Warszaffka Work History

Jestem z pod Wołomina, jestem z Łomży, jestem z Sosnowca, przyjechałem ze wsi pod Białymstokiem. Tak najczęściej rozpoczynają rozmowy w Warszawie – gdy ludzie poznają się na wynajętym kwadracie. Młodzi ludzie tzw. „słoiki” przyjeżdżają do Warszawy w poszukiwaniu studiów, pracy, szczęścia… Często też życia jako osoba nieheteroseksualna, która w Sokółce pod Białymstokiem nie będzie dobrze postrzegana. Życie – ponoć najwyższa wartość jaką mamy…

W pełni rozumiem, osoby które wyjeżdżają do Warszawy w poszukiwaniu brakujących elementów swojej układanki życiowej. Sam taką osobą jestem. Niemniej… przejdźmy do faktów, nie mówmy o wizjach.

Co mam na myśli pisząc Warszaffka Work History – historie warszawiaków z małych miejscowości, którzy zaczynają pracować na frytkach w McDonald’s czy kasie w Biedronce. Nagle takie osoby awansują lub przechodzą do innych firm i uważają się za KOGOŚ, a reszta to PLEBS. Aha… akurat niuniu, pracować w Biedronce mogłeś w swojej Sokółce lub w McDonald’s w Sosnowcu, a nie tutaj w stolicy. To nie ambicje to ich brak i chęć spróbowania bolca, sprowadziły cię do pracowania w tych miejscach. Niewątpliwe Twój awans jest wynikiem Twojej dobrej pracy i dostrzeżenia tego przez pracodawcę.  I niewątpliwie obrastasz w piórka i nie masz szacunku dla reszty. Dlatego ja też nie wyrażam szacunku wobec takich osób (tworząc stereotyp). Uważam przy tym, że żadna praca nie hańbi i każda jest potrzebna. Jednak gdy ktoś wywyższa się byciem kierownikiem niskiego szczebla w jakiejś sieci handlowej okazując dezaprobatę innym, to mnie krew zalewa.

Zapytacie dlaczego obrałem sobie na celownik te dwie bardzo znane sieci handlowe? Dlatego, że statystycznie zatrudniają wg moich obserwacji najwięcej znanych mi osób homoseksualnych. Oczywiście nie atakuje tych firm, ponieważ sam jestem ich klientem i uważam je za jedne z przyjaźniejszych firm dla statystycznego Kowalskiego. Dlatego gdy któryś z koncernów poczuje się urażony, bardzo przepraszam i proszę szanujcie tych gejów, bo osób zza wschodniej granicy zabraknie i zostaną geje.

No i właśnie, historia ostatnio poznanego chłopaka, który pracował jako smaży frytek w Warszawie i jakoś życie się potoczyło tak nie inaczej i pracuje teraz w lotnictwie. Zdarza się, miał chłopak szczęście! Poznałem go osobiście i byłem pełen podziwu jego pasji do swojej nowej pracy i dążeniu do celu – ambitny, ale bez studiów. Tutaj właśnie pokazuje się to, że studia nie są wyznacznikiem ambicji. Jednak co z tego, jak okazał się kolejnym szczylem, który kleił hamburgery… Tak kleił hamburgery, tak jak kleił się do mnie, by potem gdy odmówiłem zerwać kontakt bez słowa, podobnie jak Przemek czy Paweł – oni też pracowali w fast foodach. I wiele, wiele innych osób które naprzemiennie pracowały albo we frytkach albo w robakach. Nie wiem czy opary oleju lub długo godzinnego pikania przy kasie im czyszczą mózgi, czy coś innego. Jednak to zdrowy objaw nie jest, skoro każda poznana homo-osoba zatrudniona w tych miejscach jest nieodpowiedzialna i zachowująca się jakby znowu w Tworkach Internet podłączono.

Warszaffko pamiętaj, możesz ze smaży frytka czy pipkacza stać się dyrektorem generalnym firmy „Pies i Kotka, będzie w budzie sześćdziesiąta dziewiąta demolka” – jednak nie będziesz miał szacunku u PLEBSU, bo nie jesteś KIMŚ, jesteś NIKIM, przez swoje zachowanie i podejście do ludzi. Wrócisz na starość do tej swojej Sokółki, czy Wołomina i będziesz wpierdzielał polędwicę, którą się pod koniec zadławisz i nikt Cię nie uratuje, bo nie będzie przy Tobie nikogo. Wzywam i proszę o szacunek, dla nas niepracujących na tak ważnych stanowiskach… Nie bawcie się uczuciami osób, które sobie tego nie życzą.

Odchodząc od tematu pracy: studenci homoseksualni SGGW i WUM też mają coś z głową… :)

33 guziki…

Choć mamy dopiero półmetek miesiąca, czas przestać płynąć do New York, tylko wskakiwać w wolne jeszcze szalupy ratunkowe i wracać do Southampton. Stało się, zmiany, cięcia i zwolnienia w firmie nastąpiły tak drastycznie, że popsuły fantastyczną dotąd atmosferę. Wszystko to finalnie przedłożyło się na to, że postanowiłem dobrowolnie odejść. Czuję żal, że po raz kolejny w życiu mi nie wyszło, ale ważne by być szczęśliwym, a nie bogatym.

Jako człowiek sobie poradzę, mam jeszcze z czego żyć w tym świecie do którego w pewnym sensie nie jestem dostosowany. Wczoraj poszedłem prosto po pracy na małą imprezę, trochę alkoholu i jakoś zapomniałem choć na chwilę o problemach i o tym, że czas po raz pierwszy wysyłać CV i szukać pracy, bo w końcu ona mnie po raz kolejny nie znajdzie. Było to niemniej jednak miejsce, gdzie rzadko się pojawiam – bar branżowy. Cóż, kilka par, wielu znajomych, czy grup przyjaciół. Wszystko fajnie gdyby nie fakt, że w żaden sposób do nich nie pasuje. Nie pasuje pod względem moralnym, mentalnym, fizycznym ale też wizualnym. I problem w tym, że fizyczność i wizualność jest bardzo ważna. Nawet bardzo… niemniej był to miły i przyjemny wieczór, dający możliwość do przemyśleń i wniosków co zrobić ze swoim życiem, bo z Waszym już nic się nie da zrobić.

Dziś po pracy udałem się na małe zakupy i załatwienie kilku spraw. Mijając przy ul. Nowolipki kościół wewnętrzny głos sumienia, powrócił do wspomnienia z przed lat i wyboru jaki dokonałem. Bóg, czy homoseksualizm… wybrałem to drugie, bo jeszcze wtedy Bóg i cała otoczka coś dla mnie znaczyła. Głos sumienia powiedział, a może wróć i idź! Zedrzeć z siebie szaty i w trakcie obłóczyn założyć zobowiązujące do zachowania jedności z tym, którego nigdy w życiu doczesnym nie będzie nam go dane zobaczyć. Wyrzucić to całe pedalstwo, pochować stare znajomości i odejść dla życia doczesnego do życia duchowego. Niemniej natury nie oszukamy i są to tylko teorie oparte na przemyśleniach i przeszłości.

Niemniej nie po raz pierwszy staje mi, przychodzi mi stawać, jak to powiedział Marszałek-Senior Zych przed Izbą… a u mnie przed wyzwaniem rozpoczęcia wszystkiego na nowo. Przecież każda nowa sytuacja to szansa na rozwój osobisty i odnalezienia szczęścia. Płyńmy wiosłując w szalupach po lepszą przyszłość! Bo my jesteśmy żaglem, okrętem, sterem i kapitanem swojego życia – Ty i ja, to daje my!

Weź nóż i dźgnij…

Sprawy się bardzo komplikują, ponieważ niby koniec sezonu w firmie i teraz praca typowo biurowa mnie czeka przez następne dwa miesiące, ale w tym roku odnotowuje dziwne zachowanie współpracowników i same straty.

Niestety od jakiegoś czasu współpracownicy oddają zlecenia, które w takiej formie wydania, nie powinny ujrzeć światła dziennego. Jestem skazany sam poprawić wykonaną przez kogoś pracę, choć ta osoba wzięła już za to pieniądze. Siedzę do późna w nocy, czasami bez przerwy na sen jadę na studia, tak jak za chwilę – byle coś skończyć, byle było na daną godzinę i byle zawieźć to do wydania klientowi. Następnie pozostaje czekać na telefon, aż zacznie Cię opierdalać, bo czegoś jest za mało. Niestety tak się ostatnio dzieje, choć ja nie jestem niczemu winien, ale ponoszę za to wszystko największą odpowiedzialność, ponieważ to ze mną jest podpisana umowa. A pracownicy czują się bezkarni i mogą się tak czuć, ponieważ w tej branży nie ma jednego sprecyzowanego miernika jakości.

Podejrzewam, że jest to cicha wojna by mnie wykończyć na rynku, cóż – takie prawo konkurencji, a ja wcale nie muszę tego robić i w każdej chwili mogę zaprzestać działalności w bardzo prosty sposób. Tylko nie ma takiej potrzeby, ponieważ każdy dostanie swój kawałek tortu i będzie zadowolony. Zleciłem jedną pracę firmie zewnętrznej, zrobiłem przed oddaniem oryginału kopię, którą potem utraciłem, gdyż nie została powielona. Efekt jest taki, że nie mam fizycznie zlecenia klienta i gdyby okazało się, że firma zewnętrzna zgubi, straci materiał (co przeczuwam, że tak może się stać w zawiązku z cichą wojną), to stanę przed wymiarem sprawiedliwości i kara będzie bardzo dotkliwa. I chyba ze wstydu i bezradności nie przez pedałów popełniłbym samobójstwo.

Coś mi jednak mówi, aby już teraz wziąć nóż i dźgnąć samego siebie, by na to wszystko w cholerę nie patrzeć… W tamtym roku Przemuś i Mariusz chcieli mnie wykończyć, a w tym współpracownicy. Ja się pytam tylko, za co? Za równy podział zysku, za premię i dobre warunki wykonania zleceń? Najwidoczniej trzeba mnie ukrzyżować, albo krzyż w dupę wsadzić… skoro się hamburgerom i zarom nie udało!

Pierwszy raz zwolniłem kogoś dyscyplinarnie…

W branży w której pracuje jestem dziesięć lat i nigdy nikogo nie zwolniłem, kto by miał u mnie wykonać kolejne zlecenia. Najwyżej co zrobiłem, to nie dawałem nowych zleceń, ale umowy trwały do końca. Czyli wygasał stosunek pracy zgodnie z założeniem na dany rok.

Jeśli jednak pracownik odstawia od kilku miesięcy sceny, krzyczy i zaczyna mnie dyskredytować, to nie mogę sobie na to pozwolić i mówię „dziękuję za współpracę” ściągając zastępstwo z drugiego końca Polski… Niestety ludzie nie potrafią docenić pracy, a ponoć nie jestem złym pracodawcą, ba chyba nawet płacę lepiej niż konkurencja!

Jednak tak będzie lepiej…

Najpierw zrobię Panu loda….

Musiałem wyjechać służbowo do Warszawy – rozpoczynam właśnie prace na wyższym niż dotąd stanowisku. W przyszłym tygodniu czeka mnie dwa szkolenia i powinienem już dostać wyższe uprawnienia. Ogólnie dzień zaliczam do udanych!

Byłem na Targówku, praktycznie przy samych Markach, ale miałem uciech niesamowity, gdy poszedłem chwilę odpocząć i rozpisać notatki do jednej kawiarni, gdzie podają lody, kawy i soki. Standardowo zamówiłem Latte i jakiś drobny deser. No i Pani trochę nie przemyślała tego co powiedziała, gdy usłyszała mój śmiech. Nie mogłem się powstrzymać…

„To możne najpierw zrobię Panu loda, a potem kawę…. Jakby to głupio nie brzmiało.”

Miałem bekę przez cały dzień z tego co powiedziała. Zresztą ona też zaczęła się śmiać. Jednak wie co dobre – najpierw loda, a potem w kawowe oczko. Widać doświadczona lodziara! Jednak Pani była bardzo sympatyczna. ;-)

PrzymakGrycana

Przyjacielska przysługa i możliwość awansu…

Trochę wolnego i jutro wracam na uczelnie. Cieszę się z tego powodu, ponieważ wyjdę do ludzi. W piątek znowu kierunek – Warszawa i zlecenie na Targówku. Jestem po wstępnym egzaminie, który ma być potwierdzeniem w awansie oraz po przyjacielskiej przysłudze.

Przyjacielska przysługa, którą otrzymałem nie jest czymś miłym. Była ona dla mnie dużym zaskoczeniem, że ktoś kogo przed laty ceniłem i nigdy nie nazwałem „przyjacielem” wbija mi przysłowiowy „nóż w plecy”. Cóż, znałem Ciebie tyle lat, a dziś i Ty przeciwko mnie… Okazuje się więc, że wszystko zostało definitywnie skończone. Stara dobra paczka rozpadła się ponad rok temu… Nie mniej jednak, nadal Ciebie cenię i życzę Ci szczęścia na Dalekim Wschodzie! To piosenka dla Ciebie:

Testy trwały ponad godzinę, jedno zadanie poszło mi bardzo kiepsko, ale czekam na wyniki do końca tygodnia… wtedy okaże się, czy dostanę większe uprawnienia i nowe obowiązki niż dotychczas. Praca może finansowo nie jest jakoś dużo płatna, ale to furtka do dalszego rozwoju, albo zdobycia nowego doświadczenia, które wykorzystam w przyszłości.

Dziś zebrała się też komisja i otrzymałem protokół potwierdzający wszystko w pewnej sprawie. Teraz dokumenty trafią na biurko sędziego i w maju zostanie wszystko ostatecznie rozliczone. Cóż pozostaje trzymać kciuki...

Selfie z Prezydentem RP oraz możliwość awansu…

Ostatnie dni upływały pod nazwą „polityka&praca”. Siedlecka społeczność mogła cieszyć się 1 kwietnia wizytą Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego. Byłem na spotkaniu, jakby tam mogło mnie nie być?

komorowski

Spotkanie było dość sympatyczne, krótkie i konkretne. Oczywiście KORWiN’owcy się zaczęli tak wydzierać, ale ich przekrzyczeliśmy słowami „Komorowski – nasz prezydent!”. Tak i tego się nie wstydzę, również krzyczałem przeciwko hołocie. Nie udało mi się zrobić selfie z Prezydentem, choć sam zaproponował mi kiedy zauważył telefon, gdy ściskał mi rękę. Zapytał „Chcesz zdjęcie zrobić?”, po prostu ogarnął mnie śmiech i zrobiłem zdjęcie, ale nie wyszło… Dlatego inna pani pomogła zrobić nam zdjęcie razem. Jest jakie jest, ale liczy się fakt i pamiątka. Jestem z tego faktu niezmiernie zadowolony i na pewno zagłosuję na niego, choć i bez tego spotkania bym to zrobił. 10 maja 2015 roku wygrywamy w pierwszej turze.

Ogólnie niebawem zdaję testy w pracy i być może awansuje na specjalistę ds. jakości, koniec z wyjazdami na cały dzień! One będą nadal ale w mniejszym stopniu. Nie wiem czy awans nie przyczyni się do wyjazdu z regionu siedleckiego… na pewno czekają mnie szkolenia zarówno w Warszawie jak i Poznaniu… Trochę się człowiek najeździ… Jednak chyba dobrze, ale najważniejsze przejść pozytywnie testy, choć prawdopodobieństwo nie zdania jest duże.

Niedługo znowu wracamy do polityki, ale na razie trzeba przetrzymać złość od SMS’ów o treści „Wesołych Świąt”… obrzydliwe!

Nie wiedzialem, czy wracać do domu…

Następnego dnia po ujawnieniu nie wiedziałem czy wracać do domu i czy w ogóle mam dom. Wynikało to z faktu, że właśnie o tej samej porze co dziś wyjeżdżałem do Warszawy. Odwiedzę więc Warszawę, ale nie Ursynów… Pomimo, że nie jadę do teatru, to jadę się przespacerować, by wspomnieć i ostatecznie się pożegnać z tą historią. Spędzę ten czas samotnie, bez nikogo – bo jak zwykle nie ma z kim, każdy „zajęty”.

Nie spałem tamtej nocy w ogóle, siedziałem przed komputerem na fejsie i myślałem, co będzie dalej. Rano tak jak byłem ubrany dzień wcześniej wyszedłem z domu i pojechałem do Stolicy. Zajechałem na miejsce po godz. 9:00. Pamiętam, że był to piątek i Radek mnie nie odebrał z PKP, bo jak wspomniałem byliśmy skłóceni. Kierowca jeszcze nie wypuścił mnie z autobusu na odpowiednim przystanku i musiałem wracać kawałek piechotą.

Musiałem poczekać chwilę przed budynkiem na Radka, który przyjechał ok. 10:00, bo tak byliśmy umówieni na miejscu. Przywitał się ze mną ozięble, weszliśmy do środka lokalu i zająłem miejsce przy grzejniku siedząc skulony. On oglądał filmy w Internecie i nie pytał co się dzieje. Dopiero po jakiejś godzinie poszedłem do niego i usiadłem na podłodze tuż za nim. Poprosiłem go by usiadł obok, by ze mną porozmawiał. Nie odwrócił się nawet do mnie, tylko powiedział, bym mówił. Poinformowałem, go że powiedziałem o sobie matce. Zareagował okrutnym śmiechem, po czym przepraszał za swoją reakcję. Tłumaczył, to że on tak ma. Przyszedł jego szef, zapytał co taka dziwna atmosfera panuje – odpowiedziałem, że miałem ciężką noc i wszystko jest w porządku. Szef zaraz się zmył, ja poszedłem na swoje miejsce tj. do grzejnika w innym pomieszczeniu.

Po jakimś czasie zauważyłem, że jego szef wraca i albo teraz albo nigdy… Poszedłem do Radka, przytuliłem i pocałowałem w jego zarośnięty policzek, mówiąc: „Przepraszam Ciebie przyjacielu, nie chcę Cię stracić…” i zacząłem panicznie płakać na jego ramieniu. Był zaskoczony, wręcz nie wiedział co ze sobą zrobić… powiedział tylko bym się uspokoił. Stwierdziłem, że to najprawdopodobniej jedno z ostatnich naszych spotkań i moja wizyta w tym miejscu.

Po tym zajściu musiałem się ogarnąć, więc wróciłem do grzejnika i czekałem tam, do czasu kiedy przyszła R. która zaczęła ze mną rozmawiać o tym co wydarzyło się wczoraj i potwierdziła drogą telefoniczną mojej matce, że jestem u niej. Opowiedziałem jej wszystko co się wydarzyło kilkanaście godzin wcześniej, popłakałem się tak jak i ona się popłakała i wpadliśmy sobie w ramiona. Najbardziej komiczną sytuacją było to, że jej mąż był tuż za ścianą. Podobna sytuacja z płaczem była gdy jej powiedziałem o sobie, oboje płakaliśmy i dopiero po kilkunastu minutach napisała SMS, że nie ważne czy jestem gejem – ważne jakim jestem człowiekiem i ona swojego stosunku do mnie nie zmieni. Mijały kolejne godziny i kiedy zostaliśmy we trójkę Radek zaczął się ze mnie nabijać, wspominając, że mówiłem o tym, że jest to moja ostatnia wizyta.

Wydawało się, że wszystko wraca do normy, ja już się uspokoiłem, aczkolwiek bałem się powrotu do domu. R. pojechała do sklepu zostaliśmy sami i oglądaliśmy filmy – nie rozmawialiśmy o tym co się stało w domu. Zaczął mi tylko pokazywać na Kumpello kogo poznał… i napisał komentarz pod moim wpisem po Coming Oucie, związanego z penisem czy czymś takim…

Potem wracaliśmy do domu on do swojego, ja do swojego. Odwieźliśmy go na Wilanowską, bo jak się okazało, ciotka do mnie jechała. Jej przyjazd dał więc dwa dni spokoju od rozmowy z matką. Następnego dnia tj. 10 marca 2012 roku ponownie miałem jechać do Warszawy i to już było ostatnie spotkanie z Radkiem… jednak o tym jutro… bo teraz czas do Warszawy….

„Mamo jestem gejem” – pokłosie 3 lat…

Dzień Kobiet – czyli dzień kiedy nigdy nie kupię kwiatów, dla tej której kocham. Bo jej nigdy nie będzie. Mamo – jestem gejem… powiedziałem do matki przez łzy siedząc na przeciwko niej przy stole. Nie mogła w to uwierzyć, nie pogodziła się do dziś…

Dokładnie 8 marca 2012 roku powiedziałem swojej matce kim jestem naprawdę. Chodziło to za mą od dłuższego czasu. R. (moja przyjaciółka) nie wierzyła, że powiem… Próbowałem się do niej wtedy dodzwonić bezskutecznie. Miała wyciszony telefon, a ja zapłakany dałem po rozmowie z matką wpis na Facebook’u „nic już nie będzie takie samo…” i wtedy uwierzyła w to co mówiłem.

Pamiętam ten dzień i kolejne dni tak dokładnie, że jestem w stanie je w całości opowiedzieć. Pamiętam jeden istotny element, którym było skłócenie z Radkiem – którego wtedy uważałem za przyjaciela, ale nim nie był…  Nie miałem wtedy nikogo, byłem sam… choć wiedziałem, że jutro czeka mnie widzenie z nimi…

Matka nie mogła przyjąć tej wiadomości… do dziś z tym się nie może pogodzić. Co prawda od lat nie rozmawiamy na ten temat i pokłosiem mojego wyjścia z szafy jest zwyczajne podejrzenie o to, że z kimś się spotykam i ciągłe sprawdzanie kiedy wrócę oraz gdzie jestem. Podobnie gdy ktoś zadzwoni przez telefon, zaraz pyta kto dzwonił, albo gdy komuś mówię „cześć” to pyta kim on jest…

Pamiętam do dziś jej niezadowolenie gdy zaczynałem studia na Politechnice, twierdziła „brzydki budynek” ale w sercu miała coś innego. Za to bardzo uradowana była, gdy wyprowadzałem się z Rembertowa….

Po trzech latach nie mogę stwierdzić, że żałuje. Z całą pewnością nie żałuje tego, że powiedziałem. Wynika to z faktu, że umrze świadoma, że jej najmłodszy syn ssie kutasy. Ktoś zapytał mnie kiedyś, jak się czuje z tym, że mam zakaz spotykania się w domu z chłopakiem? Jak sobie wyobrażam budowanie związku na tej zasadzie oraz jak odbieram fakt, że matka nigdy nie będzie chciała poznać mojego partnera?

Cóż… nie boli w każdym razie. Jestem osobą, która godzi się z tym czego oczekuje ode mnie drugi człowiek – mam odejść, odejdę. Mam zostać, zostanę… Tak jest również w tej sytuacji. Matka nie musi poznać nigdy mojego partnera. Zresztą na chwilę obecną jego nie mam i nie planuje mieć. Nie bez przyczyny usunąłem fellow, dla mnie nie ma faceta na tej planecie. Wszytko to jakieś cymbaliska z fiutkami zrobionymi z klocków lego… Tak więc budowanie związku nie jest możliwe z faktu zakazu spotykania się w domu. Po prostu wynika to z braku cementu do pustaka jakim ja jestem. Cement z połączeniu z pustakiem, którego się zaakceptuje – dalby możliwość wybudowania bezpiecznego domu o nazwie „związek”. Bo związek to bezpieczeństwo, to coś pięknego!

Oczywiście, ujawnienie się przed matką było tez częściowo ujawnieniem się przed szerszym gronem znajomych: Natalią, Marysia, Agatą, Dorotą… z każdym ujawnieniem się było łatwiej. Matka chciała mnie na początku zmienić. Pytała jaka jest przyjemność z brania do buzi, dawania dupy lub wkładania w dupę. Nie chciałem rozmawiać z nią na ten temat… Odesłałem ją do ojca by jej włożył w dupę i wtedy się dowie, bo ja po prostu nie wiem… jaka jest! Powiedziała wtedy, że będzie się za mnie modlić i pragnie bym poszedł do spowiedzi, bo może Bóg i ksiądz mi by pomógł. Tak… jeszcze by biedny doszedł w tej swojej budce z kratkami… W Boga wierzyłem, ale wtedy definitywnie odszedłem od Kościoła…

Dziś temat mojego homoseksualizmu, problemów i mnie samego jest tematem tabu. Nie rozmawiam z matką o niczym co dotyczy mnie samego, co dotyczy sfery psychologicznej. Nie rozmawiamy na temat tego czy jetem szczęśliwy i mojego homoseksualizmu.

Wiem jedno… nie pogodziła się i nigdy się z tym nie pogodzi. Jednak zmieniać mnie nie będzie… Mam nadzieję, że bycie homoseksualistą, co jest dla mnie czymś pięknym nie stworzy jej obrazu syna wiszącego na sznurku lub leżącego w trumnie. Bo mimo wszystko, jaka ona nie jest, to nie zasługuje na to by to zobaczyć (jak każda matka). Jednak chcieć to jedno… ale zrealizować to co się chce jest naprawę trudno. I choć nie chciałbym jeszcze odejść, to brakuje mi po prostu sił by walczyć.

Piątek trzynastego…

No tak ponownie w pogoni za bogactwem, zabrakło mi czasu na napisanie wczoraj artykułu. Jednak w pracy mamy trochę projektów i przypadło mi wykonanie dużej części przypadającej dla mojego regionu. Przez to brak wczoraj wpisu.

Drodzy Państwo – piątek, piąteczek, piątunio! Czyli początek weekendu, ale niestety piątunio był pechowy (bo trzynasty). Właściwie zostałem uświadomiony podczas dzisiejszych zakupów w Bershka, że jest piątek trzynastego. Nie jestem przesądny więc nawet nie myślałem o dacie. No cóż… gdy wstałem to faktycznie źle się czułem, trochę wypiłem wieczorem. Jednak udało mi się wstać po ok. 2 godzinach leżenia w łóżku (I DID IT). Dodatkowo jakoś tak z rana powróciła do mojej głowy na chwilę przeszłość, tak jak teraz gdy piszę ten tekst – też ona się pojawia, bo moja intuicja nigdy mnie nie myli.

Dziś otrzymałem ocenę postępowania ostatniego z bohaterów mojego serca, który mnie oszukał…

No ja na temat tego gościa nie będę pisać, bo to strata czasu, przynajmniej dla mnie, a Tobie radzę się nie angażować w takie duperele z takimi ludźmi.

Szkoda tylko, że tak późno otrzymałem taką radę… Więc ruchaj się na tym Gocławiu czy Bemowie z kim tam chcesz i kiedy chcesz… Tylko nie wciskaj kitu, że nie „zdradziłeś”. Bo w to nie uwierzę, kłamać nigdy nie potrafiłeś pozbawiony mózgu zboczeńcu!

Byłem też dziś w dziekanacie rozliczyłem przedostatni semestr studiów. Dostałem też, bardzo śmieszny dowcip studencki od mojego „znajomego”.

Przychodzi baba do lekarza ze studentem w dupie. Lekarz widząc ją, mówi „o dzień dobry Pani dziekan!”

Zrobiłem trochę zakupów, a na otarcie łez poszedłem na lody i kawę do kawiarni Grycan, niestety sam… ale to nic, bo godzę się z tym, że tam po drugiej stronie stolika nie pojawi się nic innego prócz mojej kurtki i torby.

grycan_siedlce