Hashtag przeszłość

Abonent chwilowo niedostępny… pojawia się w mojej głowie po raz kolejny. Z pytaniem, czy życie zatacza w tym momencie koło i pojawi się BisRadosław i reszta towarzystwa? Życie z tym ciężarem spraw, które nie zostały wyjaśnione, ciąży nadal. Może nie tak bardzo jak kiedyś, ale nadal pojawia się pytanie, dlaczego tak jest…

Nie potrafię skasować korespondencji z moją byłą przyjaciółką, nie potrafię zamazać śladów, starych i być może niepotrzebnych nikomu ludzi i znajomości. Trzymam to, jak tą pierwszą podarowaną przez Arniego książkę z dedykacją, której nigdy nie przeczytam lub inne rzeczy z których nigdy przez brak odwagi nie skorzystam, a z szacunku nie wyrzucę. Niedługo kupię pudełko w którym włożę tę książkę, jajko z niespodzianką, koszulę i inne otrzymane od ludzi rzeczy, by je schować w głęboko w szafie i pogrzebać, tak jak i mnie pogrzebią za jakiś czas w swoich myślach, albo już to zrobili.

W chwili obecnej wszystko mnie przerosło, zarówno życie, ale też studia i praca. Obawiam się, że na coś zachoruję, mam dziwne sny związane zarówno z obecną sytuacją polityczną w Polsce, ale też z życiem i tymi „znajomymi” co niby są, ale od kilku tygodni lub miesięcy nie odezwą się i nie zapytają jak żyjesz. Gdyby nie Facebook i moje polityczne wywody, których i tak nikt nie czyta, to ludzie by pomyśleli, że umarłem. Nie… nikt by nawet nie zauważył, że umarłem, bo i tak wszyscy mają mnie dość, ponieważ jestem osobą pozostającą w dozgonnym szacunku ustępującej PEK.

Może nieliczni, może matka, która wypytuje kiedy przyjadę. Może Ci zauważyli by, że mnie nie ma. Ale jak przyjadę do rodzinnego domu, to mnie wkurwi na dzień dobry. Zrobi super „miłe” powitane od kłótni, narzekania i tego, jak to jest jej źle. I znowu wrócę do swojego małego pokoju za siedemset pięćdziesiąt waluty szczęścia na warszawskim Mokotowie, bo przez 25 lat w tym domu było mi cholernie źle!

Co do snów… Śni mi się, że jestem aresztowany przez ABW albo służby porządkowe Prawa i Sprawiedliwości. Śni mi się, że ktoś atakuje mnie nożem na moim ulubionym Starym Mieście. Śni mi się, że uciekam przed napastnikami okrężną drogą i znajduję za trefnego przyjaciela starszą panią, która częstuje mnie pomidorem, jakim się następnie dławię. Czy też w śnie widzę prezerwatywy wyrzucone do kosza.

Sny bowiem mają swoją symbolikę: porzucone prezerwatywy do kosza w moim przypadku oznaczają, rezygnację… Tak rezygnację z osiągania przyjemności seksualnej (homoseksualnej). Ja już chyba tego nie potrafię, nie chcę, boję się i zaczyna mnie to przerastać. Dławiący mnie pomidor to znak, trefnych przyjaciół i znajomych, którzy dławią moją przyszłość, przez to, że nadal są w mojej głowie. I uciekam się do różnych rozwiązań, które skutków nie przynoszą. Co raz częściej pojawia się na mojej drodze krzyż i znaki, by może wrócić…. by może odnaleźć to miłosierdzie w Bogu. Jednak gdy popatrzę na to co się dzieje i to, że staliśmy się polami uprawnymi Watykanu, które za stolicę mają Toruń i Ojca Rydzyka jako wzór moralny – wkładam sobie dwa palce do gardła i zaczynam wymiotować, jak po tym pomidorze. Wymiotować na to wszystko, wymiotować swoim życiem na swoje życie.

Cóż więcej powiedzieć, boję się kolejnych dni, odbierania telefonów i tego co będzie dalej. Jednak staram się mimo wszystko nie poddać i naprostować to swoje pokręcone życie na tyle ile dam rady i na tyle ile to możliwe. Choć tęsknię, za tymi których szczerze kochałem: Renato, Radku i Pawle M. i S., tęsknie. Jednak tylko Renacie i M. wybaczam w swojej duszy i pozostaje wdzięczny, za resztą tylko tęsknię, ale nigdy nie wybaczę. Nie potrafię, przepraszam…

Przypomina mi się też Kamil, który także mimo, że próbowało się to lepić i naprawiać, odszedł – jemu też wybaczyłem, ale nie chcę aby już wracał. Bo chciałbym aby wszyscy bez wyjątku w ten piątek 13. ode mnie odeszli, tak jak potrafią najlepiej. Bo odejść, trzeba z klasą, a tego w większości brakowało…

Odchodźmy, ale pozostawmy do siebie, chociaż telefon w starym kalendarzu. By na łożu śmierci, dzwoniąc usłyszeć „Abonent chwilowo niedostępny” albo „Nie ma takiego numeru” i zasnąć niepogodzonym z przeszłością i niewyjaśnianą sprawą.

Płomień przeszłości…

Zaczyna się listopad, wracają wspomnienia z przed roku i poprzednich lat, kiedy to pojawiali się nieodpowiedni ludzie w moim życiu. Ludzie obiecujący wiele, dający nadzieję, która była fałszywa i niewierna. Przyjaciele, kochankowie, którzy mieli być, ale zgaśli gdzieś w tłumie ubiegłych lat. Jednak ten płomień przeszłości, czasami się zapala, by udać się na chwilę refleksji…

Podobno w okresie jesienno-zimowym dochodzi do największej liczby samobójstw, zaś na wiosnę uruchamiają się „wariaci” którzy szukają wrażeń wychodząc z domu. Co prawda, przychodzą dni gorsze, że nie chce się żyć, jednak jestem na tyle silny, że potrafię zdławić je w zalążku. Na tyle silny, by się ich wyzbyć. Dzięki przeszłości, nauczyłem się walczyć o swoje życie. Pod koniec listopada ubiegłego roku, pojawił się w moim życiu Przemysław. Ci co czytają bloga w miarę regularnie, będą wiedzieli o kogo chodzi. Od niego zaczęła się przygoda z blogiem, ale też dla niego zacząłem szukać pomocy u psychologów. Jego nie ma, odszedł bez słowa i wyjaśnienia. Nie potrafił potem spojrzeć mi w twarz, bo był zwykłym „gimbusem po maturze, smażącym frytki w KFC”. Potem Mariusz, którego pozostawię bez komentarza, bo ludzi jego pokroju to komentować nie wypada, bo komentarz by się obraził.

Wiem, że moje podejście do ludzi i oceny ich przez pewien pryzma jest zły, jednak mówiąc krótko „mam to w dupie”. Zawsze sobie powtarzam, że tych ludzi nie zmienimy, możemy zmienić tylko siebie. To jest zrobić trudno, jednak łatwiej niż zmienić kogoś. Aczkolwiek brakuje mi może nie wobec nich, ale kilku osób odpowiedzi, dlaczego tak jest i tak się stało. Wspomnienia wracają w chwilach wieczornych, albo gdy zajdzie się w miejsca, które o kimś przypominają np. stacje metra, ulice, budynki, lokale czy instytucje. Przypominają o tych dobrych chwilach spędzonych razem i tych złych, kiedy to wracało się do domu, nie wiedząc czy dom się jeszcze ma.

Tak było, to uczy. Uczy cierpliwości wobec siebie, pozwala się umocnić i zmotywować się na tyle, by zmienić swoje życie. Oczywiście zmiana życia z kimś przy boku, kimś bliskim byłaby łatwiejsza, jednak moje życie napisane zostało w sposób inny: ludzie pojawiają się i znikają, nawet po nawiązaniu bliższych relacji. Wybrałem samotność, choć ponoć nie mam standaryzowanych zasad w tej kwestii. Pewnie gdy pojawi się ktoś nowy, ktoś komu będzie choć przez chwilę zależało, znowu wplątam się w coś dobrego lub mniej dobrego. I znowu dojdzie do rozstania i rozmyślania, dlaczego tak się stało, co jest we mnie takiego, czy to ja zawiniłem, czy oboje, czy ten ktoś?

Jedno wiem – historia zatoczyła koło, ostatni związek rozpadł się podobnie jak mój pierwszy: poszło po tylu latach o taką samą sprawę. Teraz albo historia się powtórzy i spotkam Radosława (bis), albo się zakończy. Z tymże z ostatnim rozstaniem się pogodziłem i zawsze ten kawałek czasu spędzonego razem, będę wspominał mimo wszystko w pozytywnych barwach, kolorowych barwach.

Grzesznik pozbawiony godności…

Kim jesteś, kim chcesz być, za kogo siebie uważasz? Często zadaję sobie takie pytanie. Nie wiem kim chcę być i za kogo chciałbym siebie uważać. Wiem jedynie, że jestem grzesznikiem pozbawionym godności… a cała reszta nie ma sensu.

Zdaję sobie sprawę, że sam sobie robię krzywdę i zamknięty jak motyl w słoiku próbuję wydostać się ze swojego ciała, które stało się grobowcem mojej duszy. Płaczę bez łez, krzyczę bez dźwięku, smucę się uśmiechem – tak wyglądam każdego dnia. Nic z tej terapii u psychologa nie będzie… Co prawda celem jej stało się znalezienie wspólnych pierwiastków moich „partnerów”, „znajomych” i mnie samego – analogii, która się powtarzała się w każdej znajomości czy miłości. Chodzi tu o to, co najbardziej mnie niszczy czy niszczyło. Doszliśmy do omówienia (w wielkim skrócie) relacji Ja & Paweł S. i zostało stwierdzone, że to nie związki, a przyjaźń z Radkiem rozdarła mnie kawałki…

I tak tego nie przeczytasz… Jednak rozdarłeś mnie i nie mam Ci tego za złe. Pomogłem Ci, bo ufałem… dostałem od Ciebie jeszcze bardziej w dupę niż się spodziewałem.

Od kilku dni czuję jakbym był rozrywany przez coś od środka, jakbym zaraz miał wybuchnąć… Łatwo się denerwuje, jestem niezdarny, nie umiem zająć się niczym – nawet tym, by napisać coś na blogu. Straciłem zupełnie wątek…

Nie wiedzialem, czy wracać do domu…

Następnego dnia po ujawnieniu nie wiedziałem czy wracać do domu i czy w ogóle mam dom. Wynikało to z faktu, że właśnie o tej samej porze co dziś wyjeżdżałem do Warszawy. Odwiedzę więc Warszawę, ale nie Ursynów… Pomimo, że nie jadę do teatru, to jadę się przespacerować, by wspomnieć i ostatecznie się pożegnać z tą historią. Spędzę ten czas samotnie, bez nikogo – bo jak zwykle nie ma z kim, każdy „zajęty”.

Nie spałem tamtej nocy w ogóle, siedziałem przed komputerem na fejsie i myślałem, co będzie dalej. Rano tak jak byłem ubrany dzień wcześniej wyszedłem z domu i pojechałem do Stolicy. Zajechałem na miejsce po godz. 9:00. Pamiętam, że był to piątek i Radek mnie nie odebrał z PKP, bo jak wspomniałem byliśmy skłóceni. Kierowca jeszcze nie wypuścił mnie z autobusu na odpowiednim przystanku i musiałem wracać kawałek piechotą.

Musiałem poczekać chwilę przed budynkiem na Radka, który przyjechał ok. 10:00, bo tak byliśmy umówieni na miejscu. Przywitał się ze mną ozięble, weszliśmy do środka lokalu i zająłem miejsce przy grzejniku siedząc skulony. On oglądał filmy w Internecie i nie pytał co się dzieje. Dopiero po jakiejś godzinie poszedłem do niego i usiadłem na podłodze tuż za nim. Poprosiłem go by usiadł obok, by ze mną porozmawiał. Nie odwrócił się nawet do mnie, tylko powiedział, bym mówił. Poinformowałem, go że powiedziałem o sobie matce. Zareagował okrutnym śmiechem, po czym przepraszał za swoją reakcję. Tłumaczył, to że on tak ma. Przyszedł jego szef, zapytał co taka dziwna atmosfera panuje – odpowiedziałem, że miałem ciężką noc i wszystko jest w porządku. Szef zaraz się zmył, ja poszedłem na swoje miejsce tj. do grzejnika w innym pomieszczeniu.

Po jakimś czasie zauważyłem, że jego szef wraca i albo teraz albo nigdy… Poszedłem do Radka, przytuliłem i pocałowałem w jego zarośnięty policzek, mówiąc: „Przepraszam Ciebie przyjacielu, nie chcę Cię stracić…” i zacząłem panicznie płakać na jego ramieniu. Był zaskoczony, wręcz nie wiedział co ze sobą zrobić… powiedział tylko bym się uspokoił. Stwierdziłem, że to najprawdopodobniej jedno z ostatnich naszych spotkań i moja wizyta w tym miejscu.

Po tym zajściu musiałem się ogarnąć, więc wróciłem do grzejnika i czekałem tam, do czasu kiedy przyszła R. która zaczęła ze mną rozmawiać o tym co wydarzyło się wczoraj i potwierdziła drogą telefoniczną mojej matce, że jestem u niej. Opowiedziałem jej wszystko co się wydarzyło kilkanaście godzin wcześniej, popłakałem się tak jak i ona się popłakała i wpadliśmy sobie w ramiona. Najbardziej komiczną sytuacją było to, że jej mąż był tuż za ścianą. Podobna sytuacja z płaczem była gdy jej powiedziałem o sobie, oboje płakaliśmy i dopiero po kilkunastu minutach napisała SMS, że nie ważne czy jestem gejem – ważne jakim jestem człowiekiem i ona swojego stosunku do mnie nie zmieni. Mijały kolejne godziny i kiedy zostaliśmy we trójkę Radek zaczął się ze mnie nabijać, wspominając, że mówiłem o tym, że jest to moja ostatnia wizyta.

Wydawało się, że wszystko wraca do normy, ja już się uspokoiłem, aczkolwiek bałem się powrotu do domu. R. pojechała do sklepu zostaliśmy sami i oglądaliśmy filmy – nie rozmawialiśmy o tym co się stało w domu. Zaczął mi tylko pokazywać na Kumpello kogo poznał… i napisał komentarz pod moim wpisem po Coming Oucie, związanego z penisem czy czymś takim…

Potem wracaliśmy do domu on do swojego, ja do swojego. Odwieźliśmy go na Wilanowską, bo jak się okazało, ciotka do mnie jechała. Jej przyjazd dał więc dwa dni spokoju od rozmowy z matką. Następnego dnia tj. 10 marca 2012 roku ponownie miałem jechać do Warszawy i to już było ostatnie spotkanie z Radkiem… jednak o tym jutro… bo teraz czas do Warszawy….

„Mamo jestem gejem” – pokłosie 3 lat…

Dzień Kobiet – czyli dzień kiedy nigdy nie kupię kwiatów, dla tej której kocham. Bo jej nigdy nie będzie. Mamo – jestem gejem… powiedziałem do matki przez łzy siedząc na przeciwko niej przy stole. Nie mogła w to uwierzyć, nie pogodziła się do dziś…

Dokładnie 8 marca 2012 roku powiedziałem swojej matce kim jestem naprawdę. Chodziło to za mą od dłuższego czasu. R. (moja przyjaciółka) nie wierzyła, że powiem… Próbowałem się do niej wtedy dodzwonić bezskutecznie. Miała wyciszony telefon, a ja zapłakany dałem po rozmowie z matką wpis na Facebook’u „nic już nie będzie takie samo…” i wtedy uwierzyła w to co mówiłem.

Pamiętam ten dzień i kolejne dni tak dokładnie, że jestem w stanie je w całości opowiedzieć. Pamiętam jeden istotny element, którym było skłócenie z Radkiem – którego wtedy uważałem za przyjaciela, ale nim nie był…  Nie miałem wtedy nikogo, byłem sam… choć wiedziałem, że jutro czeka mnie widzenie z nimi…

Matka nie mogła przyjąć tej wiadomości… do dziś z tym się nie może pogodzić. Co prawda od lat nie rozmawiamy na ten temat i pokłosiem mojego wyjścia z szafy jest zwyczajne podejrzenie o to, że z kimś się spotykam i ciągłe sprawdzanie kiedy wrócę oraz gdzie jestem. Podobnie gdy ktoś zadzwoni przez telefon, zaraz pyta kto dzwonił, albo gdy komuś mówię „cześć” to pyta kim on jest…

Pamiętam do dziś jej niezadowolenie gdy zaczynałem studia na Politechnice, twierdziła „brzydki budynek” ale w sercu miała coś innego. Za to bardzo uradowana była, gdy wyprowadzałem się z Rembertowa….

Po trzech latach nie mogę stwierdzić, że żałuje. Z całą pewnością nie żałuje tego, że powiedziałem. Wynika to z faktu, że umrze świadoma, że jej najmłodszy syn ssie kutasy. Ktoś zapytał mnie kiedyś, jak się czuje z tym, że mam zakaz spotykania się w domu z chłopakiem? Jak sobie wyobrażam budowanie związku na tej zasadzie oraz jak odbieram fakt, że matka nigdy nie będzie chciała poznać mojego partnera?

Cóż… nie boli w każdym razie. Jestem osobą, która godzi się z tym czego oczekuje ode mnie drugi człowiek – mam odejść, odejdę. Mam zostać, zostanę… Tak jest również w tej sytuacji. Matka nie musi poznać nigdy mojego partnera. Zresztą na chwilę obecną jego nie mam i nie planuje mieć. Nie bez przyczyny usunąłem fellow, dla mnie nie ma faceta na tej planecie. Wszytko to jakieś cymbaliska z fiutkami zrobionymi z klocków lego… Tak więc budowanie związku nie jest możliwe z faktu zakazu spotykania się w domu. Po prostu wynika to z braku cementu do pustaka jakim ja jestem. Cement z połączeniu z pustakiem, którego się zaakceptuje – dalby możliwość wybudowania bezpiecznego domu o nazwie „związek”. Bo związek to bezpieczeństwo, to coś pięknego!

Oczywiście, ujawnienie się przed matką było tez częściowo ujawnieniem się przed szerszym gronem znajomych: Natalią, Marysia, Agatą, Dorotą… z każdym ujawnieniem się było łatwiej. Matka chciała mnie na początku zmienić. Pytała jaka jest przyjemność z brania do buzi, dawania dupy lub wkładania w dupę. Nie chciałem rozmawiać z nią na ten temat… Odesłałem ją do ojca by jej włożył w dupę i wtedy się dowie, bo ja po prostu nie wiem… jaka jest! Powiedziała wtedy, że będzie się za mnie modlić i pragnie bym poszedł do spowiedzi, bo może Bóg i ksiądz mi by pomógł. Tak… jeszcze by biedny doszedł w tej swojej budce z kratkami… W Boga wierzyłem, ale wtedy definitywnie odszedłem od Kościoła…

Dziś temat mojego homoseksualizmu, problemów i mnie samego jest tematem tabu. Nie rozmawiam z matką o niczym co dotyczy mnie samego, co dotyczy sfery psychologicznej. Nie rozmawiamy na temat tego czy jetem szczęśliwy i mojego homoseksualizmu.

Wiem jedno… nie pogodziła się i nigdy się z tym nie pogodzi. Jednak zmieniać mnie nie będzie… Mam nadzieję, że bycie homoseksualistą, co jest dla mnie czymś pięknym nie stworzy jej obrazu syna wiszącego na sznurku lub leżącego w trumnie. Bo mimo wszystko, jaka ona nie jest, to nie zasługuje na to by to zobaczyć (jak każda matka). Jednak chcieć to jedno… ale zrealizować to co się chce jest naprawę trudno. I choć nie chciałbym jeszcze odejść, to brakuje mi po prostu sił by walczyć.

Podlaska łezka w oku…

Kiedyś wspominałem o Bielsku Podlaskim. Dziś akurat tam się wybrałem. Kiedy wjeżdżałem do miasta położonego na Podlasiu – zakręciła mi się łezka w oku z powodu pięknej chwili spędzonej tam w 15 grudnia 2011 roku. Był kimś ważnym, ale już go nie ma…

Postanowiłem dziś podzielić się z Wami tym miastem pokazując niektóre miejsca wspomniane we wpisie z przed kilku tygodni. Dodatkowo odwiedziłem Cmentarz Żołnierzy Armii Radzieckiej i Mogiły Żołnierzy Wojska Polskiego.

20150204-BielskPodlaski(03)

20150204-BielskPodlaski(01)

20150204-BielskPodlaski(02)

20150204-BielskPodlaski(04)

20150204-BielskPodlaski(05)

Czy pamiętasz i jesteś szczęśliwy?

Łzy cisną się same do oczu, a serce krwawi przez to co się stało kiedyś… Trudno mi się z tym wszystkim pogodzić, ciężko jest mi zapomnieć. Jest taki dzień, kiedy czuję się bardzo dobrze, a dziś chciałbym umrzeć…

Wiem, że ciągłe umartwianie się i rozmyślanie o tym co było niczego nie zmieni. Ciągle myślę, zadając sobie pytanie: Czy są szczęśliwi i pamiętają? Pewnie tak! Na pewno są szczęśliwi. Ludzie którzy ranią uczucia innych są fałszywie szczęśliwi przez to, że mogli się zabawić i zapomnieć o takich osobach jaką przykładowo jestem ja…

Ponownie rozważam opcję odejścia z tego świata, bo nie widzę dalszego sensu życia. Na uczelni zaczynają zauważać, że coś jest nie tak. Wiele osób zaczyna planować zawarcie związku małżeńskiego. Na ulicy mijam pary zakochanych. W kawiarni osoby, które odnoszą się do siebie z taką życzliwością i uczuciem, którego nigdy nie zaznałem. Pijąc kawę i patrząc się ślepo przed siebie odczuwając psychiczny i fizyczny ból… ból który pojawia się też każdego dnia, każdego wieczora. Zapytacie dlaczego rozważam „wylogowanie się” z życia? Bo jaki jest sens życia w pojedynkę, czy nie lepiej żyć dla kogoś?

Chyba już się nie pozbieram, nie będę w stanie zaufać komukolwiek i z kimś być. Nie chcę znowu usłyszeć „nie zatruwaj nam życia” albo „muszę się zastanowić”. Nie chce znowu stać się marionetką do całowania, zabawką erotyczną do masturbacji. Czuję się obdarty  przez te pedalskie hieny z godności i szacunku do samego siebie… Jednak wybaczyłem wszystkim za wyjątkiem Radosława. Wybaczyłem, ale nie zapomnę… nigdy nie zapomnę!

Cisza po burzy…

Mija pierwsza doba od zakończenia przez mnie wspomnianej poprzednio relacji z Mariuszem. Boli cholernie, boli podobnie jak po każdym ważnym dla mnie człowieku. Będzie mi go brakowało… ale tak musiało być, tak będzie może lepiej…

Życie jednak tak chciało! Dałem mu wolną rękę i usłyszałem to co powinienem usłyszeć dużo wcześniej. Czyli, że nie czuł do mnie nic oraz, że nie ma to sensu. Byłem mamiony jedynie, że potrzebuje czasu by to wszystko ułożyć, a pocałunki i przytulanie się ma tylko pomóc. Jak mogłem na tyle być zaślepiony samotnością by tak na zawołanie się przytulić i całować nie znając człowieka zbyt długo? Jakiego wyniszczenia człowieka dokonał Przemysław, Paweł S., Łukasz czy Radek? Chyba nawet ja już nie znam odpowiedzi na te pytania. Tak jak te, jak oni się czują wieczorami i co robią….

W ostatnich słowach do Mariusza powiedziałem, że bez względu co będzie dalej i jeśli nawet zdecyduje się odejść z tego świata to niech nigdy siebie nie obwinia, bo to nie będzie jego wina. Nikt nie będzie winny, to będzie moja decyzja zakończenia mojej kariery życia… Będę wtedy szczęśliwy i naprawdę chciałbym tego szczęścia już jak najszybciej doznać, ale jeszcze jakaś głupia nadzieja mnie powstrzymuje… Bo na tym drugim świecie nie spotkam z nikim, bo dla mnie już tego świata nie ma. Podobnie jak satysfakcji z życia, studiów, zarobionych pieniędzy…

Najgorzej jest wieczorem i w nocy… Siedzę, przed komputerem, nie mam do kogo nawet zagadać, chyba już nikt nie chce ze mną rozmawiać o tym co było. Gdy szukam kogoś nowego to mimo wszystko ciężko jest znaleźć nowego rozmówcę, nawet nie mówiąc o tym co było. Najgorsze to być osamotnionym, bo samotność w sercu można jakoś jeszcze znieść.

Wspomnienie o Bielsku Podlaskim…

Prawosławni i część grekokatolików właśnie dziś 13 stycznia wita Nowy Rok. Kiedy tak oglądałem dzisiejsze wydanie wiadomości i pokazywali te piękne podlaskie miejscowości oraz to jak ludzie się bawią przypomniało mi się jedno miasto.

Bielsk Podlaski, który pozostał w moim sercu i pewnie w nim pozostanie. Park miejski, amfiteatr, niebieska cerkiew, basen, ratusz czy Restauracja Podlasianka to tylko niektóre rzeczy, które mi się z tym miastem kojarzą. Kojarzy mi się również z nim nieodwzajemniona miłość, a niegdyś przyjaźń do Radka. Może wam kiedyś o nim wspomnę, albo i nie… bo sprawa była na tyle bolesna, że nie chcę do niej może i wracać.

Przypomniały mi się jedzone z nim hot-dogi przy PKP w Bielsku Podlaskim oraz to, że będąca z nami moja nieświadoma wtedy mamusia nie wiedziała, że nie do końca znamy się z uczelni… udało mi się jej pozbyć na chwilę, byśmy mogli pobyć sami, pogadać i pospacerować po dość długiej rozłące jaką czas, ludzie i my sami sobie zafundowaliśmy.

Cóż… to były piękne czasy, takie beztroskie i szczęśliwe. Mimo, że dziś nie możemy dojść do porozumienia, że nie mam z nim już ochoty rozmawiać to wiem jedno – ten człowiek wzbudził we mnie tyle emocji i energii, że pozostał w mojej pamięci do dziś tak jak nikt inny… bo to jest prawdziwa platoniczna miłość…

Byście mogli chociaż trochę zobaczyć z tego co opisuje to zachęcam do przesłuchania teledysku Janusza Konopli do którego zdjęcia właśnie były częściowo nagrywane w Bielsku Podlaskim.

Całe nasze życie to walka ze sobą, arena dążenia do sukcesu…

Często zapominamy, że przy realizacji pewnych planów nie powinno się krzywdzić drugiego człowieka. Niestety dzisiejszy świat jest skonstruowany w ten sposób, że jeśli się komuś nie „dopierdoli” to się jest odstającym od pewnych zasad kosmitą.

Zostałem wykorzystany nie tyle co pod względem seksualnym (bo akurat od tego jestem ja*) ale pod względem uczuciowym, finansowym dość często. I jak się z tym czuję zapytacie… a jakbyście się czuli?

Nie rozumiem jak można wykorzystywać drugiego człowieka po to by osiągnąć mniejszy bądź większy sukces. Obiecuje się drugiej osobie wiele, a tak naprawdę są to tylko czcze obietnice podobne do tych, które będą nam najprawdopodobniej składać politycy w kolejnym roku wyborczym. Tylko, że obietnice polityków są mniej krzywdzące dla jednostki, niż obietnica jednostki względem jednostki.

Zawsze myślę, że każda nowo poznana osoba mnie nie wykorzysta – tak zakładam, aczkolwiek w pewnym stopniu jest ten margines niepewności wywołany przeszłością. Każde spotkanie z drugim człowiekiem jest to okazja, aby wymienić się pewnymi doświadczeniami. Spotkanie to próba zaczerpnięcia czegoś nowego w moim życiu, to próba przebaczenia i wybaczenia. To próba naprawy i żalu za to wszystko co się wydarzyło.

Gdy osiągamy swoje zaplanowane sukcesy i kiedy tak po prostu, bez nasycenia mamy wszystko, to nie mamy jednak poczucia satysfakcji. I gdy te poczucie braku satysfakcji jest tak duże to zostawiamy osoby, które nam albo pomogły albo były narzędziem w osiągnięciu sukcesu. Naprawdę boli usłyszeć pod koniec wszystkiego „Myślisz tylko o sobie, nie zatruwaj nam życia!”. Tylko ten ktoś zapomniał – że dzięki mnie mógł wyjechać z podlaskiej przygranicznej wsi. Dzięki mojej nocnej rekomendacji i rezygnacji! Nie mam zbytnio pretensji do tej osoby, niektórzy są intelektualnie upośledzeni po Czernobylu.

*Oczywiście jest to nieprawda.