Lek na uspokojenie i (…) 0,5 litra…

Czuję się co raz gorzej… jednak znalazłem sposób by wieczorem pozbyć się wspomnień: 2 x lek na uspokojenie i 250 gram wódki i świat staje się piękniejszy.

Nie potrafię sobie już pomóc… Chyba odwołam te wizyty u psychologa, bo to nie ma sensu. Straciłem wolę walki jak tracę wszystko. Nie mam nikogo, jetem beznadziejnym facetem pozbawionym chęci życia. Przez kogo tylko? No oczywiście, że przez siebie, bo nie potrafiłem i nie potrafię z tego wyjść. A to co było wcześniej to tylko dodatkowe środki, świadomie wpływające na moją decyzję.

Oni się bawią bez żadnych wyrzutów sumienia i bez żadnej możliwości kary… Ja natomiast cierpię każdego wieczora za to jak mnie potraktowano i to co ze mnie ŚWIADOMIE zrobiono. Stałem się śmieciem, którym można pomiatać, pozbawionym godności zwierzęciem! Nic… dziś wziąłem 3 x lek na uspokojenie, bo jutro z rana jadę samochodem. Nie piję tylko dlatego, by nie zrobić na drodze komuś krzywdy…

Cóż, będzie trzeba się znowu uśmiechać do ludzi, że niby wszystko jest okey, skoro nie jest.

Smutny weekend…

Kolejny smutny weekend, który potrwa aż do wtorku. Dziś już chce mi się płakać, wracają wspienienia i odwieczne pytanie, dlaczego?

Ponownie nie mogę odnaleźć odpowiedzi na to krótkie i proste pytanie. Dużo winy widzę w samym sobie – przez to jak wyglądam, jakie słabe kierunki studiów kończę i to, że nie jestem z super dzielnicy w hiper mieście. Niestety… najwięcej winy widzę w sobie. Telefon milczy od tygodnia, ktoś tam napisze od czasu do czasu, ale gdy zapyta co słuchać i słyszy odpowiedź – źle, to szybko zmyka. No tak, lepiej nie zajmować się czyimiś problemami tym bardziej, że się pomóc nie da…

Każdego dnia gdzie nie spojrzę, to znajduje w sobie lub w przedmiotach codziennego użytku, każdego który mnie zranił. Nie mogę już wytrzymać w chorym domu… od tego pierdolenia matki, które nawet teraz trwa. Chyba się napiję… idę.

Niemniej jednak – miłego weekendu szczęśliwi ludzie!
Gdy serce bić przestaje, szum wiatru, ptaków śpiew tylko pozostaje…

Wszystko jest już rozegrane, mają kogoś…

Zrobiłem sobie przerwę nie tylko od idiotów na gejowskich portalach, ale też od bloga. Jednak już wróciłem! Witajcie ponownie czytelnicy.

Mamy poniedziałek, rozpoczynam dzień wpisem na blogu. Zaraz też zaczynam zajęcia w nowym (ostatnim) semestrze moich studiów. Potem wylot raz na zawsze z tego regionu, który kojarzy mi się z jednym.
Niestety weekend minął mi niezbyt dobrze… Nie miałem do kogo się odezwać i pogadać dłużej, ani gdzie pojechać. Spędziłem go więc w domu w swoim pokoju pełnym złych wspomnień. Tłukłem się z myślami w kwestii „być czy nie być”. Uświadomiłem też sobie, jaki jestem do dupy, że nie nadaje się do otaczającego mnie świata. Inni realni czy też wirtualni ludzie są tacy zajebiści, nie to co ja… siedzący w domu zgnilak, który musi sam iść do teatru bo uważają go za czubka. Jednak z moim szczęściem, spektakl się pewnie nie odbędzie.

Wysłałem maila do firmy z którą od czasu do czasu współpracuje, może uda się mi w tym tygodniu wyrwać do Warszawy, choć opłacalność tego wyjazdu finansowo będzie kiepska. Jednak się przejadę by zobaczyć innych ludzi i utwierdzić się w przekonaniu jaki ze mnie „lipton” i „samsung” z którym nikt nie chce się widzieć, nawet jak mnie nie zna… i nie zna tego bloga i mojej przeszłości. Nawet już nikogo o spotkanie nie proszę bo po co? Skoro na dworze za zimno, albo pada deszcz…

W domu panuje dziwna atmosfera… Matka ciągle twierdzi, że mi się nic nie uda, że wszystko już jest rozegrane i nie ma sensu starać się o pewne stanowisko. No gdybym był nią, to pewnie bym tak zrobił. Jednak mimo tego, że już pozamiatali nasi włodarze wszystko, to popsuje im plany swoją osobą, a co mi szkodzi! Przecież mnie nie zamordują, a nawet jeśli – to spełnią życzenie wszystkich tych, co by chcieli to zrobić dawno i za razem moje. Dodatkowo wkurwia mnie jej pierdolenie na darmo… My nawet nie rozmawiamy normalnie, ciągle na siebie krzyczymy, a w szczególności przez telefon.

Cóż nowy semestr zapowiada się dobrze! Mało zajęć, znani wykładowcy i dużo wolnego czasu. Czasu do wypełnienia kimś lub czymś. Niestety z pracą dla studenta z Siedlec, nawet na pół etatu jest ciężko. A jak już coś jest to z założenia obserwatorów „ma się nie udać”. Chciałbym podjąć jakąś pracę na 1/2 etatu i popracować z ludźmi, bo na wypełnienie czasu kimś już nie liczę. Niestety się poddałem w kwestii szukania i spotkań jak wspomniałem wcześniej.

W tym tygodniu idę do psychologa po raz drugi. Ktoś stwierdził, że jak usłyszy to wszystko co się działo i co czuje, to psycholog sam popełni samobójstwo. Cóż… liczę, że nie! Może specjalista wskaże mi jak wyjść z tego co się wydarzyło, co zrobić by było lepiej. Bo chcę żyć, pracować, pomagać i po prostu kochać… Czy to tak wiele? Tym bardziej, że zebrałem ostatnio słuszny opierdol… Tak więc nowy tydzień DO DZIEŁA!

Doskwiera samotność…

Znowu zaczyna doskwierać mi samotność i pojawia się moja dręczycielka o imieniu przeszłość. Niestety poruszając się samochodem, słucham radia i słyszę codziennie piosenkę przypominającą mi pewną osobę, która mnie zraniła. Ewentualnie ktoś wysyła Snapchat’a ze swoim zdjęciem, by przypomnieć, że istnieje.

Pewnie nie trudno się domyślić jeśli czytasz tego bloga od początku – Przemysław & Mariusz – duet, który się nie zna, a potrafi identycznie ranić. Oczywiście wybaczyłem, ale nie zapomniałem.

Wczoraj nawiązała się bardzo krótka rozmowa pomiędzy mną i moim pierwszym chłopakiem. Jest to jedyna osoba z którą byłem oraz z którą raz na pół roku (nie od święta) rozmawiam. Był to spory czas temu, kiedy byliśmy razem i się rozstaliśmy. Dokładnie niebawem stuknie 4 lata od naszego rozstania. Przez ten okres raz spotkaliśmy się, a raz go minąłem na Nowym Świecie w Warszawie – nie zauważył mnie. Nasz związek trwał ok. pół roku, ale przestaliśmy się dogadywać i zwyczajnie powiedziałem, że to chyba niema sensu. Nie próbował mnie zatrzymać, wręcz odwrotnie – poszedł się myć, a ja zostałem „wolnym panem do wzięcia”. Po kilku tygodniach z kimś tam się na nowo związał.

Związek ten może nie był udany, ale Arnold poświęcał mi wiele czasu jako chłopak pomimo, że dzieliło nas sporo kilometrów. Nikt nigdy nie poświęcał mi tyle czasu co on. Nie oznacza to jednak, że był super – niestety w łóżku nie mogliśmy się dopasować, co więcej miałem potem wrażenie, że każde spotkanie musi kończyć się seksem. Zaczął mi pod koniec docinać, chodził po klubach gejowskich i dla kolegów „bo go prosili” zakładał gejowskie portale i dawał serduszka. O tym ostatnim poinformował mnie znajomy Radek. Odpuściłem i się rozstaliśmy. Pamiętam do dziś, jak w kinie powiedziałem, że gdy go stracę, to nie będę miał nikogo. Słowa okazały się prorocze dla mnie, a on jest w szczęśliwym związku od trzech lat.

Zapytał mnie, czy doskwiera mi samotność? Doskwiera i to bardzo… od 4 lat (z małymi przerwami) wracam do domu, siadam przed komputerem w pokoju, uruchamiam komputer i rozpoczyna się mój dramat życia. Jedynym źródłem kontaktu z nowym człowiekiem jest fellow.pl zaś znajomi ze studiów pojawiają się w chwili, gdy trzeba notatki lub jest jakiś problem. Komputer stał się moim przyjacielem, kochankiem i oknem na świat… Wyjdę na studia, czy popracować… Czasami z kimś się zobaczę tylko wtedy muszę czekać na kogoś po 20-30 minut lub powyżej godziny, bo co ja tam znaczę… Poczeka wieśniak sobie, prawda?

Na wszystkich czekałem, na wspomnianych wyżej panów też musiałem wiecznie czekać, bo się im nie śpieszyło, bo to była  „przygoda” w przypadku Przemka lub „próba, a może coś poczuje” u Mariusza.

Finalizując nie rozumiem po cholerę Mariusz wysłał mi swoje zdjęcie, skoro nie mam ochoty z nim rozmawiać po tym co się wydarzyło… Przecież już na pewno z kimś się tam widuje (Tinder czynił cuda) i ma swoje pocieszenie, podobnie jak Przemysław…

W załączniku wspomniana piosenka, która mi przypomina chwile piękne, których się nie zapomina przez to, że ostatecznie stały się cierpieniem.

Czy pamiętasz i jesteś szczęśliwy?

Łzy cisną się same do oczu, a serce krwawi przez to co się stało kiedyś… Trudno mi się z tym wszystkim pogodzić, ciężko jest mi zapomnieć. Jest taki dzień, kiedy czuję się bardzo dobrze, a dziś chciałbym umrzeć…

Wiem, że ciągłe umartwianie się i rozmyślanie o tym co było niczego nie zmieni. Ciągle myślę, zadając sobie pytanie: Czy są szczęśliwi i pamiętają? Pewnie tak! Na pewno są szczęśliwi. Ludzie którzy ranią uczucia innych są fałszywie szczęśliwi przez to, że mogli się zabawić i zapomnieć o takich osobach jaką przykładowo jestem ja…

Ponownie rozważam opcję odejścia z tego świata, bo nie widzę dalszego sensu życia. Na uczelni zaczynają zauważać, że coś jest nie tak. Wiele osób zaczyna planować zawarcie związku małżeńskiego. Na ulicy mijam pary zakochanych. W kawiarni osoby, które odnoszą się do siebie z taką życzliwością i uczuciem, którego nigdy nie zaznałem. Pijąc kawę i patrząc się ślepo przed siebie odczuwając psychiczny i fizyczny ból… ból który pojawia się też każdego dnia, każdego wieczora. Zapytacie dlaczego rozważam „wylogowanie się” z życia? Bo jaki jest sens życia w pojedynkę, czy nie lepiej żyć dla kogoś?

Chyba już się nie pozbieram, nie będę w stanie zaufać komukolwiek i z kimś być. Nie chcę znowu usłyszeć „nie zatruwaj nam życia” albo „muszę się zastanowić”. Nie chce znowu stać się marionetką do całowania, zabawką erotyczną do masturbacji. Czuję się obdarty  przez te pedalskie hieny z godności i szacunku do samego siebie… Jednak wybaczyłem wszystkim za wyjątkiem Radosława. Wybaczyłem, ale nie zapomnę… nigdy nie zapomnę!

Sensu walki nie ma … a może nie ma o co walczyć?

Wiele razy zdarza się nam walczyć. Walka powinna mieć przede wszystkim atrybut za który ponosimy jej ciężar. Czyli coś co jest warte wszelkiego wysiłki by to zdobyć lub osiągnąć. Bez tego atrybutu nie będzie ona miała sensu. Walczymy w imię swoje, kogoś lub w imię czegoś…

Ja walczę z samym sobą każdego dnia – walczę o to by żyć. Walczę z chorobą płuc. Walczę też o to by być szczęśliwym. I zastanawiam się czy wspomniany „atrybut” jest na tyle sensowny by walczyć?

W zależności od punktu widzenia można wyłożyć różnego rodzaju teorie sensu walki w podanych wyżej przypadkach. Jeśli chodzi o życie, to niektórym jest to na tyle istotna kwestia, że nie oddali by go nikomu. W moim przypadku jest inaczej, dla mnie chyba bardziej zależy na byciu szczęśliwym niż na samym życiu. Chodzi tutaj o szczęśliwe życie, a nie jak do tej pory nieszczęśliwe, które wynika z poznawania podłych ludzi. Poznawanie podłych ludzi, ciągnie się za mną jak wspomniana choroba płuc. Pojawia się ona jak ci ludzie od czasu do czasu. Przychodzi i próbuje udusić człowieka dławiąc go własnym kaszlem i powodując wymioty na sucho.

Choroba wraca… ale wracają też wspomnienia o podłych ludziach. Znowu w myślach pojawia się Przemysław, gdzieś tam przebiega Paweł… Ja tym chłopcom wybaczyłem… Nie czuję do nich już złości, ale nie zapomnę. Z perspektywy czasu, może chciałbym porozmawiać o tym co z nimi było, ale nie została mi dana taka szansa. Wiem jednak, że walka o nich, czy z nimi nie miałaby najmniejszego sensu, bo „atrybut” nie jest już na tyle cenny, tak jak próba wyjaśnienia niedokończonych spraw dla nich. Może nie dorośli?

Ruina mej duszy…

Kiedyś chciałem zrobić zdjęcia w ruinach… Nie potrzebuje już ruin! Mam ruinę w samym sobie… W niej będę wykonywał fotografie…

Przeszłość nie daje mi za wygraną i nie pozwala iść dalej. Czuję się wewnętrzne zburzony, zniszczony tym wszystkim co było. Może nie powinienem tak ciągle wspominać i pamiętać. Jednak zastanawia mnie jedno pytanie – dlaczego tak wyszło? Chciałbym wrócić do tamtych lat, kiedy nie byłem wyniszczony trafianiem na mało odpowiedzialne i dojrzałe osoby.

Dla większości gejowskiego środowiska jest bardzo łatwo powiedzieć „kocham cię” czy pocałować. Tak samo łatwo przychodzi im się rozstać lub powiedzieć „potrzebuje czasu”. Zawsze czekałem i nadal czekam na jakiś cud. Łatwo jest coś powiedzieć, bądź wykonywać jakieś czynności. Trudniej natomiast jest wziąć za słowa lub czyny pełną odpowiedzialność.

Jestem pełen podziwu w stosunku do osób, które mimo kilometrów jakie ich dzielą i barier do częstszego się spotykania są ze sobą po 5 lub więcej lat. Mimo kryzysów lub ostrych starć – takie osoby są ze sobą i trwają przy sobie. Niewątpliwie takie zachowanie to dojrzałość emocjonalna ale też odpowiedzialność.

Nie ma wyznacznika wiekowego jeśli chodzi o dojrzałość czy odpowiedzialność. Dojrzałość to nie jest data urodzenia odczytywana z perspektywy lat. Dojrzałość to stan umysłu. Jeśli ktoś jest dojrzały to bez problemu powinien poradzić sobie z odpowiedzialnością za swoje słowa i czyny. Często gdy patrzymy na osoby w wieku np. 20 lat twierdzimy – taki jeszcze nie jest dojrzały, ale ten który ma 40 lat to już na pewno jest. Niestety takie stereotypowe patrzenie na ludzi nie jest dobre. Bo 40-sto latek może mieć rozum 20-sto latka i odwrotnie…

Być dojrzałym, odpowiedzialnym i kochać – czy to tak wiele?

Zaufanie jako gwarancja dobrego samopoczucia

Bardzo wiele razy słyszymy od kogoś „zaufaj mi…”. Czym jest zaufanie?, I czy bez zaufania można zbudować związek?, Czy trudno jest zaufać? Dziś na te trzy pytania postaram się odpowiedzieć w tym artykule.

W poprzednim swoim wpisie poruszyłem temat biseksualistów. Jak pewnie pamiętacie – nie darzę takich osób zaufaniem. Bo na zaufanie trzeba sobie zapracować, zasłużyć i dać takie świadectwo, które będzie jego gwarantem. Zaufanie dla mnie jest tym, że wierzę w drugą osobę, że mnie nie opuści, nie zdradzi, nie okłamie i będzie wobec mnie szczera. Dla mnie właśnie chwila zbliżenia się z kimś w sposób seksualny jest wtedy gdy komuś całkowicie zaufam.

Niewątpliwie ciężko jest zbudować związek bez zaufania. Jednak by mieć zaufanie do drugiej osoby, potrzeba dużo czasu, którego jednoznacznie nie da się określić. Mogą być to dni, tygodnie, lata, a nawet całe życie. Bardzo jestem zdumiony osobami heteroseksualnymi, które wstępują w związek małżeński, bo to jest dowód zaufania. W świecie osób homoseksualnych ciężko jest zbudować stałą relację, bo wymaga ona wiele pracy i poświęceń.

Trudno jest zaufać… Jeszcze trudniej jest zaufać, jeśli ktoś to zaufanie kiedykolwiek naruszył. Przeszłość niewątpliwie odciska swoje pięto na przyszłości, jak też na zaufaniu do drugiej osoby. Zawsze pojawiają się wtedy pytania, które są bardzo męczące. Byłbym bardzo szczęśliwym człowiekiem, gdybym mógł komuś zaufać tak jak ufałem kilka lat temu…

„Bóg, Honor, Ojczyzna” – Część 1

Dziś chrześcijanie usiądą do wigilijnego stołu i będą oczekiwać na Bożego Narodzenie. Osobiście nie lubię świąt i chrześcijaninem się już nie poczuwam. Siadam do wigilijnego stołu ze względu na spokój, którego bym nie miał jakbym zrobił inaczej. Nie czuję magii świąt i mimo rodziny jestem w te dni bardzo samotny… Ostatnio zauważam, że większość obchodzi święta dla samej idei obchodzenia – i to jest bardzo smutne. 

Jaki jest mój stosunek do Boga zapytacie? To akurat jest bardzo ciekawe, ponieważ zaraz po liceum byłem namawiany przez matkę oraz sąsiada bym poszedł do seminarium duchownego, ponieważ wg nich byłbym dobrym księdzem. Tym bardziej, że ogólnie wtedy byłem osobą praktykującą, chodzącą do spowiedzi i przyjmującą sakramenty. Nie byłem wtedy również „splamiony homoseksualizmem”. Oddałbym swoje życie Bogu.

Myślałem nad tym poważnie i wiedziałem, że musiałbym zrezygnować z wielu rzeczy m.in. z poszukiwania szczęścia w miłości do drugiego człowieka. Pewnie gdybym podjął ten krok i poszedł do seminarium to moje życie by było całkowicie inne i latałbym w sukience po ulicy. Mimo to nie zdecydowałem się na pójście do seminarium, bo po prostu – nie te organy mi zagrały.

Stosunek do religii oraz Boga ulegał na przestrzeni lat ciągłym zmianom. Właściwie punktem kulminacyjnym wszystkiego był 8 marca 2012 roku – mój Coming Out… po którym stwierdziłem, że jako homoseksualista nie mogę być dobrym chrześcijaninem. Skoro nauka Kościoła potępia obcowanie płciowe pomiędzy mężczyznami to na mnie po prostu nie ma miejsca w tej nauce. Nie kwestionuję istnienia Boga, ale też go nie potwierdzam. Często leżąc w łóżku prosiłem go przez łzy, by mnie w końcu zabrał z tego świata – nie posłuchał…

Tym artykułem rozpoczynam cykl p.t. „Bóg, Honor, Ojczyzna” specjalnie na życzenie jednego z czytelników. Kolejne dwa artykuły pojawią się tuż po godz. 9:00 w ciągu kolejnych dwóch dni (25, 26 grudnia) – zachęcam do odwiedzin.

Wspomnienie o Przemysławie…

Możecie potraktować ten dzisiejszy tekst jako pewną publiczną przestrogę, ale tak nie jest. Od czasu do czasu, będę wspominał tutaj o osobach ważnych mojemu sercu. Dziś mija dokładnie miesiąc od chwili gdy wracałem ze spotkania z Przemkiem. Spotkanie to było pierwszym po prawie dwóch latach, kiedy wracałem do domu naprawdę szczęśliwy.

Pięknym uczuciem jest wracać do domu szczęśliwym, gdzie czujesz się nieszczęśliwy. Nie spodziewałem się, że ten chłopak z Fellow który wygląda jak szurnięty nastolatek okaże się przystojnym, inteligentnym, wrażliwym i dobrym mężczyzną budzącym zaufanie. Jednak pierwsze wrażenie zazwyczaj weryfikuje czas i często okazuje się ono mylne.

Podczas pierwszego spotkania dużo rozmawialiśmy przy kawie i podczas spaceru. Zauważył, że jestem całkowicie innym człowiekiem – nie takim sztywniakiem i flegmatykiem na jakiego wyglądam na profilu. Podczas spotkania pokazał mi jedno ciekawe miejsce, które znajduje się pod wiaduktem warszawskim. Opowiedział mi tam o swoim zainteresowaniu koleją oraz tym, że bardzo lubi oglądać przejeżdżające pociągi i może to robić godzinami. Ogólnie spędzanie z nim czasu tego dnia, było dla mnie bardzo przyjemne i nie zdążyliśmy się obejrzeć, a się ono zakończyło. Spotkanie to było dłuższe niż zakładaliśmy, pod koniec odwiozłem go do domu. Pamiętam, że gdy odjeżdżałem stał i przyglądał się jak mój samochód znika w oddali. Wcześniej gdy wysiadał, wyglądał jakby liczył na pocałunek.

Wieczorem tego samego dnia napisał mi wiadomość „że dałem mu dużo do myślenia”. Wtedy zacząłem podejrzewać, że coś już jest nie tak… z jednej strony poczułem zniesmaczenie, ale z drugiej… byłem całkiem zadowolony.

Po jakimś czasie podczas wymiany wiadomości napisał mi, że ma kogoś. Byłem dość zaskoczony! Stwierdził, że powinien mi powiedzieć to wcześniej. Zabolało jak cholera… bo od początku myślałem, że jest wolny. Tym bardziej, że zadał mi wcześniej pytanie kogo właściwie szukam. Przestałem do niego się odzywać i postanowiłem odwieźć mu do pracy to co mi dał w prezencie. Zostawiłbym to w kopercie z jego imieniem i nazwiskiem. Pamiętam, że bardzo szybko jechałem samochodem i dopiero w połowie drogi się popłakałem. Mimo to, wstąpiłem do znajomego by się poradzić. Był zaskoczony, że przyjechałem roztrzęsiony jakbym zobaczył ducha. Rozmowa z nim się przedłużyła i zacząłem otrzymywać wiadomości na telefon od Przemka, czy żyje, co się dzieje itd. Zaproponował, że jutro przyjedzie do mnie. Wiele nie myśląc powiedziałem, że jestem niedaleko i spotkajmy się zaraz pod Galerią. Wyszedłem od znajomego i udałem się na tamtejszy parking.

Rozmowa z nim była bardzo szczera, wyjaśniliśmy wiele rzeczy i powiedziałem o swoich problemach i prosiłem, że jeśli chce się tylko mną zabawić to lepiej niech sobie daruje, bo będzie miało to fatalne skutki. Poinformował mnie, że jest wolny, a wiadomość przysłana wcześniej to głupi żart. W ramach przeprosin dał mi jajko z niespodzianką, które mam do dziś (było to słodkie). Zostałem zapewniony też o jego dobrych intencjach w stosunku do mojej osoby. Wierząc w jego zapewnienia po prostu mu wybaczyłem i dałem drugą szansę. Mijały godziny, na dalszej rozmowie – zaczął mnie podrywać, co było bardzo fajnym uczuciem. Kiedy wybiła północ stwierdziłem, że czas się zbierać… jednak zachowałem się jak baran i pocałowałem go w policzek oraz się przytuliłem. Zrobiłem to, bo tego potrzebowałem. Od kilkudziesięciu miesięcy nie przytuliłem nikogo. I tak wtuleni, bez słów siedzieliśmy dobre kilkanaście minut, serce waliło jak durne, oddech przyśpieszył kilkukrotnie… Nagle w radiu puścili jakąś „romantyczną” piosenkę. Pocałował mnie w usta i to był najpiękniejszy pocałunek jaki do tej pory miałem choć całował chujowo… Rozstaliśmy się po drugiej w nocy i nie przeszkadzało nam, że jeden i drugi ma wstać za 4 godziny.

Podczas tej rozmowy prosił mnie, abym się ogarną. Zapisałem się dla niego do psychologa i byłem też na prywatnej wizycie w Warszawie. Tak… cierpię na depresję. Jest to okropna choroba, która wyniszcza człowieka, choroba o której już wspomniałem. On wpłynął na mnie jednego dnia bym podjął leczenie, gdzie wiele osób próbowało przez lata i im się nie udawało… Co prawda jej objawy pojawiają się i znikają. Mimo to walczę i staram się żyć normalnie, choć jest cholernie ciężko. Z prywatnych wizyt zrezygnowałem i obecnie się nie leczę, bo właściwie nie ma dla kogo. Spóźniłem się do psycholog i terapia została przerwana…

Przez kilka kolejnych dni było wszystko dobrze, mieliśmy dobry kontakt przez telefon. Spotykaliśmy się nawet – widywałem go w pracy – przychodząc z rana czy popołudniu. Często też w nocy jechałem w okolice Siedlec by posiedzieć w samochodzie i pogadać. Zdarzało się, że czekałem prawie godzinę na to aż się zjawi… Twierdził, że jechał z domu, aczkolwiek wcześniej mówił, że nie jest w domu i zaraz wyjeżdża. Nie chciałem się czepiać szczegółów, bo wiedziałem, że kłamie. Obiecywał tez kilka razy, że do mnie przyjdzie, ale ciągle zmieniał plany. Zasłaniał się przy tym pracą. Ja też pracuje, studiuje i rozumiem wszystko, ale zwyczajnie to nie praca była powodem braku spotkań, tylko brak chęci.

Pewnego dnia przestał mi odpisywać na wiadomości, nie odpowiedział nawet czy przyjedzie. Nie dawał znaku życia, choć pojawiał się na Fellow i Grindr. Byłem tak na niego zły, że zadzwoniłem z innego numeru którego nie znał. Odebrał był tak bardzo zdziwiony, że nawet nie widział kto mówi i o co chodzi – rozłączył się. Napisał, że przesadziłem i wysłał mi zdjęcie, że jest w pracy. Był w pracy, ale po pracy… bo już w kurtce do wyjścia, co oznacza, że nie planował przyjechać… a co najlepsze ponoć nie otrzymał SMS z pytaniem czy przyjadę. Choć wiedział, ze jest ze mną umówiony i czekam. Nie pisał nic przez kilka godzin, co mu się wcześniej nie zdarzało. Może nie powinienem tak robić i po prostu czekać, ale nie potrafiłem wytrzymać wciskania kitu, że przez 8 godzin nie mógł używać telefonu, ale z Fellow oraz Grindr korzystał w pracy aktywnie. Jest tu trochę mojej winy, nie powinienem dzwonić z innego numeru. Przyznaję się do błędu, braku zaufania i cierpliwości.

Przez kilka dni jego wiadomości to pojedyncze słowa - bo doskonale znał moje słabe strony. Jednak w końcu się umówiliśmy w celu wyjaśnienia zaistniałej sytuacji i dalszego sensu tej znajomości. Spóźnił się jak zwykle, ja czekając na niego kupiłem pluszowego miśka na prezent w ramach przeprosin. Poszliśmy na kawę do jednej kawiarni na obrzeżach centrum Siedlec. Podczas tego spotkania zapadło kilka istotnych kwestii – jedna z nich to dotycząca tego co robimy z tym co było. Oboje stwierdziliśmy, że nie ma sensu tego kończyć i przerywać, sam to zresztą powiedział jako pierwszy. Nawet powiedział, że mu zależy. Stwierdziłem skoro po takim kryzysie, w którym ja naprawdę ja zawiniłem chce to kontynuować, to teraz będzie tylko lepiej.

Niestety znajomość trwała po tym jeszcze dwa dni. Kiedy po tej rozmowę wrócił do domu, to nie miał ochoty ze mną pisać – wolał oglądać film i siedzieć na Fellow, bo ciągle był online.  Następnego dnia miał wolne i mi to napisał. Gdy zapytałem czy się spotkamy – nie uzyskałem odpowiedzi. Napisałem mu tylko, ze wracam do domu i do jutra. Nie odpisał nic przez cały dzień…

Ostatniego dnia gdy już faktycznie wiedziałem w sercu, że to wszystko nie ma sensu, chciałem się z nim spotkać, ponieważ miał wolny dzień i byliśmy umówieni. Byłem po wizycie u psycholog, co prawda to nie była jej rada, ale moja decyzja po dojściu do wniosku, że oddaje facetom tak dużo, że zapominam o sobie i swojej godności. Niestety jego „bardzo ważne” obowiązki nie pozwoliły mu odpisywać konkretnie na żadną wiadomości, nie powiedział czy będzie wolny o godz. 19:00… Dopiero po 21:00 napisał pytanie co robię… nie odnosząc się do tego, ze się nie spotkał. Nie otrzymał już ode mnie żadnej odpowiedzi, do dziś mu nie napisałem absolutnie nic.

Ostatnio mnie nawet minął, właściwie dwa razy mnie minął w Siedlcach. Podczas pierwszego spotkania po tym wszystkim gadał z jakiś pedałkiem, a podczas drugiego perfidnie przeszedł obok stolika przy którym siedziałem z kimś służbowo.

Zakończyłem tą znajomość bez słowa – czyli tak, jak nie nie lubię gdy ktoś robi to w stosunku do mnie. Nie dał mi jednak szansy na zakończenie jej w inny sposób. Zrobiłem to w bardzo nieelegancki i mało dojrzały sposób z własnej inicjatywy. Czułem wobec niego złość i zażenowanie, że się dałem nabrać kolejnemu idiocie. Tego dnia kiedy chciałem się z nim zobaczyć wieczorem po powrocie z Warszawy spotkałem koleżankę, która razem ze mną spotkała mojego byłego chłopaka. Pawła z którym po tym jak zerwałem kontakt – Przemysław się poznał doskonale wiedząc, że jest to mój były chłopak, który podobnie jak on mnie wykorzystał…

Żegnaj na zawsze Przemku, tego nie da się naprawić…
Żegnaj na zawsze, choć ciężko to zapomnieć…
Żegnaj na zawsze, bo chcę być szczęśliwy…
Żegnaj bo może pojawi się ktoś kto mi to wszystko da…
I dziękuję za kolejną nić do mojego ostatniego garnituru…