Powrót gwizdka…

Lekarze są bezradni… słyszę tylko, że w płucach nic nie słychać. I przepisują kolejne tabletki, które nie pomagają…

Słabo się czuję, zaczynam gwizdać przy kaszlu. Najgorzej jest na dworze lub gdy muszę się przejść do sklepu lub samochodu. Wtedy zaczyna się festiwal kaszlu o różnej częstotliwości i głośności.

Przy kierowaniu autem nie jest lepiej, póki się przyzwyczaję to mija kilkanaście minut, a kaszel mimo wszystko może przyczynić się do różnego zachowania za kierownicą.

Zastanawiam się, czy nie zrobić prześwietlenia płuc lub jakiś dodatkowych badań. Zapytam w czwartek swojego lekarza…

Może to nowotwór?

Wszystkiego najlepszego, anemia w prezencie!

Dziś mija równo miesiąc od założenia mojego bloga. Bloga z misją „nie zmienię świata”. Dziękuję czytelnikom za obecność tutaj i czytanie treści jakie wypływają z mojego zranionego wiele razy serca…

Ogólnie to boję się robić kolejnych badań. Wiem, że to wygląda komicznie, że osoba która nie chce żyć próbuje się wyleczyć… Dziś otrzymałem wyniki badań morfologii i dowiedziałem się, że znowu mam nawrót anemii. Czyli czeka mnie leczenie… Być może wtedy gdy miałem ją po raz pierwszy było trzeba zgodzić się na hospitalizację i przetoczenie krwi. Jednak nie jest jeszcze tak tragicznie jak to było ponad rok temu. Niedługo kolejne badania… obiecałem sobie zrobić test na obecność wirusa HIV. Nie mam lęku przed jego zrobieniem, ale znając moje szczęście to będzie pozytywny, choć nic złego w życiu nie robiłem. Niedługo starcie w PKD.

Zapytanie co u mnie po miesiącu pisania bloga i jak się czuję, czy jest mi lepiej z tym, że pisze? Trochę lepiej, bo wiem, że każdego dnia muszę coś skrobnąć bo obiecałem to publicznie, a z takich obietnic się wywiązuje. Niestety płaczę w ciszy, choć na co dzień się uśmiecham. Ponownie czekam z nadzieją na niego, każdego wieczora wiedząc, że to nie ma sensu… I tak płyną dni, miesiące, lata podczas których budzę się się wciąż sam, mając zimne dłonie, serca żal. Pozostaje mi jedynie pytanie: dlaczego na poduszce obok wciąż kogoś brak?

Serce jednak mocne na tyle, że wierzy iż samotność przerwie los (śmierć)…

Antybiotyk

Jestem na antybiotyku…

Dziś otrzymałem antybiotyk i nie chodzę na uczelnie. Źle się czasami czuję, a w aptece już się nie witam bo dziś byłem ze trzy razy… Ten kaszel mnie wykończy… Jutro rano mam morfologię, a w czwartek wizytę u kolejnego lekarza.

Sensu walki nie ma … a może nie ma o co walczyć?

Wiele razy zdarza się nam walczyć. Walka powinna mieć przede wszystkim atrybut za który ponosimy jej ciężar. Czyli coś co jest warte wszelkiego wysiłki by to zdobyć lub osiągnąć. Bez tego atrybutu nie będzie ona miała sensu. Walczymy w imię swoje, kogoś lub w imię czegoś…

Ja walczę z samym sobą każdego dnia – walczę o to by żyć. Walczę z chorobą płuc. Walczę też o to by być szczęśliwym. I zastanawiam się czy wspomniany „atrybut” jest na tyle sensowny by walczyć?

W zależności od punktu widzenia można wyłożyć różnego rodzaju teorie sensu walki w podanych wyżej przypadkach. Jeśli chodzi o życie, to niektórym jest to na tyle istotna kwestia, że nie oddali by go nikomu. W moim przypadku jest inaczej, dla mnie chyba bardziej zależy na byciu szczęśliwym niż na samym życiu. Chodzi tutaj o szczęśliwe życie, a nie jak do tej pory nieszczęśliwe, które wynika z poznawania podłych ludzi. Poznawanie podłych ludzi, ciągnie się za mną jak wspomniana choroba płuc. Pojawia się ona jak ci ludzie od czasu do czasu. Przychodzi i próbuje udusić człowieka dławiąc go własnym kaszlem i powodując wymioty na sucho.

Choroba wraca… ale wracają też wspomnienia o podłych ludziach. Znowu w myślach pojawia się Przemysław, gdzieś tam przebiega Paweł… Ja tym chłopcom wybaczyłem… Nie czuję do nich już złości, ale nie zapomnę. Z perspektywy czasu, może chciałbym porozmawiać o tym co z nimi było, ale nie została mi dana taka szansa. Wiem jednak, że walka o nich, czy z nimi nie miałaby najmniejszego sensu, bo „atrybut” nie jest już na tyle cenny, tak jak próba wyjaśnienia niedokończonych spraw dla nich. Może nie dorośli?

Ciąg dalszy choroby…

Przepraszam, że nie piszę zbyt wiele i ciekawie. Wynika to z choroby i spędzam ostatnio więcej czasu w łóżku niż przed komputerem. Dziś jednak musiałem pojechać do Siedlec…

Kiedy tak szedłem sobie ulicą Piłsudskiego, to w pewnym momencie złapał mnie tak ogromny kaszel, że nie mało zwymiotowałem pod Raiffeisen Polbank. Zwyczajnie kaszel zgiął mnie na pół i miałem odruch wymiotny. Jeszcze żeby było za mało problemów z płucami  to dostałem zapalenia dziąseł i nie mogę jeść, bo zwyczajnie sprawia mi to ból. Gratis wywaliło mi syfa na dolnej wardze.

 

Rosyjskie mleko…

Wczoraj nic nie napisałem, ponieważ najpierw byłem na Uniwersytecie, a potem wyjechałem do Warszawy i wróciłem przed północą.

Jestem chory: spuchły mi dziąsła i mocno krwawią przy szczotkowaniu. Duszący kaszel nie daje mi spokoju i wydałem na leki ponad 50 zł. Gdyby nie fakt, że średnia przyjemność jest się dusić i mieć syndrom wymiotów na sucho to bym sobie darował. Najgorzej jest przy zmianie temperatury i na dworze.

Gdy wsiadałem do powrotnego pociągu, byłem zniesmaczony okolicznościami jakie wyszły na jaw pod koniec pobytu w Warszawie. Udało mi się zająć miejsce siedzące, co jest wyczynem na PKP Śródmieście. Założyłem słuchawki, puściłem muzykę i walczyłem z kaszlem by się znowu nie dusić. Jednak nie była ona na tyle głośno by słyszeć rozmowę dwóch starszych panów.

Rozmowa była na tyle ciekawa, że zdjąłem słuchawki i zacząłem jej się przysłuchiwać. Naprawdę bardzo ciekawe rzeczy opowiadał starszy człowiek m.in. o rakietach balistycznych, o służbie zdrowia, o komornikach. Mówił na tyle konkretnie i mądrze, że warto było tej rozmowy posłuchać. Podczas tej rozmowy również zaczął mówić coś o języku rosyjskim i wyciągnął rosyjskie mleko, otworzył i je wypił. Właśnie dzięki takim ludziom podróże pociągiem nie są nudne.