Pierwszy raz zwolniłem kogoś dyscyplinarnie…

W branży w której pracuje jestem dziesięć lat i nigdy nikogo nie zwolniłem, kto by miał u mnie wykonać kolejne zlecenia. Najwyżej co zrobiłem, to nie dawałem nowych zleceń, ale umowy trwały do końca. Czyli wygasał stosunek pracy zgodnie z założeniem na dany rok.

Jeśli jednak pracownik odstawia od kilku miesięcy sceny, krzyczy i zaczyna mnie dyskredytować, to nie mogę sobie na to pozwolić i mówię „dziękuję za współpracę” ściągając zastępstwo z drugiego końca Polski… Niestety ludzie nie potrafią docenić pracy, a ponoć nie jestem złym pracodawcą, ba chyba nawet płacę lepiej niż konkurencja!

Jednak tak będzie lepiej…

Prosty magister to zły prorok…

Nie trafiłem szóstki w lotto, a mimo to, spełniły się moje wszystkie plany i marzenia. Czy trzeba do szczęścia coś więcej? Wystarczy się spakować i ruszyć w świat… bo to jedyny przepis na sukces!

Minęło parę tygodni od ostatniego wpisu, oj działo się… Wyjechałem, wróciłem, jestem szczęśliwy z moim M. i pytam: Czy do szczęścia trzeba czegoś więcej? No raczej nie, bo zwymiotujemy tęczą z Placu Zbawiciela, której już nie ma.

Tak jak zmienność w wyglądzie Placu Zbawiciela w Warszawie, tak i moje życie zaczyna się zmieniać w sposób diametralny, dzięki jednej osobie, ale też wydarzeniom jakie towarzyszą mojemu życiu i postawie mnie samego, człowieka który na początku roku się poddawał i chciał umrzeć, a dziś chce żyć i czerpać z życia jak najwięcej!

Wizyty u psycholog pomogły i to bardzo. Pojawił się ktoś w moim życiu, kto mnie na początku nie tolerował takiego trolla jak ja. Przez co chodził grzebać w ziemi wiele razy uśmierconego chomika (którego nie posiada, a na dokładkę…). Najważniejszym wydarzeniem ostatniego tygodnia, ba godzin jest to, że ścieżka edukacyjna się ponownie otwiera.

Tak jak pisałem, nie kończę swojej przygody z edukacją. Czas zacząć studia doktoranckie… które poświęcam swojemu nowemu, powtórnemu, lepszemu życiu!

Panie doktorze?

Pierwszy września kojarzył się kiedyś tylko i wyłącznie z rozpoczęciem roku szkolnego i apelu, gdzie dyrekcyjne i samorządowe pączki uśmiechały się z powodu końca wakacji od edukacji. Postanowiłem wrócić do tych czasów i udać się do szkoły! Nie, nie cofnąłem się (jeszcze), po prostu pojechałem na swój Uniwersytet, moją „miłość”, która nigdy mnie nie zdradziła i nie zawiodła.

Dziś oficjalnie już mogę mówić, jestem magistrem bezpieczeństwa narodowego. Co brzmi tak samo dumnie, jak i kiczowato… Dlatego chowam odebrany dziś dyplom do trzech innych i niech sobie siedzą magistry w szafie. Zamknąłem po 6 latach rozdział studiów niestacjonarnych, jak i stacjonarnych na dwóch kierunkach i stopniach: licencjata i magistra.

Trudno w to uwierzyć, ale tak jak zaraz po obronie, składając podziękowania, kierowane w stronę komisji „za pięć wspaniałych lat na siedleckim uniwersytecie” gdzie łzy cisnęły się do oczu, tak i dziś było strasznie smutno, że koniec został fizycznie udokumentowany.

Jednak moja historia z edukacją się nie kończy, bo kandyduje na studia doktoranckie. Raczej się nie dostanę, więc czy będą do mnie mówić po czterech latach Panie Doktorze? Zobaczymy z końcem września… a jak nie to spróbujemy za rok.