Kaczoweenowy wieczór

Tradycja czy amerykanizm? Znicz i pamięć, czy świecąca dynia i straszny strój? Wszystko zależy od nas, nie od tego co dyktuje religia i panowie w sukienkach.

Zbliżamy się do dni rewii mody, zarówno na katolickich, jak i miejskich cmentarzach. Będziemy palić znicze i wspominać osoby, które od nas odeszły na zawsze i których nawet przypadkiem nie miniemy na ulicy. Jest to czas w którym tradycjonaliści spierają się z nowoczesnym społeczeństwem o styl obchodzenia tych dni.

Uważam, że każdy powinien decydować czy chce obchodzić Halloween, czy Święto Zmarłych, a może obchodzić jedno i drugie. Myślę, że każdy sposób jest dobry – bo to wszystko zależy od naszej własnej postawy i poglądu na rzeczywistość.

O zmarłych trzeba pamiętać przez cały rok, nie tylko przez dwa dni, które przesączone są religijnym obrzędem i rozmową ile kosztowały kwiaty przy wejściu do cmentarzu. Ja nie obchodzę Halloween – bo nie mam z kim i gdzie, a Święto Zmarłych – nie jest moim świętem, gdyż jeszcze nie jestem zmarłym. Jednak poszedłem i pójdę jeszcze zapalić znicz na grobach tych, których nie ma wśród nas.

Weź nóż i dźgnij…

Sprawy się bardzo komplikują, ponieważ niby koniec sezonu w firmie i teraz praca typowo biurowa mnie czeka przez następne dwa miesiące, ale w tym roku odnotowuje dziwne zachowanie współpracowników i same straty.

Niestety od jakiegoś czasu współpracownicy oddają zlecenia, które w takiej formie wydania, nie powinny ujrzeć światła dziennego. Jestem skazany sam poprawić wykonaną przez kogoś pracę, choć ta osoba wzięła już za to pieniądze. Siedzę do późna w nocy, czasami bez przerwy na sen jadę na studia, tak jak za chwilę – byle coś skończyć, byle było na daną godzinę i byle zawieźć to do wydania klientowi. Następnie pozostaje czekać na telefon, aż zacznie Cię opierdalać, bo czegoś jest za mało. Niestety tak się ostatnio dzieje, choć ja nie jestem niczemu winien, ale ponoszę za to wszystko największą odpowiedzialność, ponieważ to ze mną jest podpisana umowa. A pracownicy czują się bezkarni i mogą się tak czuć, ponieważ w tej branży nie ma jednego sprecyzowanego miernika jakości.

Podejrzewam, że jest to cicha wojna by mnie wykończyć na rynku, cóż – takie prawo konkurencji, a ja wcale nie muszę tego robić i w każdej chwili mogę zaprzestać działalności w bardzo prosty sposób. Tylko nie ma takiej potrzeby, ponieważ każdy dostanie swój kawałek tortu i będzie zadowolony. Zleciłem jedną pracę firmie zewnętrznej, zrobiłem przed oddaniem oryginału kopię, którą potem utraciłem, gdyż nie została powielona. Efekt jest taki, że nie mam fizycznie zlecenia klienta i gdyby okazało się, że firma zewnętrzna zgubi, straci materiał (co przeczuwam, że tak może się stać w zawiązku z cichą wojną), to stanę przed wymiarem sprawiedliwości i kara będzie bardzo dotkliwa. I chyba ze wstydu i bezradności nie przez pedałów popełniłbym samobójstwo.

Coś mi jednak mówi, aby już teraz wziąć nóż i dźgnąć samego siebie, by na to wszystko w cholerę nie patrzeć… W tamtym roku Przemuś i Mariusz chcieli mnie wykończyć, a w tym współpracownicy. Ja się pytam tylko, za co? Za równy podział zysku, za premię i dobre warunki wykonania zleceń? Najwidoczniej trzeba mnie ukrzyżować, albo krzyż w dupę wsadzić… skoro się hamburgerom i zarom nie udało!

Kiedy splatamy dłonie, Ty w moich oczach toniesz…

Niespodziewanie spotkał kogoś, kto go pokochał i pomimo odległości jaka ich dzieli, spędzają ze sobą każdą wolną chwilę. Miłość jest czymś pięknym, bo każdy mniej lub więcej, potrzebuje być: kochany, doceniony i szanowany. Jedni wybierają miłość do człowieka, inni zaś miłość do szeroko rozumianego powołania. A jakie jest moje powołanie?

Otóż nikomu nie będę kochającym czułym szeptem, całą prawdą i grzechem, ponieważ moje powołanie nie jest przeznaczone do miłości człowieczej. Trudno jest zdiagnozować co jest przyczyną, że to ja lub inni ludzie odchodzą. Odchodzą i pomimo, że nasze dłonie były splecione, a w oczach widać było radość, która z czasem przeminęła. Przemija nieubłaganie jak otaczający nas świat i ludzie, których rano widzimy w metrze, a wieczorem mogą już nie żyć. Jak byli kochający przyjaciele, którzy de facto okazywali się gwoździem do dębowego garnituru. Jak niewierni mężczyźni, którzy widzieli tylko uciechy cielesne i masturbację na Twój widok ze spermą na brzuchu – uciekający wieczorami do lepszych kochanków z Bemowa. Jak Ci, którzy próbowali uzyskać wybaczenie, naprawić błędy i wciskać kit, że się zmienili. Następnie idąc narąbanym w trzy dupy do swojego socjalnego mieszkania w patologicznej dzielnicy. Czy też Ci, którzy oskarżali Cię, że piszesz „cześć” z podtekstem seksualnym i chcesz ich wyruchać jak sarnę na łące. Jak perwersyjny akapit, który zaraz się skończy. To wszystko przemija, bo przemijanie jest też częścią naszego życia, podczas którego czekamy, aż ktoś wniesie trochę słońca w jego monotonność.

Zastanawiam się na porzuceniem dotychczasowego życia. Wiem o tym, że to tylko ucieczka na krótką metę i nie warto rezygnować ze wszystkiego co się osiągnęło. Wiem jednak, że nie skończę studiów doktoranckich, ponieważ dokonałem złych wyborów na początku, których się cofnąć nie da. A które mogą rzutować na całość przewodu doktorskiego. Nie liczę na czyjeś wsparcie nie ze względu, że nie chcę – ze względu, że nie otrzymuje go od nikogo. Znajomi są ulotni, przyjaźnie nie istnieją, a rodzina doprowadza mnie do szału.  Jestem jak ta kobieta z dowcipu, co ją wszystko wkurwia. Dostała w ramach wizyty lekarskiej seks w gabinecie i krzyczała do lekarza „Panie doktorze, albo Pan wkładasz, albo wyjmujesz – bo mnie to wkurwia!”. Jestem wkurwiony, na postawy ludzi którzy są w nich tacy profesjonalni.

Jakie jest zatem moje powołanie się pytam? Do użalania się… Nie! Moje powołanie jest do intensywnego poznania i zdiagnozowania problemu przeszłości, która nie powinna wpływać na to co będzie i pomocy właśnie tym, którzy przeżyli podobną (mniejszą/większą) osobistą tragedię. I Ty znajdź swoje powołanie i napraw błędy przeszłości. Nie prosząc o wybaczenie dla siebie, tylko wybaczając im i zapominając o tym co złe, zostawiając co dobre. Tylko czy tak się da? No nie, bo oni dalej będą spuszczać się przy Tobie na brzuch… Jednak ludzi nie zmienimy, możemy zmienić jedynie siebie samego, a ich co najwyżej – powystrzelać! :)

Witamy w Państwie wyznaniowym…

W końcu spokój, jesteśmy po kampanii wyborczej i wyborach. Niestety następuje zmiana rządów liberałów na rządy konserw, które są przerdzewiałe, jednak gotowe do rządzenia naszym krajem. Tylko czy tacy ludzie powinni rządzić?

Cóż taka rola demokracji i przychodzi się z nią zgodzić i nie dyskutować. Być może lepiej nie dyskutować, bo nie wiadomo kiedy ktoś zapuka do naszych drzwi za obrazę prezydenta, premiera czy prezesa partii. Nie wiadomo, jak zmienione zostanie prawo i czy nie będziemy mieli drugiego Budapesztu w Europie. Wiele osób chce wyjechać z kraju, może to jakieś rozwiązanie? Szczerze, ja się boję tej zmiany władzy, władzy która najpewniej będzie rządzić samodzielnie w Sejmie i Senacie. Władzy która nie jest przychylna środowiskom LGBT z panią Pawłowicz na czele… Władzy pielęgnującej kult smoleński…

Nie mniej jednak, pocieszające jest to, że w Sejmie nie zasiądzie być może Piechociński, Wipler czy Borkowski. Nie będzie też Hoffmana, Kurskiego i Leszka Millera – to są pozytywne strony wyborów. Tak więc, uśmiechnijmy się, bo jutro możemy nie mieć zębów lub immunitetu!

Przepraszam ze łzami w oczach…

Dzień zaczął się jak zwykle, wstałem pojechałem na uczelnie. Rana przed zajęciami rozmawiałem z nowo poznawanymi osobami przed salą wykładową. Nagle ktoś do mnie zaczyna mówić za plecami przerywając naszą rozmowę…

Zapada cisza nie słyszę nic co działo się dookoła. Widzę moje trzy znajome osoby ze studiów licencjackich: Agnieszkę, Natalię i Renatę. Ta ostatnia zaczyna do mnie mówić, pytając: a Ty znowu robisz kolejny stopień? Z niedowierzaniem pytam, czy to ty Renata, potwierdza. Moje pytanie było tylko dlatego, ponieważ zmieniła się w wyglądzie, ale głos jej był taki jak z przed lat. Następnie podchodzę witam się z Agnieszka, Natalią i Renatą. Wpadając w ramiona Renaty ze łzami w oczach, chcąc wyjaśnić niewyjaśnione do dziś sprawy i uzyskać, choć potwierdzenie przyjęcia moich przeprosin.

Niestety nie udało się wyjaśnić zaległych spraw z przed lat, ponieważ był to tylko sen, który został przerwany przez mój płacz. Płacz za prawdziwymi przyjaciółmi, którzy zostali bezpowrotnie utraceni.

Przekorny los…

Wydawać się mogło, że złapałem Stwórcę za nogi i uniosłem się w niebiosa. Jednak los jest przekorny, a upadek boli najbardziej. Nie mniej jednak każde zakończenie bez względu na jego wymiar, to szansa na coś nowego.

Dziękuję, nic nie mogę Ci więcej powiedzieć. Dziękuję za Toruń, dziękuję za każdy wieczór i poranek, który nigdy nie połączył się w jedno. Jednak tak będzie lepiej, dla nas obu.

Nie wiem dlaczego nie potrafię mimo osiągnięcia wielu sukcesów odnaleźć się w rzeczywistości, że nie potrafię walczyć i być silny na krytykę. Być silny na słowa, które nie są prawdziwie i tylko przez to ranią mnie ze wzmożoną siłą. Być może życie ma inne powołanie, inny wymiar, może trzeba żyć nie ciałem, a pamięcią? Tylko czy ktoś jeszcze pamięta…