Ojciec Mateusz w Epoce Lodowcowej

Powinieneś iść na księdza… padły słowa po publicznie składanych życzeniach na uczelni z okazji Dnia Kobiet. Na co padł argument – miałem, ale nie te organy mi zagrały. Ojciec Mateusz i jednocześnie Sid z Epoki Lodowcowej to dwie przyklejone do mnie ksywy, które są pozytywne. Ja swoje problemy zostawiam wychodząc na uczelnie czy do pracy za drzwiami mieszkania, potem wracam do swojej „kobiety problemowej” i z nią dzielę każdy kolejny wieczór.

Niemniej dzisiejszy wpis raczej nie będzie pozytywny i wesoły, choć po długiej przerwie. Ostatnio namiętnie wczytuje się w słowa zmarłego już ks. Jana Kaczkowskiego. Nie jestem osobą religijną i nie chodzę do kościoła, który religię stoczył do ideologii smoleńsko-kasiastej i stał się jednym z kanałów indoktrynacji. Piszę kościół z małej litery, bo na dużą literę trzeba sobie zasłużyć. A w obecnej sytuacji, czy można ideologiczną religię nazywać Kościołem? Czy kiedy do religii wkracza polityka i pieniądz to czy jest to już ideologia? Wracając jednak do x.J.K. który napisał „A co to oznacza, że przegrywamy walkę z chorobą? – spytał. Musiałem mu wytłumaczyć, że to oznacza śmierć”. Jest to fragment dotyczący rozmowy z małym chłopcem, któremu mama umierała i chciał dowiedzieć się kilku rzeczy i przygotować do wariantu ostatecznego.

Właściwie wariant ostateczny czeka każdego z nas, każdy z nas prędzej czy później umrze tak czy inaczej. Trzeba być jednak świadomym tego, że będziemy umierać i bez względu ile mamy lat, powinniśmy się do tego przygotować. Większość osób nieheteroseksualnych będzie umierać w samotności. Gdy obserwuję portale i poznaje historię różnych ludzi, dostrzegam często połowiczną akceptację czyjejś orientacji seksualnej. Przez tą połowiczną akceptację i brak kogoś bliskiego, przyjaciół po prostu umieramy w samotności, robiąc pod siebie.

Parafrazując jednak słowa x.J.K. „A co oznacza, że przegrywamy walkę z życiem? (…) że to oznacza śmierć”. Tak przegrać walkę z życiem – najgorzej jak to by ktoś powiedział. Ja przegrałem i też znajduje się w takiej sytuacji połowicznej akceptacji bez nadziei na to, że poznam kogoś, kto mi się naprawdę spodoba i kto mnie… zaakceptuje. Nie mam dobrej opinii wśród warszawskiej społeczności gejów – ale się tym nie przejmuję. Przejmuję się, gdy ktoś mówi o mnie dobrze. Wtedy mój autorytet „wściekłego, zgorzkniałego dziada” topnieje jak bałwan.

Topniejemy w samotności, jak te bałwany. Otulamy się w białą szatę marki „Warszaffka” i udajemy, że jesteśmy lepsi od innych i szukamy, szukamy, szukamy… i nie znajdujemy, bo ostatecznie liczymy na jedno i wszyscy nas otaczający panowie to plebs. Jednak takie jest życie. Mimo, że sam topnieję, to wiem że gdybym dowiedział się od lekarza „Proszę Pana, mam dla Pana złą informację – ma Pan nowotwór, zostało ok. 3 miesięcy”. Super, załatwiłbym sprawy, wybaczyłbym może kilku osobom, wyjaśnił niedokończone sprawy i zasnął. Jednak nie wszystkim bym wybaczył bo „Warszaffka” wybaczenia nie dostanie. Podkreślam nie dostanie!

Niedługo opowiem wam o „Warszaffka Work History”. Dobrej nocy! :*

Nowe szanse w nowym roku…

Niech będzie pochwalony… bo tak teraz powinniśmy się witać w chorej na brak poczucia humoru i demokracji Polsce. Dawno mnie nie było, więc pomijając to, co się wydarzyło ostatnio, pozostawmy za zasłoną kurtyny spektaklu, który się nie odbył. 

Z racji, że mamy już 2017 roku, napiszę coś od serca dla wszystkich. Moi drodzy, skończył się 2016 rok i i od 6 dni i kilku minut, jesteśmy w nowym 2017 roku. Pamiętajcie, że Nowy Rok to nowe szanse i możliwości. Życzę Wam by był on wspaniałym, pełnych nowych doświadczeń i wrażeń rokiem. Chciałbym także życzyć, by Polska w końcu podniosła się z kolan i wydostała z pod buta dobrej zmiany. Dziękuję także wszystkim dobrym ludziom i sukinsynom, bo bez Was mijający rok byłby nudny i smutny!

Mijający rok, był smutny ponieważ w ostatnich jego tygodniach odeszło wielu utalentowanych ludzi ze sceny muzyki światowej, ale takie jest życie. Rodzimy się i płaczem witamy ten świat, następnie umieramy i po nas płaczą. Śmierć, jest czymś naturalnym i odchodzimy w najmniej odpowiednim momencie. Umieramy śmiercią naturalna lub wywołaną chorobą, bądź katastrofą/wypadkiem. Jaka by ona nie była, jest końcem naszego życia. Jednak trzeba pamiętać, że mimo wszystko życie jest silniejsze od śmierci i do póki ktoś będzie o nas pamiętał, to będziemy żyli.

Wczoraj wyjrzałem przez okno na apartamentowiec, który jest przed nim. Zauważyłem kilka zapalonych świateł w mieszkaniach, które zazwyczaj są puste. Ludzie to jednak mają fajnie, siedzą w mieszkaniach i rozmawiają. Podobnie jak na Sylwestra, ludzie także spędzali go razem ze sobą… Smutno mi się zrobiło, że ja muszę od kilku dni w większości dni siedzieć sam w pokoju, myśląc nad sensem życia. Fakt, że tego sensu nie dostrzegam, ale próbuję nie zwariować i nic nie robię, bo co nie zrobię to nie wyjdzie. Jednak Nowy Rok, to nowe możliwości, które i tak nie wyjdą. Życie jest brutalne, choć podobno żyjemy w jednym z najlepszych światów na świecie.

Niepotrzebna mi, Twoja miłość i Ty… dość mam Twojej fałszywej miłości…

By oddać hołd życiu…

Dawno mnie tu nie było, pewnie dlatego się wszystko popieprzyło… Nie jest dobrze, chyba przegrałem i szczerze nie mam ochoty tego naprawiać czy ratować.

Możemy walczyć do utraty chwil, dostawać nowe szanse, które będą przedkładać się na naszą przyszłość i to czy będziemy szczęśliwi. Jednym się to udaje, drugim niestety już nie.

Jestem tym drugim sortem człowieka, co mu się nie udaje w pewnych kwestiach. Jednak gdy wszystko zgaśnie, to będę dumny z tego, co udało mi się osiągnąć.

Dumny, że mogłem dać z siebie tyle ile dałem i docenienia, gdy świeczki blask zgaśnie, zapach uleci, a dym stanie się obrazem z przeszłości.

Kochaj sercem, nie oczami…

Kochamy oczami: kochamy wygląd, kochamy posturę, kochamy piękną twarz i piękne włosy… tylko czy kochamy drugiego człowieka?

Kochajmy serce, nie kochajmy oczami. Bo miłość jest szkołą jak kochać. Tylko gdzie jest nasza świątynia, skoro kochamy oczami, które z wiekiem są coraz bardziej słabe?

Z cewnikiem na deptaku w Ciechocinku

Wracam wspomnieniami do lat młodości, gdy przechodzę ulicami Siedlec. Wspominam chwile spędzone przy Jacku, czy spacery ulicą Brzeską. Przypominają mi się czasy, które nie wrócą już nigdy.

Wspomnienia, to coś co pozostaje w nas na zawsze i nie da się tego wymazać, czy nadpisać. Nieuniknione jest to, że starzejemy się i za niecałe dwa miesiące bliżej mi będzie do 30, niż do 20. Cieszę się, że to wszystko mnie doświadczyło, bo gdy przyjdzie kres – nie będzie czego żałować.

Czerwiec to szczególny miesiąc mojego życia, tyle się w nim stało kilka lat temu. Tyle wylało się łez, tyle poznało się wspaniałych ludzi i tyle samo nieciekawych sytuacji. Powiem Wam, że przestałem liczyć lata. Kiedyś pamiętałem każdą ważną datę, rok i żyłem od „rocznicy” do „rocznicy” świętując ją w mojej duszy, jak Jarosław Mniejszy Pierwszy. Jednak liczenie lat nie ma sensu, jak szukanie przyjaciół i partnera na siłę.

Dziś na uczelni wyśmiałem się niesamowicie. I przeżyłem (pewnie jak wszyscy) dwie minuty, które były najpiękniejsze w ciągu całego dnia. „Przed wypadkiem byłem mięśniakiem, kiedy stałem się inwalidą – zmieniłem mięśnie na mózg” a w tle leciało „to jest piosenka dla Jurka”. Za te dwie minuty, osoba to przedstawiające, dostała brawa i gratulacje. Dwie minuty, które mogą zmienić Twoje życie, które jest naprawdę do dupy. Potwierdza to, że moja uczelnia, nigdy mnie nie skrzywdziła, dała schronienie i możliwość przeczekania stanu wojny mojego serca z umysłem.

Teraz jest stan pokoju, stan pogodzenia się ze wszystkim (kapitulacji). Nie szukając partnera na siłę, nie szukając przyjaciół i przyjmując krytykę na swój temat jak drugie śniadanie staram się żyć. I mimo oskarżeń, które padły pod moim adresem na uczelni „że mam kogoś w dupie”  idę dalej. Mając w dupie, że o mnie tak ktoś pomyślał, gdy sam jest samolubem. Nie mam nikogo w dupie, po prostu nie umiem z kimś razem wchodzić komuś w dupkę bez wazeliny, kiedy mnie nawet do wchodzenia nie dopuszczono i nie informowano wcześniej.

Nie neguję tego, że bycie z kimś by było fajne – taka stabilizacja w każdej płaszczyźnie życia by wtedy nastąpiła. Jednak nie można mieć wszystkiego, bo mając wszystko i tracąc można wycierpieć więcej, niż tracąc coś z czegoś nie stanowiącego wszystkiego.

Czuwaj nade mną mój książę, który najpewniej gdzieś tam jesteś w tym świecie i poznam Cię na deptaku w Ciechocinku, gdy będę spacerował z workiem na mocz i z cewnikiem w fiucie. Bo ponoć na miłość nigdy nie jest za późno!

Majóweczka, czyli żubróweczka i wiśnióweczka…

Na tegoroczną majówkę wyjechałem ze znajomymi na działkę i będziemy pili, tańczyli i jedli kiełbaski z grilla. W końcu to sobota i trzy kolejne dni są dniami wolnymi, jak ma się dobrego pracodawcę, albo urlop 2 maja! Tak, tak zaczyna się historia większości z Was, ale mnie ona nie dotyczy. Nie wyjeżdżam na majówkę, bo nawet nikt nie zapytał, czy mam jakieś plany – wszyscy wyjechali, a dla mnie zapomnieli nawet piasku w kuwecie wymienić.

Jest mi strasznie smutno od kilku dni, niby wszystko powinno się układać i biec do przodu, ale napotykam mury. Jadę metrem w piątek, ludzie zadowoleni, uśmiechnięci jadą na spotkania towarzyskie z butelkami wina, czy jakimiś łakociami. Pary zakochanych, wpatrzone w siebie ze wzajemnością, płynącą z miłości. Wróciłem do mieszkania, trzasnąłem drzwiami, bo nie potrafię się cieszyć ich szczęściem, tylko zazdroszczę. Bo jak się cieszyć szczęściem kogoś w pustym mieszkaniu?

Nie mogę znaleźć miejsca dla siebie, dla mnie każdy dłuższy okres, gdzie ludzie świętują jest najbardziej bolesny, bo wtedy nawet już nikt nie napisze, bo w te dni to nawet nikt nie ma sprawy. A nawet jebane ciasto, które spieprzyć jest trudno – spieprzyłem, tak bo jak człowiek smutny, to psuje wszystko w okół.

Ostatnio nawet pracę dostałem i popełniłem jeden błąd i mam problem, tak na początku już popełniłem poważny błąd, choć stanowisko nie jest mi nieznane. Nic, nikt się nie dowie, najwyżej będzie nerwówka w środę i nie pojadę na jeden z trzech ostatnich zajęć na studiach, które nie mogą się równać z balkonem, bo balkon utrzyma rodzinę, a doktorat nie. Tylko, że ja nawet rodziny nie mam… apropo pracy, kiedy poprzednia firma dowiedziała się, że pracuje u konkurencji to w bardzo „elegancki” sposób zablokowali mi możliwość współpracy. Nie napisano dlaczego, choć nie trudno się domyślić, że srają się, gdyż przeszedłem do głównego rywala. Tylko, czy wykonując 1-2 zlecenia w miesiącu bym im mógł zaszkodzić, skoro innej osobie w podobnej sytuacji je dają? To jest zwyczajnie nagroda za: cztery lata współpracy, nieprzespane noce, tysiące kilometrów w samochodzie, autobusie i pociągu i wysyłanie do innych miast kilka godzin przed death line. Trudno, ja mam swój honor: jestem im wdzięczny, ale szkoda, bo żałosne zachowanie osoby, która kabluje i chce się wykazać, a faktycznie ja będę najmniej na tym stratny. Zresztą tam byłem murzynem…

Tak jak wspomniałem, jedyny dobry powód do dumy jest taki, że do końca studiów zostało trzy dni zajęć rozłożone w maju i czerwcu. I będzie to koniec studiów, ponieważ rezygnuje – tak jak z siłowni i spotkań z kimkolwiek. Nie to, że się oddalam od ludzi, tylko po co spotykać kogoś nowego, kto nie pojawi się po raz drugi w życiu i nie napisze wiadomości dla mnie jako powietrza lub zwierza? Ewentualnie po co spotykać kogoś kogo się zna dłużej, ale ten ktoś widzi siebie i podczas spotkania więcej siedzi w telefonie milcząc? Ani jedna, ani druga opcja nie jest rozsądna. Dlatego rezygnuję…

W jednej pracy ratuje, w drugiej zabijam ludzi…

Wiosenny kwietniowy wieczór, można już uchylić okno i „cieszyć się życiem”. Nie bez przyczyny piszę to w nawiasie, bo cytuje w ten sposób Wasze życie, nie swoje. Ja się z niego przestałem cieszyć, mimo wielu powodzeń, brakuje mi jednego, którego nie kupisz i nie dostaniesz w prezencie. Niemniej jednak, urzekła mnie pewna historia, a raczej jej morał, który podałem w tytule.

Historia pewnego strażaka, który jednocześnie pracuje na kolei. Wspominał w niej o tym, że dwie osoby zabił przez „przypadek” zaś dwie, były to udane próby samobójcze. W innej pracy zaś te życia ratuje.  Chciałbym tu zwrócić uwagę na śmierć człowieka, która jest nieunikniona. Często w listach pożegnalnych samobójców, albo zrozpaczonej rodziny czytamy wytłumaczenia lub zadawane pytania dotyczące tego, dlaczego tak się stało? Nie da się jednoznacznie odpowiedzieć, dlaczego ludzie się zabijają, bądź umierają zbyt wcześnie.

Kiedy spotykamy się na ostatniej drodze bardzo bliskiej lub trochę dalszej osoby, słyszymy: „Za wcześnie”, „Bóg się pomylił”, „Była taka pogodna i miała całe życie przed sobą”.  Są to frazesy, które nie pomagają i nie dają nam jednoczesnej odpowiedzi na pytanie, czemu decydujemy się na wylogowanie się ze świata. Uważam, że zamiast tych frazesów lepiej powiedzieć „ze śmiercią jej/jemu do twarzy”. Wiem, że to okrutne, ale nie chciałbym słyszeć nad moją urną słów „za wcześnie” lub widzieć [*] przy moich publicznych zdjęciach, które można komentować. Zakładając, że po śmierci jest to możliwe, to w takiej sytuacji wstałbym jak Feniks z popiołów i zamienił się miejscami.

Ratujmy resztki naszej ludzkiej godności, bo nie wiadomo kiedy Ty się wylogujesz…