Ze łzami w oczach… za tak mały gest!

Jednak mam jakiś ludzki odruch serca… nie potrafię przejść obok człowieka obojętnie i powiedzieć „nie”.

Wczoraj wyjechałem z Warszawy do innego miasta. Poszedłem na obiad do lokalu w którym jest tanio i praktycznie każdy tam jada. Jedzenie nie jest jakieś szczególnie wybitne, ale jest domowe, swojskie, takie jakiego w domu rodzinnym nie dostanę. Może dlatego nie odwiedziłem rodziców? Po co mam ich odwiedzać, skoro znowu zastanę leżącą matkę przed telewizorem z pretensją o nie wiadomo co.

Siedzę sobie, ba dopiero zaczynam jeść i widzę wchodzi jakiś niezbyt dobrze ubrany mężczyzna i rozmawia z jakimś dziadkiem. W związku iż siedziałem dość daleko nie słyszałem, ale widziałem łzy w oczach, gdy od niego odchodził. Podszedł do mnie i zapytał, czy nie kupiłbym mu obiadu bo jest strasznie głodny. Cóż miałem zrobić, to tylko 10 złotych pomyślałem, a wyrzuty sumienia by mi nie pozwoliły normalnie funkcjonować.

Zgodziłem się, powiedziałem by usiadł i mu zamówię. Poszedłem do lady i zamówiłem. Kasjerka dziwnie spojrzała, ale zrozumiała i podała to co jadłem ja osobiście.

Człowiek dziękował mi ze łzami w oczach trzykrotnie, co było dla mnie największą nagrodą tego dnia. Tylko zastanawiam się, jaką trzeba być gnidą by żałować 10 złotych gdy ktoś jest faktycznie głodny? Przynajmniej byś się do zupy dołożył stary dziadu…

Wisit Jabłko

Wisi jabłko wisi, ale w końcu spada… nie jedna panna za mąż wyszła niechybnie, zaś nie jeden pan zbłądził, ale nie potrafił kontynuować błądzenia i się przyznał.

Życie to nie piosenka, którą można odtwarzać w nieskończoną ilość razy. To piękne, że każdego dnia przeżywamy całkowicie coś innego i nie jest to w pewien sposób monotonne. Każdego dnia przechodzimy w tych samych miejscach, ale ciągle widzimy coś nowego. Nowych ludzi, nowe samochody, albo zniszczony śmietnik. Takie proste, błahe i świadczące jednocześnie o czymś wielkim: niepowtarzalności dnia i życia.

Dlatego w życiu trzeba postępować sprawiedliwie i odpowiedzialnie, a ostatnie dni nauczyły mnie tego jeszcze bardziej. Czasami trzeba powiedzieć, choćby najgorszą i gorzką prawdę dla kogoś, niż ciągnąć coś w nieskończoność i po pewnym czasie skrzywdzić, nie krzywdząc siebie. Nie potrafię tak, nauczony tym co się wydarzyło rok temu. Na koniec potrafiłem tylko powiedzieć „przepraszam”, bo nikt nigdy mi tego nie powiedział.

Mogę powiedzieć, że pogodziłem się z przeszłością w pewnym sensie, ale nie do końca. Ona mnie nauczyła lęku przed związaniem się z kimkolwiek, albo przynajmniej utrzymania relacji ku temu sprzyjającej. Jednak nic… jak do trzydziestki się nic nie poprawi, to po osiągnięciu jej pozostanie masturbacja i seks za kasę z małolatami… Choć mam nadzieję, że nie stoczę się do tego poziomu i przystanę na masturbacji i nauczaniu małolatów za kasę, jak żyć!

Czy potrafię żyć się zastanawiam? Chyba tak… jak sądzicie?

Porozmawiajmy o toleranci, albo nie… Pray for Paris

Ile trzeba mieć w sobie nienawiści, by posunąć się do zabicia jednego człowieka, a ile trzeba mieć w sobie zwierzęcia by zabić 120-160 lub więcej ludzi? Nie liczy się liczba, bo jeszcze nie jest znana, bo z minuty na minutę rośnie, a fakt morderstwa pozostaje niezmienny… Nie sprawiedliwe, nie ludzkie jest to co zdarzyło się z piątku na sobotę we Francji.

Porozmawiajmy o tolerancji, chciałem dziś napisać właśnie o tym. Jednak chciałbym zwrócić uwagę właśnie na fakt tych wydarzeń, którymi rano zacznie żyć jeszcze bardziej cała Europa, niż żyje w nocy. Nie chciałbym nikogo straszyć, ba źle życzyć, ale czy my w Polsce, możemy czuć się bezpiecznie, a może kolejne na celowniku jest właśnie Warszawa lub inne miasto?

To wszystko wynika z braku tolerancji, tolerancji pomiędzy kulturami, religiami i niewłaściwymi czynami zarówno polityków i mediów. Jeśli nie nauczymy się szanować samych siebie nawzajem, to nigdy nie pozbędziemy się chęci zemsty.

Terroryzm to najgorsze zagrożenie dla każdego Państwa, bo wróg jest może i jest określony, ale nie ma sprecyzowanego celu ataku – możesz być nim tak samo Ty, jak i ktoś z najważniejszych polityków Państwa.

Pochylmy głowy na cześć tych, którzy zginęli, ale podnieśmy przeciwko tym, którzy to zrobili. By to się więcej już nie powtórzyło!

Mam do Ciebie trzy pytania, mogę je zadać?

Zadałeś bardzo ciekawe pytania, które tak naprawdę potrzebują dłużej formy odpowiedzi i tego jak podchodzi się do pewnych ważnych, ważniejszych, a czasami błahych (z perspektywy czasu) spraw. Kiedyś pisałem na swoim blogu: Bądź dobry dla drugiego, im bardziej będziesz dobry dla drugiego, tym więcej zyskasz u mnie. Bądź cierpliwy i wyrozumiały, bo cierpliwość i wyrozumiałość to sztuka, którą nie jeden artysta zaprzepaścił za chwilowym zapomnieniem o tym, co interpretuje druga strona. Ten kto jest cierpliwy i wyrozumiały, wnosi nadzieję na lepszą przyszłość. Nie krzycz… bo ten kto krzyczy nie ma linii obrony, jest pusty jak beczka, która dudni…

Miłość podobno czyni cuda, jedni są ze sobą kilka lat, niektórzy kilka tygodni, ba kilka godzin – bo jednak to nie to, po przemyśleniach i wątpliwościach ludzie od siebie odchodzą. Zawrę odpowiedzi na te wszystkie trzy pytania w tym tekście, nie dam Ci obrobionego już „poletka” – moje ulubione słowo od października, tylko sam będziesz musiał je wychwycić.

Odchodzą – bo albo była dyktatura, albo brak odpowiedniej sztuki kompromisu. Kiedy dwoje ludzi się łączy to w praktyce wygląda to tak, że na początku jest wielka radość jak żywy ogień, nowo zapalonej świeczki, który po czasie staje się co raz mniejszy i gaśnie. W teorii, gdy dwoje ludzi się łączy powinno zapomnieć o swoim „ja” i mówić „my”. Powinno mówić to my możemy zrobić, a nie to ja mogę zrobić. Trzeba być jednocześnie dyktatorem skłonnym do kompromisów. Są pewne sprawy, które nie podlegają dyskusji: narkotyki, trójkąty, wspólne filmy porno wrzucane na jakiś portal, czy wspólne konto na fellow w celu szukania „znajomych” – czyt. cwela by dwóch jednocześnie mogło się wyżyć. Jednak to są sprawy dla dorosłych i odpowiedzialnych ludzi na tyle normalne, że nie powinny podlegać dyskusji. Oczywiście tylko jedna właściwa metoda na wychowanie faceta, to metoda faszystowska. Ja mam zapędy władcze, potrafię wyrazić swoje zdanie, ale liczę się ze zdaniem drugiej osoby i szukam kompromisu. Jednak gdy ktoś mi narzuci swoje zdanie lub zmieni reguły gry w trakcie, to przepadł puch marny.

Kiedy na początku świata, pojawiły się różne uczucia i nie wiedziały co ze sobą zrobić to miłość i szaleństwo, postanowiły pobawić się w chowanego. Miłość schowała się przed szaleństwem w krzaku róż. Szaleństwo szukało miłości i krzyczało, „gdzie jest ta moja miłość?” „miłości gdzie jesteś?” i tak chodziło i szukało miłości z patykiem w ręku. I nagle zobaczyła ten piękny krzak róż i zaczęła go tym patykiem rozdzielać i pokaleczyło miłości oczy. Stąd miłość jest ślepa, ale zawsze… zawsze towarzyszy jej szaleństwo.

Miłość jest ślepa, ale trzeba być szalonym by się zabójczo zakochać i szalonym by to podtrzymać. To jest wielka odpowiedzialność. Kiedy decydujemy się na bycie z kimś, na to jak to wszystko mamy zrobić, jak ułożyć – bez względu na konfigurację płci, to szukamy rozwiązań i stajemy przed wyzwaniami. Wyzwaniem jest szalona decyzja o wyjeździe z kraju. Dobrze, wyjechać jest fajnie na kilka dni, ale nie na całe życie. Jestem Polakiem, jestem dumny z tego kraju i chyba, chyba nie potrafiłbym wyjechać. Nie wiem… może to przez brak znajomości języka. Oczywiście z kimś wyjechać byłoby raźniej, ale musiałby być spełnione trzy warunki: mamy gdzie mieszkać, gdzie pracować i nikt w naszym życiu trzeci się nie pojawia, co mógłby to zniszczyć. Bo tęsknota za straconą osobą w obcym kraju jest podwójna: za osobą i za ojczyzną. Jeśli zaś chodzi o kraj jaki by to miał być: błagam niech to będzie USA albo Kanada… żaden europejski, żadne zielone wyspy, bo nie dożyję ślubu z tym wybranym na pewno…

Kwestia ślubu. Ludzie ślubują sobie wierność, uczciwość i że nie opuszczą się aż do śmierci. Czy tak się da? To pytanie pozostawiam bez odpowiedzi. Oczywiście, każdy dorosły, odpowiedzialny facet/kobieta wie, czego w życiu chce i jeśli umie odpowiadać za siebie to powinno odpowiadać też za drugie, druga strona tak samo. Jeśli ktoś jest ze sobą długi czas, chce sformalizować związek i akurat polski ustawodawca da taką możliwość, to nie widziałbym przeciwwskazań. Życie na kocią łapę jest fajne, sformalizowane też jest fajne – bo nie ważne czy jest dokument czy go nie ma, to nie dla dokumentu ludzie są ze sobą. Ludzie są tylko dla siebie… bez względu czy mają uregulowaną sytuację prawną i obrączki czy nie, to tylko papier do sławojki – liczy się uczucie i odpowiedzialność i jałowy związek, jakby to posłanka Pawłowicz powiedziała.

Nie chcę Cię zanudzać i zaraz skończę, bym mógł zamknąć się w „dwóch stronach, a nie sześciu”. Narzucone przez Ciebie pytania, dały mi możliwość wyrażenia się w pewnej światopoglądowej dyskusji, która może się po tym tekście wytoczyć. Jednak czasami trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, ponieważ pytanie problemowe daje dopiero możliwość analizy problemu i jego rozwiązanie.

Mnie życie nie dopieściło, nie mogę znaleźć się w żadnej z podanych przez Ciebie sytuacji, wszystko to jest czystą teorią, ale teorią która pokrywa się z moim światopoglądem. Masz prawo się z nim nie zgodzić, ale musisz to uszanować, bo na tym polega kompromis.

Każdy tekst się kiedyś kończy, każdy związek z przyczyn naturalnych, czy nienaturalnych się kończy. Bo życie się powoli kąsa, kęsa i zjada… i pozostaje potem formalna pustka. Czasami wieczorami wracam do zdarzeń z przed lat i wyciągam wnioski, aby nigdy więcej ich nie powtórzyć. I dochodzę do wniosku: szkoda, że niektórzy odeszli bez słowa i nie da się tego wyjaśnić i naprawić, albo przynajmniej przeprosić. Najwyraźniej te osoby nie były nam pisane, najwyraźniej nie potrafiły wyjechać ze swoimi wartościami do jednego innego miejsca, udzielić odpowiedzi z kompromisem i stanowczością, a następnie zawiązać formalny pakt zgody. Takim paktem zgody jest związek, który jeśli jest silny, da odpowiedź na każde zadane przez Ciebie pytanie, na które odpowiedzi prawdziwej – może udzielić tylko życie…

Hashtag przeszłość

Abonent chwilowo niedostępny… pojawia się w mojej głowie po raz kolejny. Z pytaniem, czy życie zatacza w tym momencie koło i pojawi się BisRadosław i reszta towarzystwa? Życie z tym ciężarem spraw, które nie zostały wyjaśnione, ciąży nadal. Może nie tak bardzo jak kiedyś, ale nadal pojawia się pytanie, dlaczego tak jest…

Nie potrafię skasować korespondencji z moją byłą przyjaciółką, nie potrafię zamazać śladów, starych i być może niepotrzebnych nikomu ludzi i znajomości. Trzymam to, jak tą pierwszą podarowaną przez Arniego książkę z dedykacją, której nigdy nie przeczytam lub inne rzeczy z których nigdy przez brak odwagi nie skorzystam, a z szacunku nie wyrzucę. Niedługo kupię pudełko w którym włożę tę książkę, jajko z niespodzianką, koszulę i inne otrzymane od ludzi rzeczy, by je schować w głęboko w szafie i pogrzebać, tak jak i mnie pogrzebią za jakiś czas w swoich myślach, albo już to zrobili.

W chwili obecnej wszystko mnie przerosło, zarówno życie, ale też studia i praca. Obawiam się, że na coś zachoruję, mam dziwne sny związane zarówno z obecną sytuacją polityczną w Polsce, ale też z życiem i tymi „znajomymi” co niby są, ale od kilku tygodni lub miesięcy nie odezwą się i nie zapytają jak żyjesz. Gdyby nie Facebook i moje polityczne wywody, których i tak nikt nie czyta, to ludzie by pomyśleli, że umarłem. Nie… nikt by nawet nie zauważył, że umarłem, bo i tak wszyscy mają mnie dość, ponieważ jestem osobą pozostającą w dozgonnym szacunku ustępującej PEK.

Może nieliczni, może matka, która wypytuje kiedy przyjadę. Może Ci zauważyli by, że mnie nie ma. Ale jak przyjadę do rodzinnego domu, to mnie wkurwi na dzień dobry. Zrobi super „miłe” powitane od kłótni, narzekania i tego, jak to jest jej źle. I znowu wrócę do swojego małego pokoju za siedemset pięćdziesiąt waluty szczęścia na warszawskim Mokotowie, bo przez 25 lat w tym domu było mi cholernie źle!

Co do snów… Śni mi się, że jestem aresztowany przez ABW albo służby porządkowe Prawa i Sprawiedliwości. Śni mi się, że ktoś atakuje mnie nożem na moim ulubionym Starym Mieście. Śni mi się, że uciekam przed napastnikami okrężną drogą i znajduję za trefnego przyjaciela starszą panią, która częstuje mnie pomidorem, jakim się następnie dławię. Czy też w śnie widzę prezerwatywy wyrzucone do kosza.

Sny bowiem mają swoją symbolikę: porzucone prezerwatywy do kosza w moim przypadku oznaczają, rezygnację… Tak rezygnację z osiągania przyjemności seksualnej (homoseksualnej). Ja już chyba tego nie potrafię, nie chcę, boję się i zaczyna mnie to przerastać. Dławiący mnie pomidor to znak, trefnych przyjaciół i znajomych, którzy dławią moją przyszłość, przez to, że nadal są w mojej głowie. I uciekam się do różnych rozwiązań, które skutków nie przynoszą. Co raz częściej pojawia się na mojej drodze krzyż i znaki, by może wrócić…. by może odnaleźć to miłosierdzie w Bogu. Jednak gdy popatrzę na to co się dzieje i to, że staliśmy się polami uprawnymi Watykanu, które za stolicę mają Toruń i Ojca Rydzyka jako wzór moralny – wkładam sobie dwa palce do gardła i zaczynam wymiotować, jak po tym pomidorze. Wymiotować na to wszystko, wymiotować swoim życiem na swoje życie.

Cóż więcej powiedzieć, boję się kolejnych dni, odbierania telefonów i tego co będzie dalej. Jednak staram się mimo wszystko nie poddać i naprostować to swoje pokręcone życie na tyle ile dam rady i na tyle ile to możliwe. Choć tęsknię, za tymi których szczerze kochałem: Renato, Radku i Pawle M. i S., tęsknie. Jednak tylko Renacie i M. wybaczam w swojej duszy i pozostaje wdzięczny, za resztą tylko tęsknię, ale nigdy nie wybaczę. Nie potrafię, przepraszam…

Przypomina mi się też Kamil, który także mimo, że próbowało się to lepić i naprawiać, odszedł – jemu też wybaczyłem, ale nie chcę aby już wracał. Bo chciałbym aby wszyscy bez wyjątku w ten piątek 13. ode mnie odeszli, tak jak potrafią najlepiej. Bo odejść, trzeba z klasą, a tego w większości brakowało…

Odchodźmy, ale pozostawmy do siebie, chociaż telefon w starym kalendarzu. By na łożu śmierci, dzwoniąc usłyszeć „Abonent chwilowo niedostępny” albo „Nie ma takiego numeru” i zasnąć niepogodzonym z przeszłością i niewyjaśnianą sprawą.

Płomień przeszłości…

Zaczyna się listopad, wracają wspomnienia z przed roku i poprzednich lat, kiedy to pojawiali się nieodpowiedni ludzie w moim życiu. Ludzie obiecujący wiele, dający nadzieję, która była fałszywa i niewierna. Przyjaciele, kochankowie, którzy mieli być, ale zgaśli gdzieś w tłumie ubiegłych lat. Jednak ten płomień przeszłości, czasami się zapala, by udać się na chwilę refleksji…

Podobno w okresie jesienno-zimowym dochodzi do największej liczby samobójstw, zaś na wiosnę uruchamiają się „wariaci” którzy szukają wrażeń wychodząc z domu. Co prawda, przychodzą dni gorsze, że nie chce się żyć, jednak jestem na tyle silny, że potrafię zdławić je w zalążku. Na tyle silny, by się ich wyzbyć. Dzięki przeszłości, nauczyłem się walczyć o swoje życie. Pod koniec listopada ubiegłego roku, pojawił się w moim życiu Przemysław. Ci co czytają bloga w miarę regularnie, będą wiedzieli o kogo chodzi. Od niego zaczęła się przygoda z blogiem, ale też dla niego zacząłem szukać pomocy u psychologów. Jego nie ma, odszedł bez słowa i wyjaśnienia. Nie potrafił potem spojrzeć mi w twarz, bo był zwykłym „gimbusem po maturze, smażącym frytki w KFC”. Potem Mariusz, którego pozostawię bez komentarza, bo ludzi jego pokroju to komentować nie wypada, bo komentarz by się obraził.

Wiem, że moje podejście do ludzi i oceny ich przez pewien pryzma jest zły, jednak mówiąc krótko „mam to w dupie”. Zawsze sobie powtarzam, że tych ludzi nie zmienimy, możemy zmienić tylko siebie. To jest zrobić trudno, jednak łatwiej niż zmienić kogoś. Aczkolwiek brakuje mi może nie wobec nich, ale kilku osób odpowiedzi, dlaczego tak jest i tak się stało. Wspomnienia wracają w chwilach wieczornych, albo gdy zajdzie się w miejsca, które o kimś przypominają np. stacje metra, ulice, budynki, lokale czy instytucje. Przypominają o tych dobrych chwilach spędzonych razem i tych złych, kiedy to wracało się do domu, nie wiedząc czy dom się jeszcze ma.

Tak było, to uczy. Uczy cierpliwości wobec siebie, pozwala się umocnić i zmotywować się na tyle, by zmienić swoje życie. Oczywiście zmiana życia z kimś przy boku, kimś bliskim byłaby łatwiejsza, jednak moje życie napisane zostało w sposób inny: ludzie pojawiają się i znikają, nawet po nawiązaniu bliższych relacji. Wybrałem samotność, choć ponoć nie mam standaryzowanych zasad w tej kwestii. Pewnie gdy pojawi się ktoś nowy, ktoś komu będzie choć przez chwilę zależało, znowu wplątam się w coś dobrego lub mniej dobrego. I znowu dojdzie do rozstania i rozmyślania, dlaczego tak się stało, co jest we mnie takiego, czy to ja zawiniłem, czy oboje, czy ten ktoś?

Jedno wiem – historia zatoczyła koło, ostatni związek rozpadł się podobnie jak mój pierwszy: poszło po tylu latach o taką samą sprawę. Teraz albo historia się powtórzy i spotkam Radosława (bis), albo się zakończy. Z tymże z ostatnim rozstaniem się pogodziłem i zawsze ten kawałek czasu spędzonego razem, będę wspominał mimo wszystko w pozytywnych barwach, kolorowych barwach.