Warszaffka Work History

Jestem z pod Wołomina, jestem z Łomży, jestem z Sosnowca, przyjechałem ze wsi pod Białymstokiem. Tak najczęściej rozpoczynają rozmowy w Warszawie – gdy ludzie poznają się na wynajętym kwadracie. Młodzi ludzie tzw. „słoiki” przyjeżdżają do Warszawy w poszukiwaniu studiów, pracy, szczęścia… Często też życia jako osoba nieheteroseksualna, która w Sokółce pod Białymstokiem nie będzie dobrze postrzegana. Życie – ponoć najwyższa wartość jaką mamy…

W pełni rozumiem, osoby które wyjeżdżają do Warszawy w poszukiwaniu brakujących elementów swojej układanki życiowej. Sam taką osobą jestem. Niemniej… przejdźmy do faktów, nie mówmy o wizjach.

Co mam na myśli pisząc Warszaffka Work History – historie warszawiaków z małych miejscowości, którzy zaczynają pracować na frytkach w McDonald’s czy kasie w Biedronce. Nagle takie osoby awansują lub przechodzą do innych firm i uważają się za KOGOŚ, a reszta to PLEBS. Aha… akurat niuniu, pracować w Biedronce mogłeś w swojej Sokółce lub w McDonald’s w Sosnowcu, a nie tutaj w stolicy. To nie ambicje to ich brak i chęć spróbowania bolca, sprowadziły cię do pracowania w tych miejscach. Niewątpliwe Twój awans jest wynikiem Twojej dobrej pracy i dostrzeżenia tego przez pracodawcę.  I niewątpliwie obrastasz w piórka i nie masz szacunku dla reszty. Dlatego ja też nie wyrażam szacunku wobec takich osób (tworząc stereotyp). Uważam przy tym, że żadna praca nie hańbi i każda jest potrzebna. Jednak gdy ktoś wywyższa się byciem kierownikiem niskiego szczebla w jakiejś sieci handlowej okazując dezaprobatę innym, to mnie krew zalewa.

Zapytacie dlaczego obrałem sobie na celownik te dwie bardzo znane sieci handlowe? Dlatego, że statystycznie zatrudniają wg moich obserwacji najwięcej znanych mi osób homoseksualnych. Oczywiście nie atakuje tych firm, ponieważ sam jestem ich klientem i uważam je za jedne z przyjaźniejszych firm dla statystycznego Kowalskiego. Dlatego gdy któryś z koncernów poczuje się urażony, bardzo przepraszam i proszę szanujcie tych gejów, bo osób zza wschodniej granicy zabraknie i zostaną geje.

No i właśnie, historia ostatnio poznanego chłopaka, który pracował jako smaży frytek w Warszawie i jakoś życie się potoczyło tak nie inaczej i pracuje teraz w lotnictwie. Zdarza się, miał chłopak szczęście! Poznałem go osobiście i byłem pełen podziwu jego pasji do swojej nowej pracy i dążeniu do celu – ambitny, ale bez studiów. Tutaj właśnie pokazuje się to, że studia nie są wyznacznikiem ambicji. Jednak co z tego, jak okazał się kolejnym szczylem, który kleił hamburgery… Tak kleił hamburgery, tak jak kleił się do mnie, by potem gdy odmówiłem zerwać kontakt bez słowa, podobnie jak Przemek czy Paweł – oni też pracowali w fast foodach. I wiele, wiele innych osób które naprzemiennie pracowały albo we frytkach albo w robakach. Nie wiem czy opary oleju lub długo godzinnego pikania przy kasie im czyszczą mózgi, czy coś innego. Jednak to zdrowy objaw nie jest, skoro każda poznana homo-osoba zatrudniona w tych miejscach jest nieodpowiedzialna i zachowująca się jakby znowu w Tworkach Internet podłączono.

Warszaffko pamiętaj, możesz ze smaży frytka czy pipkacza stać się dyrektorem generalnym firmy „Pies i Kotka, będzie w budzie sześćdziesiąta dziewiąta demolka” – jednak nie będziesz miał szacunku u PLEBSU, bo nie jesteś KIMŚ, jesteś NIKIM, przez swoje zachowanie i podejście do ludzi. Wrócisz na starość do tej swojej Sokółki, czy Wołomina i będziesz wpierdzielał polędwicę, którą się pod koniec zadławisz i nikt Cię nie uratuje, bo nie będzie przy Tobie nikogo. Wzywam i proszę o szacunek, dla nas niepracujących na tak ważnych stanowiskach… Nie bawcie się uczuciami osób, które sobie tego nie życzą.

Odchodząc od tematu pracy: studenci homoseksualni SGGW i WUM też mają coś z głową… :)

Płomień przeszłości…

Zaczyna się listopad, wracają wspomnienia z przed roku i poprzednich lat, kiedy to pojawiali się nieodpowiedni ludzie w moim życiu. Ludzie obiecujący wiele, dający nadzieję, która była fałszywa i niewierna. Przyjaciele, kochankowie, którzy mieli być, ale zgaśli gdzieś w tłumie ubiegłych lat. Jednak ten płomień przeszłości, czasami się zapala, by udać się na chwilę refleksji…

Podobno w okresie jesienno-zimowym dochodzi do największej liczby samobójstw, zaś na wiosnę uruchamiają się „wariaci” którzy szukają wrażeń wychodząc z domu. Co prawda, przychodzą dni gorsze, że nie chce się żyć, jednak jestem na tyle silny, że potrafię zdławić je w zalążku. Na tyle silny, by się ich wyzbyć. Dzięki przeszłości, nauczyłem się walczyć o swoje życie. Pod koniec listopada ubiegłego roku, pojawił się w moim życiu Przemysław. Ci co czytają bloga w miarę regularnie, będą wiedzieli o kogo chodzi. Od niego zaczęła się przygoda z blogiem, ale też dla niego zacząłem szukać pomocy u psychologów. Jego nie ma, odszedł bez słowa i wyjaśnienia. Nie potrafił potem spojrzeć mi w twarz, bo był zwykłym „gimbusem po maturze, smażącym frytki w KFC”. Potem Mariusz, którego pozostawię bez komentarza, bo ludzi jego pokroju to komentować nie wypada, bo komentarz by się obraził.

Wiem, że moje podejście do ludzi i oceny ich przez pewien pryzma jest zły, jednak mówiąc krótko „mam to w dupie”. Zawsze sobie powtarzam, że tych ludzi nie zmienimy, możemy zmienić tylko siebie. To jest zrobić trudno, jednak łatwiej niż zmienić kogoś. Aczkolwiek brakuje mi może nie wobec nich, ale kilku osób odpowiedzi, dlaczego tak jest i tak się stało. Wspomnienia wracają w chwilach wieczornych, albo gdy zajdzie się w miejsca, które o kimś przypominają np. stacje metra, ulice, budynki, lokale czy instytucje. Przypominają o tych dobrych chwilach spędzonych razem i tych złych, kiedy to wracało się do domu, nie wiedząc czy dom się jeszcze ma.

Tak było, to uczy. Uczy cierpliwości wobec siebie, pozwala się umocnić i zmotywować się na tyle, by zmienić swoje życie. Oczywiście zmiana życia z kimś przy boku, kimś bliskim byłaby łatwiejsza, jednak moje życie napisane zostało w sposób inny: ludzie pojawiają się i znikają, nawet po nawiązaniu bliższych relacji. Wybrałem samotność, choć ponoć nie mam standaryzowanych zasad w tej kwestii. Pewnie gdy pojawi się ktoś nowy, ktoś komu będzie choć przez chwilę zależało, znowu wplątam się w coś dobrego lub mniej dobrego. I znowu dojdzie do rozstania i rozmyślania, dlaczego tak się stało, co jest we mnie takiego, czy to ja zawiniłem, czy oboje, czy ten ktoś?

Jedno wiem – historia zatoczyła koło, ostatni związek rozpadł się podobnie jak mój pierwszy: poszło po tylu latach o taką samą sprawę. Teraz albo historia się powtórzy i spotkam Radosława (bis), albo się zakończy. Z tymże z ostatnim rozstaniem się pogodziłem i zawsze ten kawałek czasu spędzonego razem, będę wspominał mimo wszystko w pozytywnych barwach, kolorowych barwach.

Weź nóż i dźgnij…

Sprawy się bardzo komplikują, ponieważ niby koniec sezonu w firmie i teraz praca typowo biurowa mnie czeka przez następne dwa miesiące, ale w tym roku odnotowuje dziwne zachowanie współpracowników i same straty.

Niestety od jakiegoś czasu współpracownicy oddają zlecenia, które w takiej formie wydania, nie powinny ujrzeć światła dziennego. Jestem skazany sam poprawić wykonaną przez kogoś pracę, choć ta osoba wzięła już za to pieniądze. Siedzę do późna w nocy, czasami bez przerwy na sen jadę na studia, tak jak za chwilę – byle coś skończyć, byle było na daną godzinę i byle zawieźć to do wydania klientowi. Następnie pozostaje czekać na telefon, aż zacznie Cię opierdalać, bo czegoś jest za mało. Niestety tak się ostatnio dzieje, choć ja nie jestem niczemu winien, ale ponoszę za to wszystko największą odpowiedzialność, ponieważ to ze mną jest podpisana umowa. A pracownicy czują się bezkarni i mogą się tak czuć, ponieważ w tej branży nie ma jednego sprecyzowanego miernika jakości.

Podejrzewam, że jest to cicha wojna by mnie wykończyć na rynku, cóż – takie prawo konkurencji, a ja wcale nie muszę tego robić i w każdej chwili mogę zaprzestać działalności w bardzo prosty sposób. Tylko nie ma takiej potrzeby, ponieważ każdy dostanie swój kawałek tortu i będzie zadowolony. Zleciłem jedną pracę firmie zewnętrznej, zrobiłem przed oddaniem oryginału kopię, którą potem utraciłem, gdyż nie została powielona. Efekt jest taki, że nie mam fizycznie zlecenia klienta i gdyby okazało się, że firma zewnętrzna zgubi, straci materiał (co przeczuwam, że tak może się stać w zawiązku z cichą wojną), to stanę przed wymiarem sprawiedliwości i kara będzie bardzo dotkliwa. I chyba ze wstydu i bezradności nie przez pedałów popełniłbym samobójstwo.

Coś mi jednak mówi, aby już teraz wziąć nóż i dźgnąć samego siebie, by na to wszystko w cholerę nie patrzeć… W tamtym roku Przemuś i Mariusz chcieli mnie wykończyć, a w tym współpracownicy. Ja się pytam tylko, za co? Za równy podział zysku, za premię i dobre warunki wykonania zleceń? Najwidoczniej trzeba mnie ukrzyżować, albo krzyż w dupę wsadzić… skoro się hamburgerom i zarom nie udało!

Lipton i Samsung…

No to wtorek, kolejny dzień mija… kolejny dzień lutego, roku i życia. Nie  jadę do Warszawy tak jak wspominałem we wczorajszym artykule. Niestety nie odpisano mi na maila i wyjazd przepadł.

Dzisiaj nic… i nikt prawie do mnie nie napisał by pogadać, jakoś mnie to nie dziwi skoro jestem taki „lipton”, przez co jestem „samsungiem” – nie z wyboru, a z mianowania. Lipne też było wczorajsze zachowanie jednego pedała, który mi obiecywał coś i słowa nie dotrzymał. Nawet nie potrafił spojrzeć mi w twarz… to takie żenujące, mijać osobę z którą spędzało się „słodkie chwile” jak obcego człowieka, a wzrokiem uciekać w telefon…

No nic… jednak trochę tam Was okłamałem z tym, że nikt nie napisał. Znalazło się parę osób z którymi wymieniłem kilka słów. Jeden mnie zdemaskował pisząc kim jestem. Tradycyjnie na moim ulubionym fellow.pl napisał 21-letni zboczeniec z Mińska Mazowieckiego… i ponownie zastanawiam się skąd się tacy ludzie biorą. Przytoczę rozmowę, robię to po raz trzeci i może ktoś mi znowu napiszę „boje się z Tobą pisać, bo trafię zaraz na bloga”. Nie ma co się bać, normalni ludzie tu nie trafiają. Pogrubioną fioletową czcionką jest oznaczony mój rozmówca:

- sex ? ja Mińsk Mazowiecki
- Niestety jeżdżę obwodnicą, BOR nie pozwala jeździć przez miasto. Pozdrawiam :)
- no szkoda :( a nie możesz zajechać ?
- Nie, nie ode mnie to zależy :P
- no ale możesz jakoś na lewo chyba
- BOR ochrania mnie 24h przykro mi… pozdrawiam

Poniosła mnie ułańska fantazja z tym BOR… dla niewtajemniczonych jest to skrót od Biuro Ochrony Rządu, które z ustawy nie może mnie ochraniać, bo nie jestem podmiotem podlegający takiej ochronie. Swoją drogą… nie zostałem zablokowany!

Doskwiera samotność…

Znowu zaczyna doskwierać mi samotność i pojawia się moja dręczycielka o imieniu przeszłość. Niestety poruszając się samochodem, słucham radia i słyszę codziennie piosenkę przypominającą mi pewną osobę, która mnie zraniła. Ewentualnie ktoś wysyła Snapchat’a ze swoim zdjęciem, by przypomnieć, że istnieje.

Pewnie nie trudno się domyślić jeśli czytasz tego bloga od początku – Przemysław & Mariusz – duet, który się nie zna, a potrafi identycznie ranić. Oczywiście wybaczyłem, ale nie zapomniałem.

Wczoraj nawiązała się bardzo krótka rozmowa pomiędzy mną i moim pierwszym chłopakiem. Jest to jedyna osoba z którą byłem oraz z którą raz na pół roku (nie od święta) rozmawiam. Był to spory czas temu, kiedy byliśmy razem i się rozstaliśmy. Dokładnie niebawem stuknie 4 lata od naszego rozstania. Przez ten okres raz spotkaliśmy się, a raz go minąłem na Nowym Świecie w Warszawie – nie zauważył mnie. Nasz związek trwał ok. pół roku, ale przestaliśmy się dogadywać i zwyczajnie powiedziałem, że to chyba niema sensu. Nie próbował mnie zatrzymać, wręcz odwrotnie – poszedł się myć, a ja zostałem „wolnym panem do wzięcia”. Po kilku tygodniach z kimś tam się na nowo związał.

Związek ten może nie był udany, ale Arnold poświęcał mi wiele czasu jako chłopak pomimo, że dzieliło nas sporo kilometrów. Nikt nigdy nie poświęcał mi tyle czasu co on. Nie oznacza to jednak, że był super – niestety w łóżku nie mogliśmy się dopasować, co więcej miałem potem wrażenie, że każde spotkanie musi kończyć się seksem. Zaczął mi pod koniec docinać, chodził po klubach gejowskich i dla kolegów „bo go prosili” zakładał gejowskie portale i dawał serduszka. O tym ostatnim poinformował mnie znajomy Radek. Odpuściłem i się rozstaliśmy. Pamiętam do dziś, jak w kinie powiedziałem, że gdy go stracę, to nie będę miał nikogo. Słowa okazały się prorocze dla mnie, a on jest w szczęśliwym związku od trzech lat.

Zapytał mnie, czy doskwiera mi samotność? Doskwiera i to bardzo… od 4 lat (z małymi przerwami) wracam do domu, siadam przed komputerem w pokoju, uruchamiam komputer i rozpoczyna się mój dramat życia. Jedynym źródłem kontaktu z nowym człowiekiem jest fellow.pl zaś znajomi ze studiów pojawiają się w chwili, gdy trzeba notatki lub jest jakiś problem. Komputer stał się moim przyjacielem, kochankiem i oknem na świat… Wyjdę na studia, czy popracować… Czasami z kimś się zobaczę tylko wtedy muszę czekać na kogoś po 20-30 minut lub powyżej godziny, bo co ja tam znaczę… Poczeka wieśniak sobie, prawda?

Na wszystkich czekałem, na wspomnianych wyżej panów też musiałem wiecznie czekać, bo się im nie śpieszyło, bo to była  „przygoda” w przypadku Przemka lub „próba, a może coś poczuje” u Mariusza.

Finalizując nie rozumiem po cholerę Mariusz wysłał mi swoje zdjęcie, skoro nie mam ochoty z nim rozmawiać po tym co się wydarzyło… Przecież już na pewno z kimś się tam widuje (Tinder czynił cuda) i ma swoje pocieszenie, podobnie jak Przemysław…

W załączniku wspomniana piosenka, która mi przypomina chwile piękne, których się nie zapomina przez to, że ostatecznie stały się cierpieniem.

Cisza po burzy…

Mija pierwsza doba od zakończenia przez mnie wspomnianej poprzednio relacji z Mariuszem. Boli cholernie, boli podobnie jak po każdym ważnym dla mnie człowieku. Będzie mi go brakowało… ale tak musiało być, tak będzie może lepiej…

Życie jednak tak chciało! Dałem mu wolną rękę i usłyszałem to co powinienem usłyszeć dużo wcześniej. Czyli, że nie czuł do mnie nic oraz, że nie ma to sensu. Byłem mamiony jedynie, że potrzebuje czasu by to wszystko ułożyć, a pocałunki i przytulanie się ma tylko pomóc. Jak mogłem na tyle być zaślepiony samotnością by tak na zawołanie się przytulić i całować nie znając człowieka zbyt długo? Jakiego wyniszczenia człowieka dokonał Przemysław, Paweł S., Łukasz czy Radek? Chyba nawet ja już nie znam odpowiedzi na te pytania. Tak jak te, jak oni się czują wieczorami i co robią….

W ostatnich słowach do Mariusza powiedziałem, że bez względu co będzie dalej i jeśli nawet zdecyduje się odejść z tego świata to niech nigdy siebie nie obwinia, bo to nie będzie jego wina. Nikt nie będzie winny, to będzie moja decyzja zakończenia mojej kariery życia… Będę wtedy szczęśliwy i naprawdę chciałbym tego szczęścia już jak najszybciej doznać, ale jeszcze jakaś głupia nadzieja mnie powstrzymuje… Bo na tym drugim świecie nie spotkam z nikim, bo dla mnie już tego świata nie ma. Podobnie jak satysfakcji z życia, studiów, zarobionych pieniędzy…

Najgorzej jest wieczorem i w nocy… Siedzę, przed komputerem, nie mam do kogo nawet zagadać, chyba już nikt nie chce ze mną rozmawiać o tym co było. Gdy szukam kogoś nowego to mimo wszystko ciężko jest znaleźć nowego rozmówcę, nawet nie mówiąc o tym co było. Najgorsze to być osamotnionym, bo samotność w sercu można jakoś jeszcze znieść.

Sensu walki nie ma … a może nie ma o co walczyć?

Wiele razy zdarza się nam walczyć. Walka powinna mieć przede wszystkim atrybut za który ponosimy jej ciężar. Czyli coś co jest warte wszelkiego wysiłki by to zdobyć lub osiągnąć. Bez tego atrybutu nie będzie ona miała sensu. Walczymy w imię swoje, kogoś lub w imię czegoś…

Ja walczę z samym sobą każdego dnia – walczę o to by żyć. Walczę z chorobą płuc. Walczę też o to by być szczęśliwym. I zastanawiam się czy wspomniany „atrybut” jest na tyle sensowny by walczyć?

W zależności od punktu widzenia można wyłożyć różnego rodzaju teorie sensu walki w podanych wyżej przypadkach. Jeśli chodzi o życie, to niektórym jest to na tyle istotna kwestia, że nie oddali by go nikomu. W moim przypadku jest inaczej, dla mnie chyba bardziej zależy na byciu szczęśliwym niż na samym życiu. Chodzi tutaj o szczęśliwe życie, a nie jak do tej pory nieszczęśliwe, które wynika z poznawania podłych ludzi. Poznawanie podłych ludzi, ciągnie się za mną jak wspomniana choroba płuc. Pojawia się ona jak ci ludzie od czasu do czasu. Przychodzi i próbuje udusić człowieka dławiąc go własnym kaszlem i powodując wymioty na sucho.

Choroba wraca… ale wracają też wspomnienia o podłych ludziach. Znowu w myślach pojawia się Przemysław, gdzieś tam przebiega Paweł… Ja tym chłopcom wybaczyłem… Nie czuję do nich już złości, ale nie zapomnę. Z perspektywy czasu, może chciałbym porozmawiać o tym co z nimi było, ale nie została mi dana taka szansa. Wiem jednak, że walka o nich, czy z nimi nie miałaby najmniejszego sensu, bo „atrybut” nie jest już na tyle cenny, tak jak próba wyjaśnienia niedokończonych spraw dla nich. Może nie dorośli?

Podsumowanie roku 2014!

Kończy się 2014 rok! Wiele osób szykuje się na domówki, bale sylwestrowe, imprezy pod chmurką. Jeszcze inni wybierają noworoczne spektakle teatralne czy maratony filmowe w kinach. Niektórzy spędzają sylwestra w samotności przed komputerem czy telewizorem. Inni spędzają noc sylwestrową w pracy lub podczas służby… Jeszcze inni samotnie w szpitalu, domach opieki czy noclegowniach. Pamiętajmy o samotnych czy pełniących służbę. Gdy spotkasz policjanta, lekarza czy pracownika stacji benzynowej powiedz mu po północy Szczęśliwego Nowego Roku, bo to tez jest człowiek!

Niewątpliwie mijający rok był dla mnie przeplatanką dobrych i złych wydarzeń, które wpłynęły na moje życie. Z całą pewnością największym sukcesem roku 2014 było obronienie się na Politechnice Warszawskiej i uzyskanie tytułu magistra oraz zaliczenie różnic programowych pierwszego semestru studiów stacjonarnych. Różnice te wynikały z prawie trzy miesięcznej nieobecności na uczelni. Dodatkowo jeśli chodzi o ścieżkę edukacyjną to otrzymanie oceny dobrej plus z prawa budowlanego, również było niezłym wyczynem!

Oczywiście mijający rok był rokiem pewnych rocznic i wspomnień po osobach które się kochało. Był to pierwszy rok po rozstaniu z Pawłem S. o którym wspominałem. Również ten rok to drugi rok po tym jak powiedziałem swojej matce o tym, że jestem osobą odmiennej orientacji seksualnej.

W mijającym roku udało mi się podjąć zatrudnienie w jednej z dużych instytucji finansowych. Co prawda nie trwało one długo, ale zawsze to zdobycie jakiejś dodatkowej praktyki. Również rozwinięta współpraca z jedną z Warszawskich firm marketingowych oraz realizacja prawie wszystkich zleceń w firmie na poziomie zadowalającym klienta był sukcesem tego roku.

Niestety mijający rok pozostawił po sobie wiele nieprzespanych nocy, wypłakanych łez. Były one wynikiem nieudanych relacji z mężczyznami. Ponownie wracam do wspomnienia o Przemysławie, które był największym rozczarowaniem mijającego roku. Praktycznie moje uczucie do niego wygasło, ale niesmak pozostał. Dodatkowo jeśli chodzi o spotkania z osobami tej samej płci, to mogę powiedzieć – jedna wielka lipa… większość odmawiała spotkań, albo się na nie nie wstawiała. Jednak pozostały w mojej pamięci pewne osoby m.in. D, P czy P.G. Wynika to z faktu, że nie odmówiły spotkania, zawsze były na czas, nigdy nie chciały seksu i mimo wszelkich przeszkód te znajomości przetrwały dłużej, przy czym oczywiście w mniejszym lub większym stopniu kontaktu.

Zostały tez zweryfikowane w tym roku pewne znajomości z niektórymi osobami m.in. z Pawłem M. który bez słowa odszedł i pozostawił mnie samemu sobie, nie wiem dlaczego…

Wyciągnąłem też wnioski ze swojego postępowania i przeprosiłem za nie pewne osoby. Tylko dwie przyjęły przeprosiny i dały jakąś odpowiedź… Niestety jedna z najważniejszych kobiet w moim życiu, która jest wspaniałą matką dwojga nieswoich ale niesamowitych dzieci tego nie zrobiła. Jednak miała do tego prawo, zwyczajnie zawiniłem w stosunku do niej najmocniej i za co starałem się przeprosić.

Mijający rok to tez rok w którym odważyłem się trochę naprawić swoją osobę poprzez m.in. zapisanie się do psychologa. Decyzja ta powinna być podjęta zdecydowanie wcześniej – już w 2011 roku!

Był to również kolejny rok ujawnienia się przed osobami, które nie podejrzewały mnie o mój homoseksualizm. Małgorzata, Weronika, Agata czy Marysia… Każda z tych osób przyjęła tą informację dość pozytywnie i co najważniejsze bez zmiany nastawienia do mojej osoby! Za co serdecznie chciałbym z tego miejsca podziękować.

Ten rok, to również rok „zrodzenia” się bloga BezpiecznyGay! Który trochę osób odwiedza i czyta ;)

Nowy Rok 2015 nie wiem jednak jaki będzie dla mnie… osobiście nie stawiam sobie jakiś przyrzeczeń noworocznych i celów. Właściwie nie wiem co będzie po studiach, które kończą mi się w zbliżającym roku. Nie widzę siebie w perspektywie dłuższej niż 6-7 miesięcy – czyli tyle ile pozostało mi zajęć na uczelni w Siedlcach. Będzie to zapewne ciężki rok, być może ostatni, a być może pierwszy od wielu, który będzie naprawdę szczęśliwy!

Jaki mam plan na Sylwestra? Właściwie to go nie obchodzę… Sam w to nie wierzę, ale wysiadam z pociągu na Warszawie Śródmieście – przed północą powinienem wrócić do domu.

A jakim prawem Ty możesz zwracać mi uwagę?

Czuję się bardzo nienasycony poprzednim wpisem o poczuciu bezpieczeństwa i pragnieniu miłości. Nie mogę spać choć pewnie jak skończę pisać będzie ok. 4:00 nad ranem. Wszystko przez kaszel, wspomnienia i brak planów na kolejne dni. Ten wpis będzie właściwie poświęcony odpowiedziom na zadane mi ostatnio pytania, ale też chwilą refleksji nad tym dlaczego tworzę ten blog.

Pisanie dla mnie bloga jest czynnością bardzo potrzebną i mi pomagającą zebrać myśli i je wykrzyczeć na zewnątrz. Robię to pierwszy raz i póki co mam w głowie milion tematów, które będę poruszać i nie zamierzam przestać – no chyba, że z przyczyn naturalnych. Piszę go po to, by może wskazać drogę innym do dzielenia się wyrozumiałością, empatią wobec drugiej osoby, a nie zwykłym pożądaniem i chęcią spełnienia swoich seksualnych zachcianek.

Na samym początku chciałbym wrócić trochę wstecz – dokładnie do momentu gdy opublikowałem swój drugi tekst „Siedlecki wymiar sprawiedliwości gejowskiej…„. Zastanawiałem się jak idzie dokonywanie samosądu przez bohatera tego tekstu. Po zadaniu mu pytania i wymianie kilku słów otrzymałem wiadomość:

Całego świata nie zbawisz, ani całego zła nie stłamsisz… Mogę robić co mi się zachce, nie muszę się kierować zdrowym rozsądkiem, gdy mnie raniono się tym nie kierowano, a w dodatku i tak mało kto się tym kieruje kiedykolwiek…

Oczywiście ten młody człowiek ma rację co do tego, że świata nie zbawię i zła nie stłamszę. Nie mam takiej mocy by to uczynić, a także nie istnieje nawet taka siła. Jednak chciałbym tutaj poświęcić chwilę czasu nad dalszą częścią wiadomości, która jednoznacznie pokazuje brak racjonalności w działaniu wymiaru niesprawiedliwej kary wobec innych. Postawiłem jedno pytanie dotyczące prawa do krzywdzenia innych. Otrzymałem krótką wiadomość:

A jakim prawem Ty możesz zwracać mi uwagę? Widzę wielki ból dupy u ciebie wywołałem..

Faktycznie nie mam napisanego prawa formalnego by zwracać Ci uwagę. Jednak moralne prawo do bycia człowiekiem empatycznym wobec drugiego daje każdemu z nas możliwość postawienia oceny danego zachowania. Właśnie m.in. po to piszę ten blog – by nikomu nie przyszło do głowy stosować podobną retorykę. Właściwie po tekście o „bólu dupy” stwierdziłem, że jest to dziecko wychowane podobnie jak Przemysław na łonie Pana M – czyli kupić, wykorzystać i wyrzucić. Bo tak zrobiono ze mną…

Podczas wieczornego przesiadywania przed komputerem otrzymałem kolejne pytanie od jednego z czytelników bloga:

Czy Tobie się, Bezpiecznik, sufit na łeb nie spierdolił?

Oczywiście biorąc pod uwagę pytanie w dosłownym jego sensie to sufit ma się dobrze i jest na swoim miejscu. Nie wiem jednak jak mam naprawdę odczytać to pytanie (pozytywnie czy negatywnie), ale postaram się odpowiedzieć.

Pewnie chodzi Ci o poszczególne zdania z niektórych tekstów. Oczywiście, nie są one różowe i wypełnione samymi dobrymi informacjami. Jednak czytając między wierszami można dostrzec pewne załamanie się mojego świata przez wydarzenia jakie miały wcześniej miejsce i do których będę wracał we wspomnieniach czy prywatnych notatkach.

Dziś bardzo przepraszam, ale nie jestem w stanie udzielić na to pytanie pełnej odpowiedzi, wiem jedno – moje życie jest praktycznie przegrane… Bez planów na kolejny tydzień, miesiąc, rok…

Wspomnienie o Przemysławie…

Możecie potraktować ten dzisiejszy tekst jako pewną publiczną przestrogę, ale tak nie jest. Od czasu do czasu, będę wspominał tutaj o osobach ważnych mojemu sercu. Dziś mija dokładnie miesiąc od chwili gdy wracałem ze spotkania z Przemkiem. Spotkanie to było pierwszym po prawie dwóch latach, kiedy wracałem do domu naprawdę szczęśliwy.

Pięknym uczuciem jest wracać do domu szczęśliwym, gdzie czujesz się nieszczęśliwy. Nie spodziewałem się, że ten chłopak z Fellow który wygląda jak szurnięty nastolatek okaże się przystojnym, inteligentnym, wrażliwym i dobrym mężczyzną budzącym zaufanie. Jednak pierwsze wrażenie zazwyczaj weryfikuje czas i często okazuje się ono mylne.

Podczas pierwszego spotkania dużo rozmawialiśmy przy kawie i podczas spaceru. Zauważył, że jestem całkowicie innym człowiekiem – nie takim sztywniakiem i flegmatykiem na jakiego wyglądam na profilu. Podczas spotkania pokazał mi jedno ciekawe miejsce, które znajduje się pod wiaduktem warszawskim. Opowiedział mi tam o swoim zainteresowaniu koleją oraz tym, że bardzo lubi oglądać przejeżdżające pociągi i może to robić godzinami. Ogólnie spędzanie z nim czasu tego dnia, było dla mnie bardzo przyjemne i nie zdążyliśmy się obejrzeć, a się ono zakończyło. Spotkanie to było dłuższe niż zakładaliśmy, pod koniec odwiozłem go do domu. Pamiętam, że gdy odjeżdżałem stał i przyglądał się jak mój samochód znika w oddali. Wcześniej gdy wysiadał, wyglądał jakby liczył na pocałunek.

Wieczorem tego samego dnia napisał mi wiadomość „że dałem mu dużo do myślenia”. Wtedy zacząłem podejrzewać, że coś już jest nie tak… z jednej strony poczułem zniesmaczenie, ale z drugiej… byłem całkiem zadowolony.

Po jakimś czasie podczas wymiany wiadomości napisał mi, że ma kogoś. Byłem dość zaskoczony! Stwierdził, że powinien mi powiedzieć to wcześniej. Zabolało jak cholera… bo od początku myślałem, że jest wolny. Tym bardziej, że zadał mi wcześniej pytanie kogo właściwie szukam. Przestałem do niego się odzywać i postanowiłem odwieźć mu do pracy to co mi dał w prezencie. Zostawiłbym to w kopercie z jego imieniem i nazwiskiem. Pamiętam, że bardzo szybko jechałem samochodem i dopiero w połowie drogi się popłakałem. Mimo to, wstąpiłem do znajomego by się poradzić. Był zaskoczony, że przyjechałem roztrzęsiony jakbym zobaczył ducha. Rozmowa z nim się przedłużyła i zacząłem otrzymywać wiadomości na telefon od Przemka, czy żyje, co się dzieje itd. Zaproponował, że jutro przyjedzie do mnie. Wiele nie myśląc powiedziałem, że jestem niedaleko i spotkajmy się zaraz pod Galerią. Wyszedłem od znajomego i udałem się na tamtejszy parking.

Rozmowa z nim była bardzo szczera, wyjaśniliśmy wiele rzeczy i powiedziałem o swoich problemach i prosiłem, że jeśli chce się tylko mną zabawić to lepiej niech sobie daruje, bo będzie miało to fatalne skutki. Poinformował mnie, że jest wolny, a wiadomość przysłana wcześniej to głupi żart. W ramach przeprosin dał mi jajko z niespodzianką, które mam do dziś (było to słodkie). Zostałem zapewniony też o jego dobrych intencjach w stosunku do mojej osoby. Wierząc w jego zapewnienia po prostu mu wybaczyłem i dałem drugą szansę. Mijały godziny, na dalszej rozmowie – zaczął mnie podrywać, co było bardzo fajnym uczuciem. Kiedy wybiła północ stwierdziłem, że czas się zbierać… jednak zachowałem się jak baran i pocałowałem go w policzek oraz się przytuliłem. Zrobiłem to, bo tego potrzebowałem. Od kilkudziesięciu miesięcy nie przytuliłem nikogo. I tak wtuleni, bez słów siedzieliśmy dobre kilkanaście minut, serce waliło jak durne, oddech przyśpieszył kilkukrotnie… Nagle w radiu puścili jakąś „romantyczną” piosenkę. Pocałował mnie w usta i to był najpiękniejszy pocałunek jaki do tej pory miałem choć całował chujowo… Rozstaliśmy się po drugiej w nocy i nie przeszkadzało nam, że jeden i drugi ma wstać za 4 godziny.

Podczas tej rozmowy prosił mnie, abym się ogarną. Zapisałem się dla niego do psychologa i byłem też na prywatnej wizycie w Warszawie. Tak… cierpię na depresję. Jest to okropna choroba, która wyniszcza człowieka, choroba o której już wspomniałem. On wpłynął na mnie jednego dnia bym podjął leczenie, gdzie wiele osób próbowało przez lata i im się nie udawało… Co prawda jej objawy pojawiają się i znikają. Mimo to walczę i staram się żyć normalnie, choć jest cholernie ciężko. Z prywatnych wizyt zrezygnowałem i obecnie się nie leczę, bo właściwie nie ma dla kogo. Spóźniłem się do psycholog i terapia została przerwana…

Przez kilka kolejnych dni było wszystko dobrze, mieliśmy dobry kontakt przez telefon. Spotykaliśmy się nawet – widywałem go w pracy – przychodząc z rana czy popołudniu. Często też w nocy jechałem w okolice Siedlec by posiedzieć w samochodzie i pogadać. Zdarzało się, że czekałem prawie godzinę na to aż się zjawi… Twierdził, że jechał z domu, aczkolwiek wcześniej mówił, że nie jest w domu i zaraz wyjeżdża. Nie chciałem się czepiać szczegółów, bo wiedziałem, że kłamie. Obiecywał tez kilka razy, że do mnie przyjdzie, ale ciągle zmieniał plany. Zasłaniał się przy tym pracą. Ja też pracuje, studiuje i rozumiem wszystko, ale zwyczajnie to nie praca była powodem braku spotkań, tylko brak chęci.

Pewnego dnia przestał mi odpisywać na wiadomości, nie odpowiedział nawet czy przyjedzie. Nie dawał znaku życia, choć pojawiał się na Fellow i Grindr. Byłem tak na niego zły, że zadzwoniłem z innego numeru którego nie znał. Odebrał był tak bardzo zdziwiony, że nawet nie widział kto mówi i o co chodzi – rozłączył się. Napisał, że przesadziłem i wysłał mi zdjęcie, że jest w pracy. Był w pracy, ale po pracy… bo już w kurtce do wyjścia, co oznacza, że nie planował przyjechać… a co najlepsze ponoć nie otrzymał SMS z pytaniem czy przyjadę. Choć wiedział, ze jest ze mną umówiony i czekam. Nie pisał nic przez kilka godzin, co mu się wcześniej nie zdarzało. Może nie powinienem tak robić i po prostu czekać, ale nie potrafiłem wytrzymać wciskania kitu, że przez 8 godzin nie mógł używać telefonu, ale z Fellow oraz Grindr korzystał w pracy aktywnie. Jest tu trochę mojej winy, nie powinienem dzwonić z innego numeru. Przyznaję się do błędu, braku zaufania i cierpliwości.

Przez kilka dni jego wiadomości to pojedyncze słowa - bo doskonale znał moje słabe strony. Jednak w końcu się umówiliśmy w celu wyjaśnienia zaistniałej sytuacji i dalszego sensu tej znajomości. Spóźnił się jak zwykle, ja czekając na niego kupiłem pluszowego miśka na prezent w ramach przeprosin. Poszliśmy na kawę do jednej kawiarni na obrzeżach centrum Siedlec. Podczas tego spotkania zapadło kilka istotnych kwestii – jedna z nich to dotycząca tego co robimy z tym co było. Oboje stwierdziliśmy, że nie ma sensu tego kończyć i przerywać, sam to zresztą powiedział jako pierwszy. Nawet powiedział, że mu zależy. Stwierdziłem skoro po takim kryzysie, w którym ja naprawdę ja zawiniłem chce to kontynuować, to teraz będzie tylko lepiej.

Niestety znajomość trwała po tym jeszcze dwa dni. Kiedy po tej rozmowę wrócił do domu, to nie miał ochoty ze mną pisać – wolał oglądać film i siedzieć na Fellow, bo ciągle był online.  Następnego dnia miał wolne i mi to napisał. Gdy zapytałem czy się spotkamy – nie uzyskałem odpowiedzi. Napisałem mu tylko, ze wracam do domu i do jutra. Nie odpisał nic przez cały dzień…

Ostatniego dnia gdy już faktycznie wiedziałem w sercu, że to wszystko nie ma sensu, chciałem się z nim spotkać, ponieważ miał wolny dzień i byliśmy umówieni. Byłem po wizycie u psycholog, co prawda to nie była jej rada, ale moja decyzja po dojściu do wniosku, że oddaje facetom tak dużo, że zapominam o sobie i swojej godności. Niestety jego „bardzo ważne” obowiązki nie pozwoliły mu odpisywać konkretnie na żadną wiadomości, nie powiedział czy będzie wolny o godz. 19:00… Dopiero po 21:00 napisał pytanie co robię… nie odnosząc się do tego, ze się nie spotkał. Nie otrzymał już ode mnie żadnej odpowiedzi, do dziś mu nie napisałem absolutnie nic.

Ostatnio mnie nawet minął, właściwie dwa razy mnie minął w Siedlcach. Podczas pierwszego spotkania po tym wszystkim gadał z jakiś pedałkiem, a podczas drugiego perfidnie przeszedł obok stolika przy którym siedziałem z kimś służbowo.

Zakończyłem tą znajomość bez słowa – czyli tak, jak nie nie lubię gdy ktoś robi to w stosunku do mnie. Nie dał mi jednak szansy na zakończenie jej w inny sposób. Zrobiłem to w bardzo nieelegancki i mało dojrzały sposób z własnej inicjatywy. Czułem wobec niego złość i zażenowanie, że się dałem nabrać kolejnemu idiocie. Tego dnia kiedy chciałem się z nim zobaczyć wieczorem po powrocie z Warszawy spotkałem koleżankę, która razem ze mną spotkała mojego byłego chłopaka. Pawła z którym po tym jak zerwałem kontakt – Przemysław się poznał doskonale wiedząc, że jest to mój były chłopak, który podobnie jak on mnie wykorzystał…

Żegnaj na zawsze Przemku, tego nie da się naprawić…
Żegnaj na zawsze, choć ciężko to zapomnieć…
Żegnaj na zawsze, bo chcę być szczęśliwy…
Żegnaj bo może pojawi się ktoś kto mi to wszystko da…
I dziękuję za kolejną nić do mojego ostatniego garnituru…