Przyjaciel tymczasowy

Kilkukrotnie spotkałem się z instytucją przyjaciela tymczasowego. Jest to osoba, która pojawia się i znika…

Tak pojawia się i znika. Czy to nie jest zabawne, gdy można poznać magika? No nie jest… akurat w tej formie, takich magików mam dość. Zapytacie, dlaczego ktoś się pojawia i potem znika? Odpowiedź jest dość prosta, pojawia się bo czegoś potrzebuje. Może być to wszystko od np. wypełnienia kimś czasu, do korzyści duchowych, cielesnych lub materialnych. Na studiach przyjaźnie (lepsze znajomości) opierają się na zasadzie interesu: wpływu, notatek, prestiżu przed wykładowcą/grupą danej osoby. W życiu gejów: wypełnienie czasu po stracie partnera życiowego, kogoś z kim można popisać na fejsie i pozbierać lajki, kogoś do picia, bicia, ruchania i łykania*. W pracy podobnie… kto jest bliżej kogoś i kto lepiej nóżki rozkłada, ma lepszą posadę!

Wcale nie jestem hejterem, bo ostatnio o to zostałem oskarżony, że wymieniając siódmy typ mężczyzny jako „puszczalski” otrzymałem naklejkę „HejtStop” bo tak nie wolno pisać. W tym popierdolonym kraju, prawdy o homoseksualistach nie można pisać, bo jak się księża dowiedzą, to przestaną jebać kobiety i ministrantów, bo będą chcieli dojrzałych homo lub studentów… I przepadną te miliony kościelne na rzecz klubów gejowskich… Nieważne!

W każdym razie instytucja przyjaciela tymczasowego w dzisiejszych czasach jest bardzo modna. Bo prawdziwe przyjaźnie zaczynają się sprzedawać jak dziwki przy autostradzie. Liczy się w moim środowisku i tak wygląd, zarost, wysokość, wiek, super studia i praca, długość penisa i tak zwana jebalność (czym większa tym lepsza). Przyjaźnie bowiem nie istnieją.

*Rada dla łykających: jedz codziennie ananasa, bo po ananasie lepszy smak ma się! (Nie wiem z autopsji, jak spróbujesz daj znać w komentarzu, może zostaniemy przyjaciółmi tymczasowymi za komentarze na blogu!)

Podsumowanie roku 2015!

Kończy się 2015 rok! Wiele osób świętuje na domówkach, balach sylwestrowych lub imprezach pod chmurką. Ja praktycznie jak co roku, spędzam ten dzień samotnie w czterech ścianach. Tak jak rok temu proszę, pamiętajmy o osobach samotnych i tych którzy pracują. Bo spędzanie takich dni w samotności, mimo wszystko boli, a boli jeszcze bardziej, gdy ktoś sobie o Tobie przypomina, gdy już jest za późno…

Zanim przejdę do podsumowania mijającego starego roku, to dziś ktoś powiedział, może dość górnolotnie, że dziękuje mi za to, że mógł mnie poznać. Zaś druga osoba, pisząc życzenia uwydatniła chyba mój największy sukces i porażkę tego roku „Pięknego DR przed nazwiskiem”. Oczywiście na to będzie trzeba poczekać, bo nie w tym roku, albo i wcale… Te studia po prostu to jedna totalna klapa.

Równo rok temu, Mariusz obiecał mi, że tego sylwestra spędzimy razem, bez nikogo i będziemy tylko dla siebie. Fakt miał rację, sylwestra spędzam bez nikogo i jestem tylko dla siebie – w tej kwestii akurat nie skłamał. W 2015 roku, moje życie wywróciło się do góry nogami. Miałem ochotę rzucić studia, pójść pod wiadukt wieczorem i „zasnąć” na torach. Tak się nie stało, dzięki pomocy, której szukałem i która odniosła połowicznie sukcesy.

Każde wydarzenie mijającego roku, było się dość połowiczne. Czy to w życiu prywatnym, czy zawodowym. Ciężko mi jest jednoznacznie stwierdzić, że coś udało mi się do końca i jestem z tego zadowolony, ponosząc satysfakcję. Bo nadal nie udało mi się pójść do teatru, nadal nie udało mi się znaleźć znajomych i nadal żyję samotny. Może to ostatnie jest trudne do zrealizowania, ale gdy chce iść do teatru, to nie ma z kim. Gdy jednak ktoś się znajdzie, to albo spóźni się na spektakl, albo wymyśli coś zamiennego, co i tak nie dojdzie do skutku.

Nie chcę wchodzić w szczegóły tego roku. Chciałbym podsumowując rok, określić go jako nieudany i nie mam nadziei, że ten nowy będzie lepszy. Życzenie komuś Szczęśliwego Roku, nic nie da… Żeby „noworodek” był szczęśliwy, trzeba to szczęście ofiarować sobie samemu i drugiej osobie. Tylko, że na to nas zwyczajnie nie stać, bo jesteśmy zawistnym gorszym sortem człowieczeństwa.

Szczęśliwi są Ci, co mają brak sumienia, kupę kasy i ładną mordę…

Ze łzami w oczach… za tak mały gest!

Jednak mam jakiś ludzki odruch serca… nie potrafię przejść obok człowieka obojętnie i powiedzieć „nie”.

Wczoraj wyjechałem z Warszawy do innego miasta. Poszedłem na obiad do lokalu w którym jest tanio i praktycznie każdy tam jada. Jedzenie nie jest jakieś szczególnie wybitne, ale jest domowe, swojskie, takie jakiego w domu rodzinnym nie dostanę. Może dlatego nie odwiedziłem rodziców? Po co mam ich odwiedzać, skoro znowu zastanę leżącą matkę przed telewizorem z pretensją o nie wiadomo co.

Siedzę sobie, ba dopiero zaczynam jeść i widzę wchodzi jakiś niezbyt dobrze ubrany mężczyzna i rozmawia z jakimś dziadkiem. W związku iż siedziałem dość daleko nie słyszałem, ale widziałem łzy w oczach, gdy od niego odchodził. Podszedł do mnie i zapytał, czy nie kupiłbym mu obiadu bo jest strasznie głodny. Cóż miałem zrobić, to tylko 10 złotych pomyślałem, a wyrzuty sumienia by mi nie pozwoliły normalnie funkcjonować.

Zgodziłem się, powiedziałem by usiadł i mu zamówię. Poszedłem do lady i zamówiłem. Kasjerka dziwnie spojrzała, ale zrozumiała i podała to co jadłem ja osobiście.

Człowiek dziękował mi ze łzami w oczach trzykrotnie, co było dla mnie największą nagrodą tego dnia. Tylko zastanawiam się, jaką trzeba być gnidą by żałować 10 złotych gdy ktoś jest faktycznie głodny? Przynajmniej byś się do zupy dołożył stary dziadu…

Kiedy splatamy dłonie, Ty w moich oczach toniesz…

Niespodziewanie spotkał kogoś, kto go pokochał i pomimo odległości jaka ich dzieli, spędzają ze sobą każdą wolną chwilę. Miłość jest czymś pięknym, bo każdy mniej lub więcej, potrzebuje być: kochany, doceniony i szanowany. Jedni wybierają miłość do człowieka, inni zaś miłość do szeroko rozumianego powołania. A jakie jest moje powołanie?

Otóż nikomu nie będę kochającym czułym szeptem, całą prawdą i grzechem, ponieważ moje powołanie nie jest przeznaczone do miłości człowieczej. Trudno jest zdiagnozować co jest przyczyną, że to ja lub inni ludzie odchodzą. Odchodzą i pomimo, że nasze dłonie były splecione, a w oczach widać było radość, która z czasem przeminęła. Przemija nieubłaganie jak otaczający nas świat i ludzie, których rano widzimy w metrze, a wieczorem mogą już nie żyć. Jak byli kochający przyjaciele, którzy de facto okazywali się gwoździem do dębowego garnituru. Jak niewierni mężczyźni, którzy widzieli tylko uciechy cielesne i masturbację na Twój widok ze spermą na brzuchu – uciekający wieczorami do lepszych kochanków z Bemowa. Jak Ci, którzy próbowali uzyskać wybaczenie, naprawić błędy i wciskać kit, że się zmienili. Następnie idąc narąbanym w trzy dupy do swojego socjalnego mieszkania w patologicznej dzielnicy. Czy też Ci, którzy oskarżali Cię, że piszesz „cześć” z podtekstem seksualnym i chcesz ich wyruchać jak sarnę na łące. Jak perwersyjny akapit, który zaraz się skończy. To wszystko przemija, bo przemijanie jest też częścią naszego życia, podczas którego czekamy, aż ktoś wniesie trochę słońca w jego monotonność.

Zastanawiam się na porzuceniem dotychczasowego życia. Wiem o tym, że to tylko ucieczka na krótką metę i nie warto rezygnować ze wszystkiego co się osiągnęło. Wiem jednak, że nie skończę studiów doktoranckich, ponieważ dokonałem złych wyborów na początku, których się cofnąć nie da. A które mogą rzutować na całość przewodu doktorskiego. Nie liczę na czyjeś wsparcie nie ze względu, że nie chcę – ze względu, że nie otrzymuje go od nikogo. Znajomi są ulotni, przyjaźnie nie istnieją, a rodzina doprowadza mnie do szału.  Jestem jak ta kobieta z dowcipu, co ją wszystko wkurwia. Dostała w ramach wizyty lekarskiej seks w gabinecie i krzyczała do lekarza „Panie doktorze, albo Pan wkładasz, albo wyjmujesz – bo mnie to wkurwia!”. Jestem wkurwiony, na postawy ludzi którzy są w nich tacy profesjonalni.

Jakie jest zatem moje powołanie się pytam? Do użalania się… Nie! Moje powołanie jest do intensywnego poznania i zdiagnozowania problemu przeszłości, która nie powinna wpływać na to co będzie i pomocy właśnie tym, którzy przeżyli podobną (mniejszą/większą) osobistą tragedię. I Ty znajdź swoje powołanie i napraw błędy przeszłości. Nie prosząc o wybaczenie dla siebie, tylko wybaczając im i zapominając o tym co złe, zostawiając co dobre. Tylko czy tak się da? No nie, bo oni dalej będą spuszczać się przy Tobie na brzuch… Jednak ludzi nie zmienimy, możemy zmienić jedynie siebie samego, a ich co najwyżej – powystrzelać! :)

Tajemniczy telefon…

Nie pisałem, bo po co? Próbuję walczyć sam ze sobą, walczyć o dalsze życie. Nie jest dobrze, znowu coś się dzieje z płucami. Znowu zbyt dużo płaczę i uciekam w wir pracy. Można powiedzieć, że awansowałem w dwóch firmach, ale po co mi pieniądze? 

Właśnie pieniądze… w piątek zadzwonił telefon – numer prywatny. Ze względu, że mój telefon jest jednocześnie telefonem służbowym, byłem obowiązany odebrać. Głos w słuchawce znajomy…

Zadzwonił i przedstawił się z imienia, nie wiedziałem kto, ale głos znajomy. Powiedział nazwisko i poprosił o numer konta bankowego i zapytał czy mam jego numer telefonu. Chodziło o zwrot pożyczonych 1,5 roku temu 100 złotych. Kiedy się rozłączył, byłem w szoku, łzy do oczu się cisnęły same, jechałem samochodem i myślałem, co się stało? Paweł co się stało? Dlaczego?

Oddał pieniądze, ale nie oddał znajomości. Szkoda… być może za kolejne 1,5 roku wyjaśni sprawę tej znajomości i dlaczego tak się stało, aby nie było zbyt późno.

Powoli dogasam…

Nie mam już sił na pisanie Bloga, bardzo Was przepraszam, ale chyba powoli dogasam i nie mam już na to sił. To zwyczajnie nie ma sensu…

Nie ma sensu walka, zamartwianie się i szukanie rozwiązania patowej sytuacji. Wszyscy odeszli, uznając mnie za wariata i ofiarę losu. Ci co „kochali” śmieją się dziś w twarz, a ja sam pośród ścian, czekam na dar…. dar ukojenia bólu i śmierci.

Jak się z tym czujesz?

Biber’com się w dupie poprzewracało…

Dokonałem w nocy prywatnego śledztwa odnośnie tego, że ktoś bez mojej wiedzy i woli puścił informację do mojego rodzeństwa, że jestem gejem. Co prawda było to już jakiś czas temu, a sprawca został „wydany” i sprawa już ucichła. Jednak mimo tego, coś mnie podkusiło by to sprawdzić i dowiedzieć się z jakiego portalu gnida korzystała…

Pamiętam to jak dziś, tuż przed obroną wpada do kuchni najebany w cztery dupy brat. Myślałem, że zabił żonę w pierwszym momencie, ale zaczął mnie wypytywać o moją seksualność (czy jestem pedałem). Twierdził, że ktoś mu pokazał w Internecie, że jest moje zdjęcie i wiele danych się zgadza. No cóż… nie potwierdziłem, tylko na spokojnie zacząłem się śmiać i powiedziałem, że ktoś sobie najwidoczniej jaja robi. Widziałem, że jak bym potwierdził, to by pewnie mnie zajebał w tej kuchni pierwszym lepszym nożem, albo bym miał „sajgon” i wizytę umoralniająco-nawracającą co drugi dzień i każdy weekend z tej okazji. Dodatkowo by rozpowiedział każdej napotkanej i znanej osobie, bo przecież to gnida społeczna, złodziej i alkoholik szukający taniej sensacji.

Sytuacja znalezienia alibi była o tyle dobra, że w tamtym okresie byłem „osobą publiczną” i mogłem to łatwo zatuszować. Po jakimś czasie uwierzył, że to nie jest prawda i powiedział mi kto to był… Matka pewnej 15- latki z Siedlec, którą ona poinformowała… Mi osobiście jest bardziej straszna myśl, co robi 15 latka na portalu LGBT, niż to, że prawie samodzielny 24 latek ssie kutasy…

Wynik mojego nocnego dochodzenia potwierdził informację od mojego brata. Jednak moje zaskoczenie było ogromne, że to biberowate EMO z porytą psychiką udaje lesbijkę wraz z… siostrą, która ma może 10-11 lat. Nie wiem, nie interesuje mnie to. To problem tylko i wyłącznie ich…

Jednym zdaniem się gimbazowtym Biber’com w dupie poprzewracało… Podobnie jak ich mamusi, co wiarę zmienia jak rękawiczki w jednym roku katoliczka, w drugim świadek Jehowy, zaś w kolejnym adwentystka dnia siódmego… czekam, aż i ona zacznie interesować się cipkami jak jej córki!

I niech ktoś mi powie, że Siedlce są normalne?

Nie patrz litościwie na człowieczy ból i usłysz jego krzyk…

Trochę zaniedbuje bloga i swoje życie. Zwyczajnie zaczynam się wycofywać ze wszelkiej działalności. Nie wiem dlaczego, ale po prostu… brakuje mi sił.  Jednak nie patrzcie litościwie na człowieczy ból, a jedynie uszłyście jego krzyk. Bo innym pomóc można, mi już nie…

Nie wiem dlaczego tak jest. Nie potrafię sobie odpowiedzieć na to pytanie. Jest jak jest: brak znajomych, brak rodziny, brak przyjaciół a o partnerze już nie mówiąc, bo jego to nie będzie. Z formalno-prawnego punktu widzenia rodzinę posiadam, formalnie posiadam znajomych „elektronicznych” bądź „znajomych mam sprawę”. Jeśli nie ma ich on-line to nie ma ich jako znajomych, a jak nie ma sprawy to nie ma znajomych. Dziwnie nie?

Mnie to już zwyczajnie nie dziwi, jedynie boli. Szczególnie nocami i wieczorami. Dzisiejszej nocy nie mogłem zasnąć, myślałem przewracając się z boku na bok – dlaczego jestem sam. Zadałem sobie pytanie co zrobić by zmienić swoje życie? Pierwsze co przyszło na myśl to możecie jedynie zgadnąć… tak to co sobie pomyśleliście. Tak to!

Pamiętacie jak 23 lutego piałem, że jadę do teatru i że z moim szczęściem spektakl zostanie odwołany?
Zgadłem! Wygrałem rozczarowanie.

Lipton i Samsung…

No to wtorek, kolejny dzień mija… kolejny dzień lutego, roku i życia. Nie  jadę do Warszawy tak jak wspominałem we wczorajszym artykule. Niestety nie odpisano mi na maila i wyjazd przepadł.

Dzisiaj nic… i nikt prawie do mnie nie napisał by pogadać, jakoś mnie to nie dziwi skoro jestem taki „lipton”, przez co jestem „samsungiem” – nie z wyboru, a z mianowania. Lipne też było wczorajsze zachowanie jednego pedała, który mi obiecywał coś i słowa nie dotrzymał. Nawet nie potrafił spojrzeć mi w twarz… to takie żenujące, mijać osobę z którą spędzało się „słodkie chwile” jak obcego człowieka, a wzrokiem uciekać w telefon…

No nic… jednak trochę tam Was okłamałem z tym, że nikt nie napisał. Znalazło się parę osób z którymi wymieniłem kilka słów. Jeden mnie zdemaskował pisząc kim jestem. Tradycyjnie na moim ulubionym fellow.pl napisał 21-letni zboczeniec z Mińska Mazowieckiego… i ponownie zastanawiam się skąd się tacy ludzie biorą. Przytoczę rozmowę, robię to po raz trzeci i może ktoś mi znowu napiszę „boje się z Tobą pisać, bo trafię zaraz na bloga”. Nie ma co się bać, normalni ludzie tu nie trafiają. Pogrubioną fioletową czcionką jest oznaczony mój rozmówca:

- sex ? ja Mińsk Mazowiecki
- Niestety jeżdżę obwodnicą, BOR nie pozwala jeździć przez miasto. Pozdrawiam :)
- no szkoda :( a nie możesz zajechać ?
- Nie, nie ode mnie to zależy :P
- no ale możesz jakoś na lewo chyba
- BOR ochrania mnie 24h przykro mi… pozdrawiam

Poniosła mnie ułańska fantazja z tym BOR… dla niewtajemniczonych jest to skrót od Biuro Ochrony Rządu, które z ustawy nie może mnie ochraniać, bo nie jestem podmiotem podlegający takiej ochronie. Swoją drogą… nie zostałem zablokowany!