Z cewnikiem na deptaku w Ciechocinku

Wracam wspomnieniami do lat młodości, gdy przechodzę ulicami Siedlec. Wspominam chwile spędzone przy Jacku, czy spacery ulicą Brzeską. Przypominają mi się czasy, które nie wrócą już nigdy.

Wspomnienia, to coś co pozostaje w nas na zawsze i nie da się tego wymazać, czy nadpisać. Nieuniknione jest to, że starzejemy się i za niecałe dwa miesiące bliżej mi będzie do 30, niż do 20. Cieszę się, że to wszystko mnie doświadczyło, bo gdy przyjdzie kres – nie będzie czego żałować.

Czerwiec to szczególny miesiąc mojego życia, tyle się w nim stało kilka lat temu. Tyle wylało się łez, tyle poznało się wspaniałych ludzi i tyle samo nieciekawych sytuacji. Powiem Wam, że przestałem liczyć lata. Kiedyś pamiętałem każdą ważną datę, rok i żyłem od „rocznicy” do „rocznicy” świętując ją w mojej duszy, jak Jarosław Mniejszy Pierwszy. Jednak liczenie lat nie ma sensu, jak szukanie przyjaciół i partnera na siłę.

Dziś na uczelni wyśmiałem się niesamowicie. I przeżyłem (pewnie jak wszyscy) dwie minuty, które były najpiękniejsze w ciągu całego dnia. „Przed wypadkiem byłem mięśniakiem, kiedy stałem się inwalidą – zmieniłem mięśnie na mózg” a w tle leciało „to jest piosenka dla Jurka”. Za te dwie minuty, osoba to przedstawiające, dostała brawa i gratulacje. Dwie minuty, które mogą zmienić Twoje życie, które jest naprawdę do dupy. Potwierdza to, że moja uczelnia, nigdy mnie nie skrzywdziła, dała schronienie i możliwość przeczekania stanu wojny mojego serca z umysłem.

Teraz jest stan pokoju, stan pogodzenia się ze wszystkim (kapitulacji). Nie szukając partnera na siłę, nie szukając przyjaciół i przyjmując krytykę na swój temat jak drugie śniadanie staram się żyć. I mimo oskarżeń, które padły pod moim adresem na uczelni „że mam kogoś w dupie”  idę dalej. Mając w dupie, że o mnie tak ktoś pomyślał, gdy sam jest samolubem. Nie mam nikogo w dupie, po prostu nie umiem z kimś razem wchodzić komuś w dupkę bez wazeliny, kiedy mnie nawet do wchodzenia nie dopuszczono i nie informowano wcześniej.

Nie neguję tego, że bycie z kimś by było fajne – taka stabilizacja w każdej płaszczyźnie życia by wtedy nastąpiła. Jednak nie można mieć wszystkiego, bo mając wszystko i tracąc można wycierpieć więcej, niż tracąc coś z czegoś nie stanowiącego wszystkiego.

Czuwaj nade mną mój książę, który najpewniej gdzieś tam jesteś w tym świecie i poznam Cię na deptaku w Ciechocinku, gdy będę spacerował z workiem na mocz i z cewnikiem w fiucie. Bo ponoć na miłość nigdy nie jest za późno!

Co mam zrobić?

Dziś w trakcie przerwy w pracy, którą sobie zarządziłem w ramach obiadu w barze, dostałem wiadomość od swojego znajomego z Podlasia. Niemniej jednak nie przeczytałem jej od razu, ponieważ obiad dnia był tak dobry, a ja tak głodny, że po prostu olałem sprawę.

Kiedy wyszedłem z baru gastronomicznego wracając do biura, zacząłem przeglądać wiadomości z całego dnia na telefonie i zobaczyłem zdjęcie, wspomnianego znajomego i jakiegoś nawet przystojnego faceta. Stwierdziłem, kolejny pedał do ruchania. Tak też mu napisałem, jednak odpisał pytaniem, że nie wie co ma zrobić, bo ten jego „kolega” chce kupić im obrączki.

Sam nie wiem, co mają znaczyć obrączki u dwóch facetów, niby fajne ale z drugiej strony zadaję sobie pytanie, czy potrzebne? Na jego zapytanie odpowiedziałem, jeśli będziesz z nim, a on z Tobą szczęśliwy, to znasz odpowiedź. Ja nie potrafię Ci jej udzielić…

Bo moi drodzy, ja już swoje „toksyczne związki” przeszedłem, a na nowe się jakoś nie zaopatruje, bo nikt mnie nie chce, a ja już jestem za stary. Jednak obrączki, wygląd, pieniądze, seks nie dają prawdziwego szczęścia, jeśłi osoba z którą jesteśmy nie jest z nami, a my z nią szczęśliwi.

Bądź szczęśliwy, bo jeśli jesteś szczęśliwy, to dzielisz się tym szczęściem z innymi!

Majóweczka, czyli żubróweczka i wiśnióweczka…

Na tegoroczną majówkę wyjechałem ze znajomymi na działkę i będziemy pili, tańczyli i jedli kiełbaski z grilla. W końcu to sobota i trzy kolejne dni są dniami wolnymi, jak ma się dobrego pracodawcę, albo urlop 2 maja! Tak, tak zaczyna się historia większości z Was, ale mnie ona nie dotyczy. Nie wyjeżdżam na majówkę, bo nawet nikt nie zapytał, czy mam jakieś plany – wszyscy wyjechali, a dla mnie zapomnieli nawet piasku w kuwecie wymienić.

Jest mi strasznie smutno od kilku dni, niby wszystko powinno się układać i biec do przodu, ale napotykam mury. Jadę metrem w piątek, ludzie zadowoleni, uśmiechnięci jadą na spotkania towarzyskie z butelkami wina, czy jakimiś łakociami. Pary zakochanych, wpatrzone w siebie ze wzajemnością, płynącą z miłości. Wróciłem do mieszkania, trzasnąłem drzwiami, bo nie potrafię się cieszyć ich szczęściem, tylko zazdroszczę. Bo jak się cieszyć szczęściem kogoś w pustym mieszkaniu?

Nie mogę znaleźć miejsca dla siebie, dla mnie każdy dłuższy okres, gdzie ludzie świętują jest najbardziej bolesny, bo wtedy nawet już nikt nie napisze, bo w te dni to nawet nikt nie ma sprawy. A nawet jebane ciasto, które spieprzyć jest trudno – spieprzyłem, tak bo jak człowiek smutny, to psuje wszystko w okół.

Ostatnio nawet pracę dostałem i popełniłem jeden błąd i mam problem, tak na początku już popełniłem poważny błąd, choć stanowisko nie jest mi nieznane. Nic, nikt się nie dowie, najwyżej będzie nerwówka w środę i nie pojadę na jeden z trzech ostatnich zajęć na studiach, które nie mogą się równać z balkonem, bo balkon utrzyma rodzinę, a doktorat nie. Tylko, że ja nawet rodziny nie mam… apropo pracy, kiedy poprzednia firma dowiedziała się, że pracuje u konkurencji to w bardzo „elegancki” sposób zablokowali mi możliwość współpracy. Nie napisano dlaczego, choć nie trudno się domyślić, że srają się, gdyż przeszedłem do głównego rywala. Tylko, czy wykonując 1-2 zlecenia w miesiącu bym im mógł zaszkodzić, skoro innej osobie w podobnej sytuacji je dają? To jest zwyczajnie nagroda za: cztery lata współpracy, nieprzespane noce, tysiące kilometrów w samochodzie, autobusie i pociągu i wysyłanie do innych miast kilka godzin przed death line. Trudno, ja mam swój honor: jestem im wdzięczny, ale szkoda, bo żałosne zachowanie osoby, która kabluje i chce się wykazać, a faktycznie ja będę najmniej na tym stratny. Zresztą tam byłem murzynem…

Tak jak wspomniałem, jedyny dobry powód do dumy jest taki, że do końca studiów zostało trzy dni zajęć rozłożone w maju i czerwcu. I będzie to koniec studiów, ponieważ rezygnuje – tak jak z siłowni i spotkań z kimkolwiek. Nie to, że się oddalam od ludzi, tylko po co spotykać kogoś nowego, kto nie pojawi się po raz drugi w życiu i nie napisze wiadomości dla mnie jako powietrza lub zwierza? Ewentualnie po co spotykać kogoś kogo się zna dłużej, ale ten ktoś widzi siebie i podczas spotkania więcej siedzi w telefonie milcząc? Ani jedna, ani druga opcja nie jest rozsądna. Dlatego rezygnuję…

„Jeszcze by się pofruwało, ale nie pasuje nie…”

Staro, czuję się staro… Wracam wspomnieniami do lat swojej młodości i dostrzegam, że mimo tylu niepowiedzeń było wtedy piękniej. Świat miał więcej barw i nie był tak czarno-biały jak jest teraz.

Przypominają mi się pewne osoby, które podczas studiów bywały przy mnie. Kiedy jedliśmy cukierki „wiśniówki” na wykładzie u Czecha, który zamiast pociąg mówił „pendolino”, zamiast xero-kopia „xero-fobia”, czy „verticale”. Lata młodości w których można było fruwać, ale nie pasowało. Teraz jeszcze bardziej nie wypada, tak jak śpiewa Stara Praga…

Każdego dnia przekonuje się, że nie mam szans na bycie z kimś. Co prawda trafiło się odkąd jestem w Warszawie poznać mniej lub więcej wartościowych osób, ale po czasie coś się zazwyczaj psuje: może mam czegoś w sobie „extra” takiego lub pojawiają się inne osoby, które mają do zaoferowania „coś więcej”. Nie jestem jak BZ WBK, czy ING – banki, które w kwietniu znalazły się w ścisłej czołówce najlepszych kont osobistych. Może jestem jak BPH albo Inteligo: stary, niemodny jednak wrażliwy i sentymentalny. Tak wiem, wypomnisz, że znowu mówię o pieniądzach czytelniku…

Dlaczego wrażliwy i sentymentalny? Nie wiem, tak mi się skojarzyło, bo BPH i Inteligo to moje pierwsze banki, a traf chciał i się zazębiło i historia zatoczyła koło. Wspominam, bo co mi zostało kiedy nie da się zrobić formatu i wgrać nowe dane, do tego pustego, głupiego łba!

Żałuje swoich lat młodości i nie chce dożyć starości w obecnej mojej żałości…

Blady księżyc na niebie nie wróży nic dobrego…

Blady księżyc na niebie nie wróży niczego dobrego. Chyba powoli mam dość walki o wszytko i wszystkich, bo po co walczyć? Skoro potem są tylko trudności związkowe, czy personalne. Niełatwe jest życie geja w małym mieście, niełatwe jest życie w dużym mieście. Podobnie jak niełatwe jest życie byłego premiera…

Trochę mi szkoda tych panciotów z fellow, kumpello czy warszawskich ulic. Ja rozumiem, że każdy szuka ideału takiego jak dwadzieścia cztery miliardy dolców, a ja nawet nie jestem jednym centem. Jednak mam to w dupie! Po prostu trzeba ich po głowie popukać i wypowiedzieć zaklęcie „eribery, pompki, rowery, książki, pilniczki, haraburdy, świeczki”, aczkolwiek pewnie by nie zaszkodziło samo pukanie, skoro w głowie pusto!

Gdy jechałem na Targówek jechał panciot z ojcem, wujkiem i dziadkiem, który go wypytywał kiedy się ustatkuje. Może dziadek nie wie, że jego wnuk wygląda i jest pedał, a jego wzrok mnie przeszywał. I kiedy gadał z ojcem, że jestem chyba z „branży” to słyszałem, że o mnie mówią… Dobrze, że wysiadłem! Nie wiem jak oni to robią, że mają tak błyszczące twarze, jak psa jaja świeżo po wylizaniu… Szkoda, że dziadkowi nie powiedzieli kim jest wnuczek, bo przynajmniej ZUS miał by oszczędność, a ja darmowe przedstawienie umierającego człowieka. Wiem, jestem bez serca i duszy, ale czy w dzisiejszym świecie warto mieć duszę i serce? Może nie dla wszystkich, może nie dla Ciebie, a może tylko i wyłącznie dla niego?

Ktoś kiedyś zapytał, a gdybym ja zmarł? To cóż, ciszej przy grobie zagra orkiestra i trochę mniej będzie ludzi. Wy dalej żyjcie i braw mi nie bijcie, spocznie w grobie niegodny syn systemu i kilku mężów uczonych… No nic, jutro wyjeżdżam z Warszawy, potem wracam na 2,5 dnia i znikam na prawie tydzień…

Przyjaciel tymczasowy

Kilkukrotnie spotkałem się z instytucją przyjaciela tymczasowego. Jest to osoba, która pojawia się i znika…

Tak pojawia się i znika. Czy to nie jest zabawne, gdy można poznać magika? No nie jest… akurat w tej formie, takich magików mam dość. Zapytacie, dlaczego ktoś się pojawia i potem znika? Odpowiedź jest dość prosta, pojawia się bo czegoś potrzebuje. Może być to wszystko od np. wypełnienia kimś czasu, do korzyści duchowych, cielesnych lub materialnych. Na studiach przyjaźnie (lepsze znajomości) opierają się na zasadzie interesu: wpływu, notatek, prestiżu przed wykładowcą/grupą danej osoby. W życiu gejów: wypełnienie czasu po stracie partnera życiowego, kogoś z kim można popisać na fejsie i pozbierać lajki, kogoś do picia, bicia, ruchania i łykania*. W pracy podobnie… kto jest bliżej kogoś i kto lepiej nóżki rozkłada, ma lepszą posadę!

Wcale nie jestem hejterem, bo ostatnio o to zostałem oskarżony, że wymieniając siódmy typ mężczyzny jako „puszczalski” otrzymałem naklejkę „HejtStop” bo tak nie wolno pisać. W tym popierdolonym kraju, prawdy o homoseksualistach nie można pisać, bo jak się księża dowiedzą, to przestaną jebać kobiety i ministrantów, bo będą chcieli dojrzałych homo lub studentów… I przepadną te miliony kościelne na rzecz klubów gejowskich… Nieważne!

W każdym razie instytucja przyjaciela tymczasowego w dzisiejszych czasach jest bardzo modna. Bo prawdziwe przyjaźnie zaczynają się sprzedawać jak dziwki przy autostradzie. Liczy się w moim środowisku i tak wygląd, zarost, wysokość, wiek, super studia i praca, długość penisa i tak zwana jebalność (czym większa tym lepsza). Przyjaźnie bowiem nie istnieją.

*Rada dla łykających: jedz codziennie ananasa, bo po ananasie lepszy smak ma się! (Nie wiem z autopsji, jak spróbujesz daj znać w komentarzu, może zostaniemy przyjaciółmi tymczasowymi za komentarze na blogu!)

W jednej pracy ratuje, w drugiej zabijam ludzi…

Wiosenny kwietniowy wieczór, można już uchylić okno i „cieszyć się życiem”. Nie bez przyczyny piszę to w nawiasie, bo cytuje w ten sposób Wasze życie, nie swoje. Ja się z niego przestałem cieszyć, mimo wielu powodzeń, brakuje mi jednego, którego nie kupisz i nie dostaniesz w prezencie. Niemniej jednak, urzekła mnie pewna historia, a raczej jej morał, który podałem w tytule.

Historia pewnego strażaka, który jednocześnie pracuje na kolei. Wspominał w niej o tym, że dwie osoby zabił przez „przypadek” zaś dwie, były to udane próby samobójcze. W innej pracy zaś te życia ratuje.  Chciałbym tu zwrócić uwagę na śmierć człowieka, która jest nieunikniona. Często w listach pożegnalnych samobójców, albo zrozpaczonej rodziny czytamy wytłumaczenia lub zadawane pytania dotyczące tego, dlaczego tak się stało? Nie da się jednoznacznie odpowiedzieć, dlaczego ludzie się zabijają, bądź umierają zbyt wcześnie.

Kiedy spotykamy się na ostatniej drodze bardzo bliskiej lub trochę dalszej osoby, słyszymy: „Za wcześnie”, „Bóg się pomylił”, „Była taka pogodna i miała całe życie przed sobą”.  Są to frazesy, które nie pomagają i nie dają nam jednoczesnej odpowiedzi na pytanie, czemu decydujemy się na wylogowanie się ze świata. Uważam, że zamiast tych frazesów lepiej powiedzieć „ze śmiercią jej/jemu do twarzy”. Wiem, że to okrutne, ale nie chciałbym słyszeć nad moją urną słów „za wcześnie” lub widzieć [*] przy moich publicznych zdjęciach, które można komentować. Zakładając, że po śmierci jest to możliwe, to w takiej sytuacji wstałbym jak Feniks z popiołów i zamienił się miejscami.

Ratujmy resztki naszej ludzkiej godności, bo nie wiadomo kiedy Ty się wylogujesz…