Lubelski rozrachunek

Pewnie nie pamiętacie, jak pisałem o swoim marzeniu, jakim jest wyjazd do Kazimierza Dolnego? Spełniłem je i podczas zwiedzania Lubelszczyzny odwiedziłem to urokliwe miasto nad Wisłą. Zrobiłem to z kilku powodów, jednym z nich jest ten, że ostatnio czuję się dość słabo i aby nie umknęło mi zobaczenie tego miasta, pojechałem bez ukochanego.

Cóż, czasami nie da się spełnić marzeń tak jakby się je chciało spełnić, ale niektórym marzeniom można pomóc i wsiąść w samochód ruszając przed siebie i robiąc ponad 300 kilometrów odwiedzając miasta i zapisując ich obraz na fotografiach. Oczywiście wyjazd przyniósł pewien niedosyt, ponieważ nie było z kim porozmawiać na tzw. „luzie” czy zjeść obiadu w restauracji, ciesząc się sobą nawzajem. Niemniej – polecam wybranie się do miasteczka pełnego sztuki, tajemnic i pięknych widoków.

Marzeniom można pomagać, jeśli nie da się ich spełnić. Podobnie nie można się zakochać w kimś, gdy ktoś nie kocha Ciebie. Pozostaje do wyboru, być połowicznym lub samotnym.
Wybrałem to drugie!

Z cewnikiem na deptaku w Ciechocinku

Wracam wspomnieniami do lat młodości, gdy przechodzę ulicami Siedlec. Wspominam chwile spędzone przy Jacku, czy spacery ulicą Brzeską. Przypominają mi się czasy, które nie wrócą już nigdy.

Wspomnienia, to coś co pozostaje w nas na zawsze i nie da się tego wymazać, czy nadpisać. Nieuniknione jest to, że starzejemy się i za niecałe dwa miesiące bliżej mi będzie do 30, niż do 20. Cieszę się, że to wszystko mnie doświadczyło, bo gdy przyjdzie kres – nie będzie czego żałować.

Czerwiec to szczególny miesiąc mojego życia, tyle się w nim stało kilka lat temu. Tyle wylało się łez, tyle poznało się wspaniałych ludzi i tyle samo nieciekawych sytuacji. Powiem Wam, że przestałem liczyć lata. Kiedyś pamiętałem każdą ważną datę, rok i żyłem od „rocznicy” do „rocznicy” świętując ją w mojej duszy, jak Jarosław Mniejszy Pierwszy. Jednak liczenie lat nie ma sensu, jak szukanie przyjaciół i partnera na siłę.

Dziś na uczelni wyśmiałem się niesamowicie. I przeżyłem (pewnie jak wszyscy) dwie minuty, które były najpiękniejsze w ciągu całego dnia. „Przed wypadkiem byłem mięśniakiem, kiedy stałem się inwalidą – zmieniłem mięśnie na mózg” a w tle leciało „to jest piosenka dla Jurka”. Za te dwie minuty, osoba to przedstawiające, dostała brawa i gratulacje. Dwie minuty, które mogą zmienić Twoje życie, które jest naprawdę do dupy. Potwierdza to, że moja uczelnia, nigdy mnie nie skrzywdziła, dała schronienie i możliwość przeczekania stanu wojny mojego serca z umysłem.

Teraz jest stan pokoju, stan pogodzenia się ze wszystkim (kapitulacji). Nie szukając partnera na siłę, nie szukając przyjaciół i przyjmując krytykę na swój temat jak drugie śniadanie staram się żyć. I mimo oskarżeń, które padły pod moim adresem na uczelni „że mam kogoś w dupie”  idę dalej. Mając w dupie, że o mnie tak ktoś pomyślał, gdy sam jest samolubem. Nie mam nikogo w dupie, po prostu nie umiem z kimś razem wchodzić komuś w dupkę bez wazeliny, kiedy mnie nawet do wchodzenia nie dopuszczono i nie informowano wcześniej.

Nie neguję tego, że bycie z kimś by było fajne – taka stabilizacja w każdej płaszczyźnie życia by wtedy nastąpiła. Jednak nie można mieć wszystkiego, bo mając wszystko i tracąc można wycierpieć więcej, niż tracąc coś z czegoś nie stanowiącego wszystkiego.

Czuwaj nade mną mój książę, który najpewniej gdzieś tam jesteś w tym świecie i poznam Cię na deptaku w Ciechocinku, gdy będę spacerował z workiem na mocz i z cewnikiem w fiucie. Bo ponoć na miłość nigdy nie jest za późno!

Wisit Jabłko

Wisi jabłko wisi, ale w końcu spada… nie jedna panna za mąż wyszła niechybnie, zaś nie jeden pan zbłądził, ale nie potrafił kontynuować błądzenia i się przyznał.

Życie to nie piosenka, którą można odtwarzać w nieskończoną ilość razy. To piękne, że każdego dnia przeżywamy całkowicie coś innego i nie jest to w pewien sposób monotonne. Każdego dnia przechodzimy w tych samych miejscach, ale ciągle widzimy coś nowego. Nowych ludzi, nowe samochody, albo zniszczony śmietnik. Takie proste, błahe i świadczące jednocześnie o czymś wielkim: niepowtarzalności dnia i życia.

Dlatego w życiu trzeba postępować sprawiedliwie i odpowiedzialnie, a ostatnie dni nauczyły mnie tego jeszcze bardziej. Czasami trzeba powiedzieć, choćby najgorszą i gorzką prawdę dla kogoś, niż ciągnąć coś w nieskończoność i po pewnym czasie skrzywdzić, nie krzywdząc siebie. Nie potrafię tak, nauczony tym co się wydarzyło rok temu. Na koniec potrafiłem tylko powiedzieć „przepraszam”, bo nikt nigdy mi tego nie powiedział.

Mogę powiedzieć, że pogodziłem się z przeszłością w pewnym sensie, ale nie do końca. Ona mnie nauczyła lęku przed związaniem się z kimkolwiek, albo przynajmniej utrzymania relacji ku temu sprzyjającej. Jednak nic… jak do trzydziestki się nic nie poprawi, to po osiągnięciu jej pozostanie masturbacja i seks za kasę z małolatami… Choć mam nadzieję, że nie stoczę się do tego poziomu i przystanę na masturbacji i nauczaniu małolatów za kasę, jak żyć!

Czy potrafię żyć się zastanawiam? Chyba tak… jak sądzicie?

Mam do Ciebie trzy pytania, mogę je zadać?

Zadałeś bardzo ciekawe pytania, które tak naprawdę potrzebują dłużej formy odpowiedzi i tego jak podchodzi się do pewnych ważnych, ważniejszych, a czasami błahych (z perspektywy czasu) spraw. Kiedyś pisałem na swoim blogu: Bądź dobry dla drugiego, im bardziej będziesz dobry dla drugiego, tym więcej zyskasz u mnie. Bądź cierpliwy i wyrozumiały, bo cierpliwość i wyrozumiałość to sztuka, którą nie jeden artysta zaprzepaścił za chwilowym zapomnieniem o tym, co interpretuje druga strona. Ten kto jest cierpliwy i wyrozumiały, wnosi nadzieję na lepszą przyszłość. Nie krzycz… bo ten kto krzyczy nie ma linii obrony, jest pusty jak beczka, która dudni…

Miłość podobno czyni cuda, jedni są ze sobą kilka lat, niektórzy kilka tygodni, ba kilka godzin – bo jednak to nie to, po przemyśleniach i wątpliwościach ludzie od siebie odchodzą. Zawrę odpowiedzi na te wszystkie trzy pytania w tym tekście, nie dam Ci obrobionego już „poletka” – moje ulubione słowo od października, tylko sam będziesz musiał je wychwycić.

Odchodzą – bo albo była dyktatura, albo brak odpowiedniej sztuki kompromisu. Kiedy dwoje ludzi się łączy to w praktyce wygląda to tak, że na początku jest wielka radość jak żywy ogień, nowo zapalonej świeczki, który po czasie staje się co raz mniejszy i gaśnie. W teorii, gdy dwoje ludzi się łączy powinno zapomnieć o swoim „ja” i mówić „my”. Powinno mówić to my możemy zrobić, a nie to ja mogę zrobić. Trzeba być jednocześnie dyktatorem skłonnym do kompromisów. Są pewne sprawy, które nie podlegają dyskusji: narkotyki, trójkąty, wspólne filmy porno wrzucane na jakiś portal, czy wspólne konto na fellow w celu szukania „znajomych” – czyt. cwela by dwóch jednocześnie mogło się wyżyć. Jednak to są sprawy dla dorosłych i odpowiedzialnych ludzi na tyle normalne, że nie powinny podlegać dyskusji. Oczywiście tylko jedna właściwa metoda na wychowanie faceta, to metoda faszystowska. Ja mam zapędy władcze, potrafię wyrazić swoje zdanie, ale liczę się ze zdaniem drugiej osoby i szukam kompromisu. Jednak gdy ktoś mi narzuci swoje zdanie lub zmieni reguły gry w trakcie, to przepadł puch marny.

Kiedy na początku świata, pojawiły się różne uczucia i nie wiedziały co ze sobą zrobić to miłość i szaleństwo, postanowiły pobawić się w chowanego. Miłość schowała się przed szaleństwem w krzaku róż. Szaleństwo szukało miłości i krzyczało, „gdzie jest ta moja miłość?” „miłości gdzie jesteś?” i tak chodziło i szukało miłości z patykiem w ręku. I nagle zobaczyła ten piękny krzak róż i zaczęła go tym patykiem rozdzielać i pokaleczyło miłości oczy. Stąd miłość jest ślepa, ale zawsze… zawsze towarzyszy jej szaleństwo.

Miłość jest ślepa, ale trzeba być szalonym by się zabójczo zakochać i szalonym by to podtrzymać. To jest wielka odpowiedzialność. Kiedy decydujemy się na bycie z kimś, na to jak to wszystko mamy zrobić, jak ułożyć – bez względu na konfigurację płci, to szukamy rozwiązań i stajemy przed wyzwaniami. Wyzwaniem jest szalona decyzja o wyjeździe z kraju. Dobrze, wyjechać jest fajnie na kilka dni, ale nie na całe życie. Jestem Polakiem, jestem dumny z tego kraju i chyba, chyba nie potrafiłbym wyjechać. Nie wiem… może to przez brak znajomości języka. Oczywiście z kimś wyjechać byłoby raźniej, ale musiałby być spełnione trzy warunki: mamy gdzie mieszkać, gdzie pracować i nikt w naszym życiu trzeci się nie pojawia, co mógłby to zniszczyć. Bo tęsknota za straconą osobą w obcym kraju jest podwójna: za osobą i za ojczyzną. Jeśli zaś chodzi o kraj jaki by to miał być: błagam niech to będzie USA albo Kanada… żaden europejski, żadne zielone wyspy, bo nie dożyję ślubu z tym wybranym na pewno…

Kwestia ślubu. Ludzie ślubują sobie wierność, uczciwość i że nie opuszczą się aż do śmierci. Czy tak się da? To pytanie pozostawiam bez odpowiedzi. Oczywiście, każdy dorosły, odpowiedzialny facet/kobieta wie, czego w życiu chce i jeśli umie odpowiadać za siebie to powinno odpowiadać też za drugie, druga strona tak samo. Jeśli ktoś jest ze sobą długi czas, chce sformalizować związek i akurat polski ustawodawca da taką możliwość, to nie widziałbym przeciwwskazań. Życie na kocią łapę jest fajne, sformalizowane też jest fajne – bo nie ważne czy jest dokument czy go nie ma, to nie dla dokumentu ludzie są ze sobą. Ludzie są tylko dla siebie… bez względu czy mają uregulowaną sytuację prawną i obrączki czy nie, to tylko papier do sławojki – liczy się uczucie i odpowiedzialność i jałowy związek, jakby to posłanka Pawłowicz powiedziała.

Nie chcę Cię zanudzać i zaraz skończę, bym mógł zamknąć się w „dwóch stronach, a nie sześciu”. Narzucone przez Ciebie pytania, dały mi możliwość wyrażenia się w pewnej światopoglądowej dyskusji, która może się po tym tekście wytoczyć. Jednak czasami trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, ponieważ pytanie problemowe daje dopiero możliwość analizy problemu i jego rozwiązanie.

Mnie życie nie dopieściło, nie mogę znaleźć się w żadnej z podanych przez Ciebie sytuacji, wszystko to jest czystą teorią, ale teorią która pokrywa się z moim światopoglądem. Masz prawo się z nim nie zgodzić, ale musisz to uszanować, bo na tym polega kompromis.

Każdy tekst się kiedyś kończy, każdy związek z przyczyn naturalnych, czy nienaturalnych się kończy. Bo życie się powoli kąsa, kęsa i zjada… i pozostaje potem formalna pustka. Czasami wieczorami wracam do zdarzeń z przed lat i wyciągam wnioski, aby nigdy więcej ich nie powtórzyć. I dochodzę do wniosku: szkoda, że niektórzy odeszli bez słowa i nie da się tego wyjaśnić i naprawić, albo przynajmniej przeprosić. Najwyraźniej te osoby nie były nam pisane, najwyraźniej nie potrafiły wyjechać ze swoimi wartościami do jednego innego miejsca, udzielić odpowiedzi z kompromisem i stanowczością, a następnie zawiązać formalny pakt zgody. Takim paktem zgody jest związek, który jeśli jest silny, da odpowiedź na każde zadane przez Ciebie pytanie, na które odpowiedzi prawdziwej – może udzielić tylko życie…

Płomień przeszłości…

Zaczyna się listopad, wracają wspomnienia z przed roku i poprzednich lat, kiedy to pojawiali się nieodpowiedni ludzie w moim życiu. Ludzie obiecujący wiele, dający nadzieję, która była fałszywa i niewierna. Przyjaciele, kochankowie, którzy mieli być, ale zgaśli gdzieś w tłumie ubiegłych lat. Jednak ten płomień przeszłości, czasami się zapala, by udać się na chwilę refleksji…

Podobno w okresie jesienno-zimowym dochodzi do największej liczby samobójstw, zaś na wiosnę uruchamiają się „wariaci” którzy szukają wrażeń wychodząc z domu. Co prawda, przychodzą dni gorsze, że nie chce się żyć, jednak jestem na tyle silny, że potrafię zdławić je w zalążku. Na tyle silny, by się ich wyzbyć. Dzięki przeszłości, nauczyłem się walczyć o swoje życie. Pod koniec listopada ubiegłego roku, pojawił się w moim życiu Przemysław. Ci co czytają bloga w miarę regularnie, będą wiedzieli o kogo chodzi. Od niego zaczęła się przygoda z blogiem, ale też dla niego zacząłem szukać pomocy u psychologów. Jego nie ma, odszedł bez słowa i wyjaśnienia. Nie potrafił potem spojrzeć mi w twarz, bo był zwykłym „gimbusem po maturze, smażącym frytki w KFC”. Potem Mariusz, którego pozostawię bez komentarza, bo ludzi jego pokroju to komentować nie wypada, bo komentarz by się obraził.

Wiem, że moje podejście do ludzi i oceny ich przez pewien pryzma jest zły, jednak mówiąc krótko „mam to w dupie”. Zawsze sobie powtarzam, że tych ludzi nie zmienimy, możemy zmienić tylko siebie. To jest zrobić trudno, jednak łatwiej niż zmienić kogoś. Aczkolwiek brakuje mi może nie wobec nich, ale kilku osób odpowiedzi, dlaczego tak jest i tak się stało. Wspomnienia wracają w chwilach wieczornych, albo gdy zajdzie się w miejsca, które o kimś przypominają np. stacje metra, ulice, budynki, lokale czy instytucje. Przypominają o tych dobrych chwilach spędzonych razem i tych złych, kiedy to wracało się do domu, nie wiedząc czy dom się jeszcze ma.

Tak było, to uczy. Uczy cierpliwości wobec siebie, pozwala się umocnić i zmotywować się na tyle, by zmienić swoje życie. Oczywiście zmiana życia z kimś przy boku, kimś bliskim byłaby łatwiejsza, jednak moje życie napisane zostało w sposób inny: ludzie pojawiają się i znikają, nawet po nawiązaniu bliższych relacji. Wybrałem samotność, choć ponoć nie mam standaryzowanych zasad w tej kwestii. Pewnie gdy pojawi się ktoś nowy, ktoś komu będzie choć przez chwilę zależało, znowu wplątam się w coś dobrego lub mniej dobrego. I znowu dojdzie do rozstania i rozmyślania, dlaczego tak się stało, co jest we mnie takiego, czy to ja zawiniłem, czy oboje, czy ten ktoś?

Jedno wiem – historia zatoczyła koło, ostatni związek rozpadł się podobnie jak mój pierwszy: poszło po tylu latach o taką samą sprawę. Teraz albo historia się powtórzy i spotkam Radosława (bis), albo się zakończy. Z tymże z ostatnim rozstaniem się pogodziłem i zawsze ten kawałek czasu spędzonego razem, będę wspominał mimo wszystko w pozytywnych barwach, kolorowych barwach.

Kiedy splatamy dłonie, Ty w moich oczach toniesz…

Niespodziewanie spotkał kogoś, kto go pokochał i pomimo odległości jaka ich dzieli, spędzają ze sobą każdą wolną chwilę. Miłość jest czymś pięknym, bo każdy mniej lub więcej, potrzebuje być: kochany, doceniony i szanowany. Jedni wybierają miłość do człowieka, inni zaś miłość do szeroko rozumianego powołania. A jakie jest moje powołanie?

Otóż nikomu nie będę kochającym czułym szeptem, całą prawdą i grzechem, ponieważ moje powołanie nie jest przeznaczone do miłości człowieczej. Trudno jest zdiagnozować co jest przyczyną, że to ja lub inni ludzie odchodzą. Odchodzą i pomimo, że nasze dłonie były splecione, a w oczach widać było radość, która z czasem przeminęła. Przemija nieubłaganie jak otaczający nas świat i ludzie, których rano widzimy w metrze, a wieczorem mogą już nie żyć. Jak byli kochający przyjaciele, którzy de facto okazywali się gwoździem do dębowego garnituru. Jak niewierni mężczyźni, którzy widzieli tylko uciechy cielesne i masturbację na Twój widok ze spermą na brzuchu – uciekający wieczorami do lepszych kochanków z Bemowa. Jak Ci, którzy próbowali uzyskać wybaczenie, naprawić błędy i wciskać kit, że się zmienili. Następnie idąc narąbanym w trzy dupy do swojego socjalnego mieszkania w patologicznej dzielnicy. Czy też Ci, którzy oskarżali Cię, że piszesz „cześć” z podtekstem seksualnym i chcesz ich wyruchać jak sarnę na łące. Jak perwersyjny akapit, który zaraz się skończy. To wszystko przemija, bo przemijanie jest też częścią naszego życia, podczas którego czekamy, aż ktoś wniesie trochę słońca w jego monotonność.

Zastanawiam się na porzuceniem dotychczasowego życia. Wiem o tym, że to tylko ucieczka na krótką metę i nie warto rezygnować ze wszystkiego co się osiągnęło. Wiem jednak, że nie skończę studiów doktoranckich, ponieważ dokonałem złych wyborów na początku, których się cofnąć nie da. A które mogą rzutować na całość przewodu doktorskiego. Nie liczę na czyjeś wsparcie nie ze względu, że nie chcę – ze względu, że nie otrzymuje go od nikogo. Znajomi są ulotni, przyjaźnie nie istnieją, a rodzina doprowadza mnie do szału.  Jestem jak ta kobieta z dowcipu, co ją wszystko wkurwia. Dostała w ramach wizyty lekarskiej seks w gabinecie i krzyczała do lekarza „Panie doktorze, albo Pan wkładasz, albo wyjmujesz – bo mnie to wkurwia!”. Jestem wkurwiony, na postawy ludzi którzy są w nich tacy profesjonalni.

Jakie jest zatem moje powołanie się pytam? Do użalania się… Nie! Moje powołanie jest do intensywnego poznania i zdiagnozowania problemu przeszłości, która nie powinna wpływać na to co będzie i pomocy właśnie tym, którzy przeżyli podobną (mniejszą/większą) osobistą tragedię. I Ty znajdź swoje powołanie i napraw błędy przeszłości. Nie prosząc o wybaczenie dla siebie, tylko wybaczając im i zapominając o tym co złe, zostawiając co dobre. Tylko czy tak się da? No nie, bo oni dalej będą spuszczać się przy Tobie na brzuch… Jednak ludzi nie zmienimy, możemy zmienić jedynie siebie samego, a ich co najwyżej – powystrzelać! :)

Przekorny los…

Wydawać się mogło, że złapałem Stwórcę za nogi i uniosłem się w niebiosa. Jednak los jest przekorny, a upadek boli najbardziej. Nie mniej jednak każde zakończenie bez względu na jego wymiar, to szansa na coś nowego.

Dziękuję, nic nie mogę Ci więcej powiedzieć. Dziękuję za Toruń, dziękuję za każdy wieczór i poranek, który nigdy nie połączył się w jedno. Jednak tak będzie lepiej, dla nas obu.

Nie wiem dlaczego nie potrafię mimo osiągnięcia wielu sukcesów odnaleźć się w rzeczywistości, że nie potrafię walczyć i być silny na krytykę. Być silny na słowa, które nie są prawdziwie i tylko przez to ranią mnie ze wzmożoną siłą. Być może życie ma inne powołanie, inny wymiar, może trzeba żyć nie ciałem, a pamięcią? Tylko czy ktoś jeszcze pamięta…

Komentarz i przypadkowe spotkanie…

Mimo wszystko świat jest mały… Nie da się tak bowiem pozbyć wspomnień, ale też nie da się zapomnieć twarzy z przed kilku lat. Ponownie wracam do poprzednich tematów… Chciałbym się odnieść do komentarza, który został napisany przez jednego z czytelników mojego bloga. Pozwolicie, że odniosę się do niego na początku.

Proste to Twoje życie, ale czyż w ten sposób nie można być szczęśliwym? Można i to nawet bardziej, niż Ci, którzy szukają zawsze czegoś więcej. Zapraszam do mnie na mdaniel.blog.pl

Napisałem Tobie coś na maila. Twój wybór oczywiście, czy odpowiesz. Ja zapoznałem się z Twoim blogiem dość pobieżnie i szczerze mówiąc to co zobaczyłem, jest interesujące. Jednak żeby poznać człowieka trzeba nie tyle co przekartkować kilkanaście wpisów z kilku miesięcy, a zobaczyć jego całe życie. Tylko problem jest w tym, że człowieka nie da się przecież poznać na wylot.

Przechodząc jednak do Twojego pytania: Pewnie można być szczęśliwym… Tylko czym jest szczęście oparte na pieniądzach, wykształceniu i zwyczajnym HiLife, bez drugiej osoby? Faktem jest, że sobie darowałem za wszelką cenę szukanie kogoś i kreowaniu w sobie nadziei na leprze jutro z kimś wartościowym. Bo chyba nie ma już wartościowych facetów, co by mieli więcej do zaoferowania niż swoje 15-20 centymetrów. Oczywiście, to że ja sobie darowałem, nie oznacza tego, że nie chciałbym być z kimś. I tu właśnie muszę Cię zasmucić, ale nie da się być w ten sposób szczęśliwym, bo mimo wszystko każdy z nas choćby miał wszystko, będzie chciał mieć więcej.

Pamiętacie post dotyczący tajemniczego telefonu? Dziś ponownie jechałem tramwajem, tylko już nie spotkałem tych homoseksualistów, co poprzednio. Dziś spotkałem w tramwaju Pawła M. zobaczył mnie, powiedzieliśmy sobie cześć, podał mi rękę, jednak sam nie podszedł. Wstałem więc i podszedłem w jego stronę, ale kazał mi usiąść. Porozmawialiśmy chwilę, ale było to bardziej kurtuazyjne, niż spontaniczne i radosne, że po prawe 2 latach ponownie się widzimy!

Nie powiem, że się nie cieszę z tego spotkania. Nawet bardzo… trochę się zmienił, włosy dłuższe, przytył lekko. Wygląda dobrze, nie wiem jednak zbytnio co u niego i czy wszystko mu się powodzi w życiu (czy jest nadal z kimś, czy też sam). Przejechaliśmy kilka przystanków, bo wysiadałem pierwszy i na tym się nasza rozmowa skończyła.

Nikt nie zaproponował ponowienia spotkania, zapytacie dlaczego sam tego nie zrobiłem? Odpowiedź jest prosta… Postanowiłem, że kto ze starych znajomych, zechce wrócić i odnowić tą znajomość (z nielicznymi wyjątkami), to ma ku temu otwartą drogę. Kto nie chce, to może powiemy sobie cześć na ulicy, podamy sobie dłoń, jednak tylko tyle. Chwila rozmowy i każdy idzie żyć własnym, autonomicznym i zapewne mniej lub bardziej pięknym życiem…

Cieszę się, że Cię spotkałem i szkoda, że nie było jeszcze możliwości wyjaśnienia tego, co nas podzieliło, choć i tak tego nie przeczytasz.

Tajemniczy telefon…

Nie pisałem, bo po co? Próbuję walczyć sam ze sobą, walczyć o dalsze życie. Nie jest dobrze, znowu coś się dzieje z płucami. Znowu zbyt dużo płaczę i uciekam w wir pracy. Można powiedzieć, że awansowałem w dwóch firmach, ale po co mi pieniądze? 

Właśnie pieniądze… w piątek zadzwonił telefon – numer prywatny. Ze względu, że mój telefon jest jednocześnie telefonem służbowym, byłem obowiązany odebrać. Głos w słuchawce znajomy…

Zadzwonił i przedstawił się z imienia, nie wiedziałem kto, ale głos znajomy. Powiedział nazwisko i poprosił o numer konta bankowego i zapytał czy mam jego numer telefonu. Chodziło o zwrot pożyczonych 1,5 roku temu 100 złotych. Kiedy się rozłączył, byłem w szoku, łzy do oczu się cisnęły same, jechałem samochodem i myślałem, co się stało? Paweł co się stało? Dlaczego?

Oddał pieniądze, ale nie oddał znajomości. Szkoda… być może za kolejne 1,5 roku wyjaśni sprawę tej znajomości i dlaczego tak się stało, aby nie było zbyt późno.

Lek na uspokojenie i (…) 0,5 litra…

Czuję się co raz gorzej… jednak znalazłem sposób by wieczorem pozbyć się wspomnień: 2 x lek na uspokojenie i 250 gram wódki i świat staje się piękniejszy.

Nie potrafię sobie już pomóc… Chyba odwołam te wizyty u psychologa, bo to nie ma sensu. Straciłem wolę walki jak tracę wszystko. Nie mam nikogo, jetem beznadziejnym facetem pozbawionym chęci życia. Przez kogo tylko? No oczywiście, że przez siebie, bo nie potrafiłem i nie potrafię z tego wyjść. A to co było wcześniej to tylko dodatkowe środki, świadomie wpływające na moją decyzję.

Oni się bawią bez żadnych wyrzutów sumienia i bez żadnej możliwości kary… Ja natomiast cierpię każdego wieczora za to jak mnie potraktowano i to co ze mnie ŚWIADOMIE zrobiono. Stałem się śmieciem, którym można pomiatać, pozbawionym godności zwierzęciem! Nic… dziś wziąłem 3 x lek na uspokojenie, bo jutro z rana jadę samochodem. Nie piję tylko dlatego, by nie zrobić na drodze komuś krzywdy…

Cóż, będzie trzeba się znowu uśmiechać do ludzi, że niby wszystko jest okey, skoro nie jest.