyjeżdżałem do Warszawy. Odwiedzę więc Warszawę, ale nie Ursynów… Pomimo, że nie jadę do teatru, to jadę się przespacerować, by wspomnieć i ostatecznie się pożegnać z tą historią. Spędzę ten czas samotnie, bez nikogo – bo jak zwykle nie ma z kim, każdy „zajęty”.

Nie spałem tamtej nocy w ogóle, siedziałem przed komputerem na fejsie i myślałem, co będzie dalej. Rano tak jak byłem ubrany dzień wcześniej wyszedłem z domu i pojechałem do Stolicy. Zajechałem na miejsce po godz. 9:00. Pamiętam, że był to piątek i Radek mnie nie odebrał z PKP, bo jak wspomniałem byliśmy skłóceni. Kierowca jeszcze nie wypuścił mnie z autobusu na odpowiednim przystanku i musiałem wracać kawałek piechotą.

Musiałem poczekać chwilę przed budynkiem na Radka, który przyjechał ok. 10:00, bo tak byliśmy umówieni na miejscu. Przywitał się ze mną ozięble, weszliśmy do środka lokalu i zająłem miejsce przy grzejniku siedząc skulony. On oglądał filmy w Internecie i nie pytał co się dzieje. Dopiero po jakiejś godzinie poszedłem do niego i usiadłem na podłodze tuż za nim. Poprosiłem go by usiadł obok, by ze mną porozmawiał. Nie odwrócił się nawet do mnie, tylko powiedział, bym mówił. Poinformowałem, go że powiedziałem o sobie matce. Zareagował okrutnym śmiechem, po czym przepraszał za swoją reakcję. Tłumaczył, to że on tak ma. Przyszedł jego szef, zapytał co taka dziwna atmosfera panuje – odpowiedziałem, że miałem ciężką noc i wszystko jest w porządku. Szef zaraz się zmył, ja poszedłem na swoje miejsce tj. do grzejnika w innym pomieszczeniu.

Po jakimś czasie zauważyłem, że jego szef wraca i albo teraz albo nigdy… Poszedłem do Radka, przytuliłem i pocałowałem w jego zarośnięty policzek, mówiąc: „Przepraszam Ciebie przyjacielu, nie chcę Cię stracić…” i zacząłem panicznie płakać na jego ramieniu. Był zaskoczony, wręcz nie wiedział co ze sobą zrobić… powiedział tylko bym się uspokoił. Stwierdziłem, że to najprawdopodobniej jedno z ostatnich naszych spotkań i moja wizyta w tym miejscu.

Po tym zajściu musiałem się ogarnąć, więc wróciłem do grzejnika i czekałem tam, do czasu kiedy przyszła R. która zaczęła ze mną rozmawiać o tym co wydarzyło się wczoraj i potwierdziła drogą telefoniczną mojej matce, że jestem u niej. Opowiedziałem jej wszystko co się wydarzyło kilkanaście godzin wcześniej, popłakałem się tak jak i ona się popłakała i wpadliśmy sobie w ramiona. Najbardziej komiczną sytuacją było to, że jej mąż był tuż za ścianą. Podobna sytuacja z płaczem była gdy jej powiedziałem o sobie, oboje płakaliśmy i dopiero po kilkunastu minutach napisała SMS, że nie ważne czy jestem gejem – ważne jakim jestem człowiekiem i ona swojego stosunku do mnie nie zmieni. Mijały kolejne godziny i kiedy zostaliśmy we trójkę Radek zaczął się ze mnie nabijać, wspominając, że mówiłem o tym, że jest to moja ostatnia wizyta.

Wydawało się, że wszystko wraca do normy, ja już się uspokoiłem, aczkolwiek bałem się powrotu do domu. R. pojechała do sklepu zostaliśmy sami i oglądaliśmy filmy – nie rozmawialiśmy o tym co się stało w domu. Zaczął mi tylko pokazywać na Kumpello kogo poznał… i napisał komentarz pod moim wpisem po Coming Oucie, związanego z penisem czy czymś takim…

Potem wracaliśmy do domu on do swojego, ja do swojego. Odwieźliśmy go na Wilanowską, bo jak się okazało, ciotka do mnie jechała. Jej przyjazd dał więc dwa dni spokoju od rozmowy z matką. Następnego dnia tj. 10 marca 2012 roku ponownie miałem jechać do Warszawy i to już było ostatnie spotkanie z Radkiem… jednak o tym jutro… bo teraz czas do Warszawy….

„Mamo jestem gejem” – pokłosie 3 lat…

Dzień Kobiet – czyli dzień kiedy nigdy nie kupię kwiatów, dla tej której kocham. Bo jej nigdy nie będzie. Mamo – jestem gejem… powiedziałem do matki przez łzy siedząc na przeciwko niej przy stole. Nie mogła w to uwierzyć, nie pogodziła się do dziś…

Dokładnie 8 marca 2012 roku powiedziałem swojej matce kim jestem naprawdę. Chodziło to za mą od dłuższego czasu. R. (moja przyjaciółka) nie wierzyła, że powiem… Próbowałem się do niej wtedy dodzwonić bezskutecznie. Miała wyciszony telefon, a ja zapłakany dałem po rozmowie z matką wpis na Facebook’u „nic już nie będzie takie samo…” i wtedy uwierzyła w to co mówiłem.

Pamiętam ten dzień i kolejne dni tak dokładnie, że jestem w stanie je w całości opowiedzieć. Pamiętam jeden istotny element, którym było skłócenie z Radkiem – którego wtedy uważałem za przyjaciela, ale nim nie był…  Nie miałem wtedy nikogo, byłem sam… choć wiedziałem, że jutro czeka mnie widzenie z nimi…

Matka nie mogła przyjąć tej wiadomości… do dziś z tym się nie może pogodzić. Co prawda od lat nie rozmawiamy na ten temat i pokłosiem mojego wyjścia z szafy jest zwyczajne podejrzenie o to, że z kimś się spotykam i ciągłe sprawdzanie kiedy wrócę oraz gdzie jestem. Podobnie gdy ktoś zadzwoni przez telefon, zaraz pyta kto dzwonił, albo gdy komuś mówię „cześć” to pyta kim on jest…

Pamiętam do dziś jej niezadowolenie gdy zaczynałem studia na Politechnice, twierdziła „brzydki budynek” ale w sercu miała coś innego. Za to bardzo uradowana była, gdy wyprowadzałem się z Rembertowa….

Po trzech latach nie mogę stwierdzić, że żałuje. Z całą pewnością nie żałuje tego, że powiedziałem. Wynika to z faktu, że umrze świadoma, że jej najmłodszy syn ssie kutasy. Ktoś zapytał mnie kiedyś, jak się czuje z tym, że mam zakaz spotykania się w domu z chłopakiem? Jak sobie wyobrażam budowanie związku na tej zasadzie oraz jak odbieram fakt, że matka nigdy nie będzie chciała poznać mojego partnera?

Cóż… nie boli w każdym razie. Jestem osobą, która godzi się z tym czego oczekuje ode mnie drugi człowiek – mam odejść, odejdę. Mam zostać, zostanę… Tak jest również w tej sytuacji. Matka nie musi poznać nigdy mojego partnera. Zresztą na chwilę obecną jego nie mam i nie planuje mieć. Nie bez przyczyny usunąłem fellow, dla mnie nie ma faceta na tej planecie. Wszytko to jakieś cymbaliska z fiutkami zrobionymi z klocków lego… Tak więc budowanie związku nie jest możliwe z faktu zakazu spotykania się w domu. Po prostu wynika to z braku cementu do pustaka jakim ja jestem. Cement z połączeniu z pustakiem, którego się zaakceptuje – dalby możliwość wybudowania bezpiecznego domu o nazwie „związek”. Bo związek to bezpieczeństwo, to coś pięknego!

Oczywiście, ujawnienie się przed matką było tez częściowo ujawnieniem się przed szerszym gronem znajomych: Natalią, Marysia, Agatą, Dorotą… z każdym ujawnieniem się było łatwiej. Matka chciała mnie na początku zmienić. Pytała jaka jest przyjemność z brania do buzi, dawania dupy lub wkładania w dupę. Nie chciałem rozmawiać z nią na ten temat… Odesłałem ją do ojca by jej włożył w dupę i wtedy się dowie, bo ja po prostu nie wiem… jaka jest! Powiedziała wtedy, że będzie się za mnie modlić i pragnie bym poszedł do spowiedzi, bo może Bóg i ksiądz mi by pomógł. Tak… jeszcze by biedny doszedł w tej swojej budce z kratkami… W Boga wierzyłem, ale wtedy definitywnie odszedłem od Kościoła…

Dziś temat mojego homoseksualizmu, problemów i mnie samego jest tematem tabu. Nie rozmawiam z matką o niczym co dotyczy mnie samego, co dotyczy sfery psychologicznej. Nie rozmawiamy na temat tego czy jetem szczęśliwy i mojego homoseksualizmu.

Wiem jedno… nie pogodziła się i nigdy się z tym nie pogodzi. Jednak zmieniać mnie nie będzie… Mam nadzieję, że bycie homoseksualistą, co jest dla mnie czymś pięknym nie stworzy jej obrazu syna wiszącego na sznurku lub leżącego w trumnie. Bo mimo wszystko, jaka ona nie jest, to nie zasługuje na to by to zobaczyć (jak każda matka). Jednak chcieć to jedno… ale zrealizować to co się chce jest naprawę trudno. I choć nie chciałbym jeszcze odejść, to brakuje mi po prostu sił by walczyć.