W jednej pracy ratuje, w drugiej zabijam ludzi…

Wiosenny kwietniowy wieczór, można już uchylić okno i „cieszyć się życiem”. Nie bez przyczyny piszę to w nawiasie, bo cytuje w ten sposób Wasze życie, nie swoje. Ja się z niego przestałem cieszyć, mimo wielu powodzeń, brakuje mi jednego, którego nie kupisz i nie dostaniesz w prezencie. Niemniej jednak, urzekła mnie pewna historia, a raczej jej morał, który podałem w tytule.

Historia pewnego strażaka, który jednocześnie pracuje na kolei. Wspominał w niej o tym, że dwie osoby zabił przez „przypadek” zaś dwie, były to udane próby samobójcze. W innej pracy zaś te życia ratuje.  Chciałbym tu zwrócić uwagę na śmierć człowieka, która jest nieunikniona. Często w listach pożegnalnych samobójców, albo zrozpaczonej rodziny czytamy wytłumaczenia lub zadawane pytania dotyczące tego, dlaczego tak się stało? Nie da się jednoznacznie odpowiedzieć, dlaczego ludzie się zabijają, bądź umierają zbyt wcześnie.

Kiedy spotykamy się na ostatniej drodze bardzo bliskiej lub trochę dalszej osoby, słyszymy: „Za wcześnie”, „Bóg się pomylił”, „Była taka pogodna i miała całe życie przed sobą”.  Są to frazesy, które nie pomagają i nie dają nam jednoczesnej odpowiedzi na pytanie, czemu decydujemy się na wylogowanie się ze świata. Uważam, że zamiast tych frazesów lepiej powiedzieć „ze śmiercią jej/jemu do twarzy”. Wiem, że to okrutne, ale nie chciałbym słyszeć nad moją urną słów „za wcześnie” lub widzieć [*] przy moich publicznych zdjęciach, które można komentować. Zakładając, że po śmierci jest to możliwe, to w takiej sytuacji wstałbym jak Feniks z popiołów i zamienił się miejscami.

Ratujmy resztki naszej ludzkiej godności, bo nie wiadomo kiedy Ty się wylogujesz…

Maliniak z Bogdańca

Chyba dawno nic nie pisałem na blogu, jednak postanowiłem coś „skrobnąć dla potomnych”. Niestety nie opowiem Wam historii heroicznej walki z niedźwiedziem i tym, że ją wygrałem jak Zbyszko z Bogdańca. Nie miałem też wypadku na A4 i nie będę obchodził 4 kwietnia 2016 roku miesięcznicy z tej racji… kraj głupieje, a większość głosujących, sprzedała Rzeczpospolitą za 500 złotych na każde (drugie) dziecko, jednak trzeba jakoś żyć, choć nastawiam budzik na 5:30, by mnie nie musieli wyrywać ze snu o godzinie szóstej rano. Tym bardziej, że PiSland ma najprawdopodobniej dodatkowego senatora, jadącego na nazwisku ojca.

Ostatnio przeglądam profile na portalach branżowych i zastanawia mnie sens posiadania konta w takich miejscach. Niby z jednej strony nie jest to do niczego potrzebne, bo na twarzy siłowni nie ma. W związku z tym, nie znajdę nikogo na tyle przyziemnego co bym z nim, a on ze mną wytrzymał. Patrzeć codziennie na tą samą mordę, koszmar… Wszyscy to frajerzy, mówiący co innego, a robiący całkowicie co innego. Dodatkowo już we mnie wymarła chęć bycia z kimś, jestem za stary na randki i związki. Kiedyś ktoś stwierdził, że zobaczył pięknego chłopaka i się w nim zakochał. Jednak sobie zwalił i mu przeszło… Zastanawiam się, czy nie stosować takowej metody wobec siebie. Nevermind!

Ostatnio naszła mnie straszna ochota, a jak najdzie ochota to kaczor nawet głodną wyłomota… naszła mnie ochota na naleśniki, chodziła za mną chyba z miesiąc, jednak spełniłem swoją zachciankę i poszedłem na Puławską do kawiarni, kupując sobie dwa naleśniki z nutellą i bananem, niebo w gębie! Wspominałem też, że mam zamiar lecieć do Wrocławia jakiś czas temu. Oczywiście byłem, niestety samolot się nie rozbił, a ja przeżyłem. Ponoć zamach miał być, jednak nie trafili z dołu i jakoś doleciałem w obie strony!

Ryanair

Trzeba spełniać swoje marzenia i robić porządek w papierach, bo co innego nam w tej Polsce i w tym LGBTowskim świecie zostało? Albo robić lody, albo stać się lodem na wszelkie uczucia i cierpienie.

Wieczorny spacer ulicami Mokotowa

Nie mogłem już wytrzymać i musiałem się przejść ulicami dzielnicy, której nienawidzę, a na której musiałem zamieszkać. Włożyłem słuchawki w uszy i rytm muzyki klasycznej m.in. Spring Waltz, czy Funeral March Fryderyka Chopin’a szedłem po śniegu i rozmyślałem nad sensem mojego bytu tu i teraz…

Jeżeli chodzi o blog, to to jest dobre narzędzie do przekazywania myśli. Jego misja była na początku dość niejasna i bez sensu. Potem urodziła się pod wpływem tego, że udało mi się wykaraskać od wielu problemów. Niestety, nie będę oszukiwał, że było to tymczasowe. W kilkumilionowym mieście jesteś samotny, bo większość Twoich znajomych pracuje i/lub ma Cię za wariata i nudziarza. Trudno, przeżyję – kasując bezpowrotnie każdą niepotrzebną mi osobę z kontaktów. Jeśli ktoś zerwał kontakt i dostał drugą szansę, nie wykorzystując jej, to jest dla mnie jasny sygnał tego, że nie jest mi ta osoba do szczęścia potrzebna.

Niewątpliwe jest to, że nie zabiję się z własnej ręki. Jednak osobiście nie chce mi się już żyć i podczas tego spaceru doszedłem do wniosku, że małą stratą byłoby moje nagłe odejście. Dlatego niedługo planuje wybrać się samolotem do Wrocławia, jadę spełnić swoje marzenia: zobaczenia tego miasta i lotu samolotem.

Jeśli ten samolot się rozbije lub zginę w jakimkolwiek wypadku, to mój wielki sen, który gna mnie w nieznaną dal, bez barier i granic się zakończy. A wtedy będę cholernie szczęśliwy! Najbardziej mi będzie jednak żal, tych pierdolonych wyzyskujących drugiego człowieka hien – czyli „znajomych mam sprawę”, bo kto tym kurwom pomoże?

Wisit Jabłko

Wisi jabłko wisi, ale w końcu spada… nie jedna panna za mąż wyszła niechybnie, zaś nie jeden pan zbłądził, ale nie potrafił kontynuować błądzenia i się przyznał.

Życie to nie piosenka, którą można odtwarzać w nieskończoną ilość razy. To piękne, że każdego dnia przeżywamy całkowicie coś innego i nie jest to w pewien sposób monotonne. Każdego dnia przechodzimy w tych samych miejscach, ale ciągle widzimy coś nowego. Nowych ludzi, nowe samochody, albo zniszczony śmietnik. Takie proste, błahe i świadczące jednocześnie o czymś wielkim: niepowtarzalności dnia i życia.

Dlatego w życiu trzeba postępować sprawiedliwie i odpowiedzialnie, a ostatnie dni nauczyły mnie tego jeszcze bardziej. Czasami trzeba powiedzieć, choćby najgorszą i gorzką prawdę dla kogoś, niż ciągnąć coś w nieskończoność i po pewnym czasie skrzywdzić, nie krzywdząc siebie. Nie potrafię tak, nauczony tym co się wydarzyło rok temu. Na koniec potrafiłem tylko powiedzieć „przepraszam”, bo nikt nigdy mi tego nie powiedział.

Mogę powiedzieć, że pogodziłem się z przeszłością w pewnym sensie, ale nie do końca. Ona mnie nauczyła lęku przed związaniem się z kimkolwiek, albo przynajmniej utrzymania relacji ku temu sprzyjającej. Jednak nic… jak do trzydziestki się nic nie poprawi, to po osiągnięciu jej pozostanie masturbacja i seks za kasę z małolatami… Choć mam nadzieję, że nie stoczę się do tego poziomu i przystanę na masturbacji i nauczaniu małolatów za kasę, jak żyć!

Czy potrafię żyć się zastanawiam? Chyba tak… jak sądzicie?

Porozmawiajmy o toleranci, albo nie… Pray for Paris

Ile trzeba mieć w sobie nienawiści, by posunąć się do zabicia jednego człowieka, a ile trzeba mieć w sobie zwierzęcia by zabić 120-160 lub więcej ludzi? Nie liczy się liczba, bo jeszcze nie jest znana, bo z minuty na minutę rośnie, a fakt morderstwa pozostaje niezmienny… Nie sprawiedliwe, nie ludzkie jest to co zdarzyło się z piątku na sobotę we Francji.

Porozmawiajmy o tolerancji, chciałem dziś napisać właśnie o tym. Jednak chciałbym zwrócić uwagę właśnie na fakt tych wydarzeń, którymi rano zacznie żyć jeszcze bardziej cała Europa, niż żyje w nocy. Nie chciałbym nikogo straszyć, ba źle życzyć, ale czy my w Polsce, możemy czuć się bezpiecznie, a może kolejne na celowniku jest właśnie Warszawa lub inne miasto?

To wszystko wynika z braku tolerancji, tolerancji pomiędzy kulturami, religiami i niewłaściwymi czynami zarówno polityków i mediów. Jeśli nie nauczymy się szanować samych siebie nawzajem, to nigdy nie pozbędziemy się chęci zemsty.

Terroryzm to najgorsze zagrożenie dla każdego Państwa, bo wróg jest może i jest określony, ale nie ma sprecyzowanego celu ataku – możesz być nim tak samo Ty, jak i ktoś z najważniejszych polityków Państwa.

Pochylmy głowy na cześć tych, którzy zginęli, ale podnieśmy przeciwko tym, którzy to zrobili. By to się więcej już nie powtórzyło!

Mam do Ciebie trzy pytania, mogę je zadać?

Zadałeś bardzo ciekawe pytania, które tak naprawdę potrzebują dłużej formy odpowiedzi i tego jak podchodzi się do pewnych ważnych, ważniejszych, a czasami błahych (z perspektywy czasu) spraw. Kiedyś pisałem na swoim blogu: Bądź dobry dla drugiego, im bardziej będziesz dobry dla drugiego, tym więcej zyskasz u mnie. Bądź cierpliwy i wyrozumiały, bo cierpliwość i wyrozumiałość to sztuka, którą nie jeden artysta zaprzepaścił za chwilowym zapomnieniem o tym, co interpretuje druga strona. Ten kto jest cierpliwy i wyrozumiały, wnosi nadzieję na lepszą przyszłość. Nie krzycz… bo ten kto krzyczy nie ma linii obrony, jest pusty jak beczka, która dudni…

Miłość podobno czyni cuda, jedni są ze sobą kilka lat, niektórzy kilka tygodni, ba kilka godzin – bo jednak to nie to, po przemyśleniach i wątpliwościach ludzie od siebie odchodzą. Zawrę odpowiedzi na te wszystkie trzy pytania w tym tekście, nie dam Ci obrobionego już „poletka” – moje ulubione słowo od października, tylko sam będziesz musiał je wychwycić.

Odchodzą – bo albo była dyktatura, albo brak odpowiedniej sztuki kompromisu. Kiedy dwoje ludzi się łączy to w praktyce wygląda to tak, że na początku jest wielka radość jak żywy ogień, nowo zapalonej świeczki, który po czasie staje się co raz mniejszy i gaśnie. W teorii, gdy dwoje ludzi się łączy powinno zapomnieć o swoim „ja” i mówić „my”. Powinno mówić to my możemy zrobić, a nie to ja mogę zrobić. Trzeba być jednocześnie dyktatorem skłonnym do kompromisów. Są pewne sprawy, które nie podlegają dyskusji: narkotyki, trójkąty, wspólne filmy porno wrzucane na jakiś portal, czy wspólne konto na fellow w celu szukania „znajomych” – czyt. cwela by dwóch jednocześnie mogło się wyżyć. Jednak to są sprawy dla dorosłych i odpowiedzialnych ludzi na tyle normalne, że nie powinny podlegać dyskusji. Oczywiście tylko jedna właściwa metoda na wychowanie faceta, to metoda faszystowska. Ja mam zapędy władcze, potrafię wyrazić swoje zdanie, ale liczę się ze zdaniem drugiej osoby i szukam kompromisu. Jednak gdy ktoś mi narzuci swoje zdanie lub zmieni reguły gry w trakcie, to przepadł puch marny.

Kiedy na początku świata, pojawiły się różne uczucia i nie wiedziały co ze sobą zrobić to miłość i szaleństwo, postanowiły pobawić się w chowanego. Miłość schowała się przed szaleństwem w krzaku róż. Szaleństwo szukało miłości i krzyczało, „gdzie jest ta moja miłość?” „miłości gdzie jesteś?” i tak chodziło i szukało miłości z patykiem w ręku. I nagle zobaczyła ten piękny krzak róż i zaczęła go tym patykiem rozdzielać i pokaleczyło miłości oczy. Stąd miłość jest ślepa, ale zawsze… zawsze towarzyszy jej szaleństwo.

Miłość jest ślepa, ale trzeba być szalonym by się zabójczo zakochać i szalonym by to podtrzymać. To jest wielka odpowiedzialność. Kiedy decydujemy się na bycie z kimś, na to jak to wszystko mamy zrobić, jak ułożyć – bez względu na konfigurację płci, to szukamy rozwiązań i stajemy przed wyzwaniami. Wyzwaniem jest szalona decyzja o wyjeździe z kraju. Dobrze, wyjechać jest fajnie na kilka dni, ale nie na całe życie. Jestem Polakiem, jestem dumny z tego kraju i chyba, chyba nie potrafiłbym wyjechać. Nie wiem… może to przez brak znajomości języka. Oczywiście z kimś wyjechać byłoby raźniej, ale musiałby być spełnione trzy warunki: mamy gdzie mieszkać, gdzie pracować i nikt w naszym życiu trzeci się nie pojawia, co mógłby to zniszczyć. Bo tęsknota za straconą osobą w obcym kraju jest podwójna: za osobą i za ojczyzną. Jeśli zaś chodzi o kraj jaki by to miał być: błagam niech to będzie USA albo Kanada… żaden europejski, żadne zielone wyspy, bo nie dożyję ślubu z tym wybranym na pewno…

Kwestia ślubu. Ludzie ślubują sobie wierność, uczciwość i że nie opuszczą się aż do śmierci. Czy tak się da? To pytanie pozostawiam bez odpowiedzi. Oczywiście, każdy dorosły, odpowiedzialny facet/kobieta wie, czego w życiu chce i jeśli umie odpowiadać za siebie to powinno odpowiadać też za drugie, druga strona tak samo. Jeśli ktoś jest ze sobą długi czas, chce sformalizować związek i akurat polski ustawodawca da taką możliwość, to nie widziałbym przeciwwskazań. Życie na kocią łapę jest fajne, sformalizowane też jest fajne – bo nie ważne czy jest dokument czy go nie ma, to nie dla dokumentu ludzie są ze sobą. Ludzie są tylko dla siebie… bez względu czy mają uregulowaną sytuację prawną i obrączki czy nie, to tylko papier do sławojki – liczy się uczucie i odpowiedzialność i jałowy związek, jakby to posłanka Pawłowicz powiedziała.

Nie chcę Cię zanudzać i zaraz skończę, bym mógł zamknąć się w „dwóch stronach, a nie sześciu”. Narzucone przez Ciebie pytania, dały mi możliwość wyrażenia się w pewnej światopoglądowej dyskusji, która może się po tym tekście wytoczyć. Jednak czasami trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, ponieważ pytanie problemowe daje dopiero możliwość analizy problemu i jego rozwiązanie.

Mnie życie nie dopieściło, nie mogę znaleźć się w żadnej z podanych przez Ciebie sytuacji, wszystko to jest czystą teorią, ale teorią która pokrywa się z moim światopoglądem. Masz prawo się z nim nie zgodzić, ale musisz to uszanować, bo na tym polega kompromis.

Każdy tekst się kiedyś kończy, każdy związek z przyczyn naturalnych, czy nienaturalnych się kończy. Bo życie się powoli kąsa, kęsa i zjada… i pozostaje potem formalna pustka. Czasami wieczorami wracam do zdarzeń z przed lat i wyciągam wnioski, aby nigdy więcej ich nie powtórzyć. I dochodzę do wniosku: szkoda, że niektórzy odeszli bez słowa i nie da się tego wyjaśnić i naprawić, albo przynajmniej przeprosić. Najwyraźniej te osoby nie były nam pisane, najwyraźniej nie potrafiły wyjechać ze swoimi wartościami do jednego innego miejsca, udzielić odpowiedzi z kompromisem i stanowczością, a następnie zawiązać formalny pakt zgody. Takim paktem zgody jest związek, który jeśli jest silny, da odpowiedź na każde zadane przez Ciebie pytanie, na które odpowiedzi prawdziwej – może udzielić tylko życie…

Hashtag przeszłość

Abonent chwilowo niedostępny… pojawia się w mojej głowie po raz kolejny. Z pytaniem, czy życie zatacza w tym momencie koło i pojawi się BisRadosław i reszta towarzystwa? Życie z tym ciężarem spraw, które nie zostały wyjaśnione, ciąży nadal. Może nie tak bardzo jak kiedyś, ale nadal pojawia się pytanie, dlaczego tak jest…

Nie potrafię skasować korespondencji z moją byłą przyjaciółką, nie potrafię zamazać śladów, starych i być może niepotrzebnych nikomu ludzi i znajomości. Trzymam to, jak tą pierwszą podarowaną przez Arniego książkę z dedykacją, której nigdy nie przeczytam lub inne rzeczy z których nigdy przez brak odwagi nie skorzystam, a z szacunku nie wyrzucę. Niedługo kupię pudełko w którym włożę tę książkę, jajko z niespodzianką, koszulę i inne otrzymane od ludzi rzeczy, by je schować w głęboko w szafie i pogrzebać, tak jak i mnie pogrzebią za jakiś czas w swoich myślach, albo już to zrobili.

W chwili obecnej wszystko mnie przerosło, zarówno życie, ale też studia i praca. Obawiam się, że na coś zachoruję, mam dziwne sny związane zarówno z obecną sytuacją polityczną w Polsce, ale też z życiem i tymi „znajomymi” co niby są, ale od kilku tygodni lub miesięcy nie odezwą się i nie zapytają jak żyjesz. Gdyby nie Facebook i moje polityczne wywody, których i tak nikt nie czyta, to ludzie by pomyśleli, że umarłem. Nie… nikt by nawet nie zauważył, że umarłem, bo i tak wszyscy mają mnie dość, ponieważ jestem osobą pozostającą w dozgonnym szacunku ustępującej PEK.

Może nieliczni, może matka, która wypytuje kiedy przyjadę. Może Ci zauważyli by, że mnie nie ma. Ale jak przyjadę do rodzinnego domu, to mnie wkurwi na dzień dobry. Zrobi super „miłe” powitane od kłótni, narzekania i tego, jak to jest jej źle. I znowu wrócę do swojego małego pokoju za siedemset pięćdziesiąt waluty szczęścia na warszawskim Mokotowie, bo przez 25 lat w tym domu było mi cholernie źle!

Co do snów… Śni mi się, że jestem aresztowany przez ABW albo służby porządkowe Prawa i Sprawiedliwości. Śni mi się, że ktoś atakuje mnie nożem na moim ulubionym Starym Mieście. Śni mi się, że uciekam przed napastnikami okrężną drogą i znajduję za trefnego przyjaciela starszą panią, która częstuje mnie pomidorem, jakim się następnie dławię. Czy też w śnie widzę prezerwatywy wyrzucone do kosza.

Sny bowiem mają swoją symbolikę: porzucone prezerwatywy do kosza w moim przypadku oznaczają, rezygnację… Tak rezygnację z osiągania przyjemności seksualnej (homoseksualnej). Ja już chyba tego nie potrafię, nie chcę, boję się i zaczyna mnie to przerastać. Dławiący mnie pomidor to znak, trefnych przyjaciół i znajomych, którzy dławią moją przyszłość, przez to, że nadal są w mojej głowie. I uciekam się do różnych rozwiązań, które skutków nie przynoszą. Co raz częściej pojawia się na mojej drodze krzyż i znaki, by może wrócić…. by może odnaleźć to miłosierdzie w Bogu. Jednak gdy popatrzę na to co się dzieje i to, że staliśmy się polami uprawnymi Watykanu, które za stolicę mają Toruń i Ojca Rydzyka jako wzór moralny – wkładam sobie dwa palce do gardła i zaczynam wymiotować, jak po tym pomidorze. Wymiotować na to wszystko, wymiotować swoim życiem na swoje życie.

Cóż więcej powiedzieć, boję się kolejnych dni, odbierania telefonów i tego co będzie dalej. Jednak staram się mimo wszystko nie poddać i naprostować to swoje pokręcone życie na tyle ile dam rady i na tyle ile to możliwe. Choć tęsknię, za tymi których szczerze kochałem: Renato, Radku i Pawle M. i S., tęsknie. Jednak tylko Renacie i M. wybaczam w swojej duszy i pozostaje wdzięczny, za resztą tylko tęsknię, ale nigdy nie wybaczę. Nie potrafię, przepraszam…

Przypomina mi się też Kamil, który także mimo, że próbowało się to lepić i naprawiać, odszedł – jemu też wybaczyłem, ale nie chcę aby już wracał. Bo chciałbym aby wszyscy bez wyjątku w ten piątek 13. ode mnie odeszli, tak jak potrafią najlepiej. Bo odejść, trzeba z klasą, a tego w większości brakowało…

Odchodźmy, ale pozostawmy do siebie, chociaż telefon w starym kalendarzu. By na łożu śmierci, dzwoniąc usłyszeć „Abonent chwilowo niedostępny” albo „Nie ma takiego numeru” i zasnąć niepogodzonym z przeszłością i niewyjaśnianą sprawą.

Kaczoweenowy wieczór

Tradycja czy amerykanizm? Znicz i pamięć, czy świecąca dynia i straszny strój? Wszystko zależy od nas, nie od tego co dyktuje religia i panowie w sukienkach.

Zbliżamy się do dni rewii mody, zarówno na katolickich, jak i miejskich cmentarzach. Będziemy palić znicze i wspominać osoby, które od nas odeszły na zawsze i których nawet przypadkiem nie miniemy na ulicy. Jest to czas w którym tradycjonaliści spierają się z nowoczesnym społeczeństwem o styl obchodzenia tych dni.

Uważam, że każdy powinien decydować czy chce obchodzić Halloween, czy Święto Zmarłych, a może obchodzić jedno i drugie. Myślę, że każdy sposób jest dobry – bo to wszystko zależy od naszej własnej postawy i poglądu na rzeczywistość.

O zmarłych trzeba pamiętać przez cały rok, nie tylko przez dwa dni, które przesączone są religijnym obrzędem i rozmową ile kosztowały kwiaty przy wejściu do cmentarzu. Ja nie obchodzę Halloween – bo nie mam z kim i gdzie, a Święto Zmarłych – nie jest moim świętem, gdyż jeszcze nie jestem zmarłym. Jednak poszedłem i pójdę jeszcze zapalić znicz na grobach tych, których nie ma wśród nas.

Weź nóż i dźgnij…

Sprawy się bardzo komplikują, ponieważ niby koniec sezonu w firmie i teraz praca typowo biurowa mnie czeka przez następne dwa miesiące, ale w tym roku odnotowuje dziwne zachowanie współpracowników i same straty.

Niestety od jakiegoś czasu współpracownicy oddają zlecenia, które w takiej formie wydania, nie powinny ujrzeć światła dziennego. Jestem skazany sam poprawić wykonaną przez kogoś pracę, choć ta osoba wzięła już za to pieniądze. Siedzę do późna w nocy, czasami bez przerwy na sen jadę na studia, tak jak za chwilę – byle coś skończyć, byle było na daną godzinę i byle zawieźć to do wydania klientowi. Następnie pozostaje czekać na telefon, aż zacznie Cię opierdalać, bo czegoś jest za mało. Niestety tak się ostatnio dzieje, choć ja nie jestem niczemu winien, ale ponoszę za to wszystko największą odpowiedzialność, ponieważ to ze mną jest podpisana umowa. A pracownicy czują się bezkarni i mogą się tak czuć, ponieważ w tej branży nie ma jednego sprecyzowanego miernika jakości.

Podejrzewam, że jest to cicha wojna by mnie wykończyć na rynku, cóż – takie prawo konkurencji, a ja wcale nie muszę tego robić i w każdej chwili mogę zaprzestać działalności w bardzo prosty sposób. Tylko nie ma takiej potrzeby, ponieważ każdy dostanie swój kawałek tortu i będzie zadowolony. Zleciłem jedną pracę firmie zewnętrznej, zrobiłem przed oddaniem oryginału kopię, którą potem utraciłem, gdyż nie została powielona. Efekt jest taki, że nie mam fizycznie zlecenia klienta i gdyby okazało się, że firma zewnętrzna zgubi, straci materiał (co przeczuwam, że tak może się stać w zawiązku z cichą wojną), to stanę przed wymiarem sprawiedliwości i kara będzie bardzo dotkliwa. I chyba ze wstydu i bezradności nie przez pedałów popełniłbym samobójstwo.

Coś mi jednak mówi, aby już teraz wziąć nóż i dźgnąć samego siebie, by na to wszystko w cholerę nie patrzeć… W tamtym roku Przemuś i Mariusz chcieli mnie wykończyć, a w tym współpracownicy. Ja się pytam tylko, za co? Za równy podział zysku, za premię i dobre warunki wykonania zleceń? Najwidoczniej trzeba mnie ukrzyżować, albo krzyż w dupę wsadzić… skoro się hamburgerom i zarom nie udało!