Nowe szanse w nowym roku…

Niech będzie pochwalony… bo tak teraz powinniśmy się witać w chorej na brak poczucia humoru i demokracji Polsce. Dawno mnie nie było, więc pomijając to, co się wydarzyło ostatnio, pozostawmy za zasłoną kurtyny spektaklu, który się nie odbył. 

Z racji, że mamy już 2017 roku, napiszę coś od serca dla wszystkich. Moi drodzy, skończył się 2016 rok i i od 6 dni i kilku minut, jesteśmy w nowym 2017 roku. Pamiętajcie, że Nowy Rok to nowe szanse i możliwości. Życzę Wam by był on wspaniałym, pełnych nowych doświadczeń i wrażeń rokiem. Chciałbym także życzyć, by Polska w końcu podniosła się z kolan i wydostała z pod buta dobrej zmiany. Dziękuję także wszystkim dobrym ludziom i sukinsynom, bo bez Was mijający rok byłby nudny i smutny!

Mijający rok, był smutny ponieważ w ostatnich jego tygodniach odeszło wielu utalentowanych ludzi ze sceny muzyki światowej, ale takie jest życie. Rodzimy się i płaczem witamy ten świat, następnie umieramy i po nas płaczą. Śmierć, jest czymś naturalnym i odchodzimy w najmniej odpowiednim momencie. Umieramy śmiercią naturalna lub wywołaną chorobą, bądź katastrofą/wypadkiem. Jaka by ona nie była, jest końcem naszego życia. Jednak trzeba pamiętać, że mimo wszystko życie jest silniejsze od śmierci i do póki ktoś będzie o nas pamiętał, to będziemy żyli.

Wczoraj wyjrzałem przez okno na apartamentowiec, który jest przed nim. Zauważyłem kilka zapalonych świateł w mieszkaniach, które zazwyczaj są puste. Ludzie to jednak mają fajnie, siedzą w mieszkaniach i rozmawiają. Podobnie jak na Sylwestra, ludzie także spędzali go razem ze sobą… Smutno mi się zrobiło, że ja muszę od kilku dni w większości dni siedzieć sam w pokoju, myśląc nad sensem życia. Fakt, że tego sensu nie dostrzegam, ale próbuję nie zwariować i nic nie robię, bo co nie zrobię to nie wyjdzie. Jednak Nowy Rok, to nowe możliwości, które i tak nie wyjdą. Życie jest brutalne, choć podobno żyjemy w jednym z najlepszych światów na świecie.

Niepotrzebna mi, Twoja miłość i Ty… dość mam Twojej fałszywej miłości…

Maliniak z Bogdańca

Chyba dawno nic nie pisałem na blogu, jednak postanowiłem coś „skrobnąć dla potomnych”. Niestety nie opowiem Wam historii heroicznej walki z niedźwiedziem i tym, że ją wygrałem jak Zbyszko z Bogdańca. Nie miałem też wypadku na A4 i nie będę obchodził 4 kwietnia 2016 roku miesięcznicy z tej racji… kraj głupieje, a większość głosujących, sprzedała Rzeczpospolitą za 500 złotych na każde (drugie) dziecko, jednak trzeba jakoś żyć, choć nastawiam budzik na 5:30, by mnie nie musieli wyrywać ze snu o godzinie szóstej rano. Tym bardziej, że PiSland ma najprawdopodobniej dodatkowego senatora, jadącego na nazwisku ojca.

Ostatnio przeglądam profile na portalach branżowych i zastanawia mnie sens posiadania konta w takich miejscach. Niby z jednej strony nie jest to do niczego potrzebne, bo na twarzy siłowni nie ma. W związku z tym, nie znajdę nikogo na tyle przyziemnego co bym z nim, a on ze mną wytrzymał. Patrzeć codziennie na tą samą mordę, koszmar… Wszyscy to frajerzy, mówiący co innego, a robiący całkowicie co innego. Dodatkowo już we mnie wymarła chęć bycia z kimś, jestem za stary na randki i związki. Kiedyś ktoś stwierdził, że zobaczył pięknego chłopaka i się w nim zakochał. Jednak sobie zwalił i mu przeszło… Zastanawiam się, czy nie stosować takowej metody wobec siebie. Nevermind!

Ostatnio naszła mnie straszna ochota, a jak najdzie ochota to kaczor nawet głodną wyłomota… naszła mnie ochota na naleśniki, chodziła za mną chyba z miesiąc, jednak spełniłem swoją zachciankę i poszedłem na Puławską do kawiarni, kupując sobie dwa naleśniki z nutellą i bananem, niebo w gębie! Wspominałem też, że mam zamiar lecieć do Wrocławia jakiś czas temu. Oczywiście byłem, niestety samolot się nie rozbił, a ja przeżyłem. Ponoć zamach miał być, jednak nie trafili z dołu i jakoś doleciałem w obie strony!

Ryanair

Trzeba spełniać swoje marzenia i robić porządek w papierach, bo co innego nam w tej Polsce i w tym LGBTowskim świecie zostało? Albo robić lody, albo stać się lodem na wszelkie uczucia i cierpienie.

Kiedy splatamy dłonie, Ty w moich oczach toniesz…

Niespodziewanie spotkał kogoś, kto go pokochał i pomimo odległości jaka ich dzieli, spędzają ze sobą każdą wolną chwilę. Miłość jest czymś pięknym, bo każdy mniej lub więcej, potrzebuje być: kochany, doceniony i szanowany. Jedni wybierają miłość do człowieka, inni zaś miłość do szeroko rozumianego powołania. A jakie jest moje powołanie?

Otóż nikomu nie będę kochającym czułym szeptem, całą prawdą i grzechem, ponieważ moje powołanie nie jest przeznaczone do miłości człowieczej. Trudno jest zdiagnozować co jest przyczyną, że to ja lub inni ludzie odchodzą. Odchodzą i pomimo, że nasze dłonie były splecione, a w oczach widać było radość, która z czasem przeminęła. Przemija nieubłaganie jak otaczający nas świat i ludzie, których rano widzimy w metrze, a wieczorem mogą już nie żyć. Jak byli kochający przyjaciele, którzy de facto okazywali się gwoździem do dębowego garnituru. Jak niewierni mężczyźni, którzy widzieli tylko uciechy cielesne i masturbację na Twój widok ze spermą na brzuchu – uciekający wieczorami do lepszych kochanków z Bemowa. Jak Ci, którzy próbowali uzyskać wybaczenie, naprawić błędy i wciskać kit, że się zmienili. Następnie idąc narąbanym w trzy dupy do swojego socjalnego mieszkania w patologicznej dzielnicy. Czy też Ci, którzy oskarżali Cię, że piszesz „cześć” z podtekstem seksualnym i chcesz ich wyruchać jak sarnę na łące. Jak perwersyjny akapit, który zaraz się skończy. To wszystko przemija, bo przemijanie jest też częścią naszego życia, podczas którego czekamy, aż ktoś wniesie trochę słońca w jego monotonność.

Zastanawiam się na porzuceniem dotychczasowego życia. Wiem o tym, że to tylko ucieczka na krótką metę i nie warto rezygnować ze wszystkiego co się osiągnęło. Wiem jednak, że nie skończę studiów doktoranckich, ponieważ dokonałem złych wyborów na początku, których się cofnąć nie da. A które mogą rzutować na całość przewodu doktorskiego. Nie liczę na czyjeś wsparcie nie ze względu, że nie chcę – ze względu, że nie otrzymuje go od nikogo. Znajomi są ulotni, przyjaźnie nie istnieją, a rodzina doprowadza mnie do szału.  Jestem jak ta kobieta z dowcipu, co ją wszystko wkurwia. Dostała w ramach wizyty lekarskiej seks w gabinecie i krzyczała do lekarza „Panie doktorze, albo Pan wkładasz, albo wyjmujesz – bo mnie to wkurwia!”. Jestem wkurwiony, na postawy ludzi którzy są w nich tacy profesjonalni.

Jakie jest zatem moje powołanie się pytam? Do użalania się… Nie! Moje powołanie jest do intensywnego poznania i zdiagnozowania problemu przeszłości, która nie powinna wpływać na to co będzie i pomocy właśnie tym, którzy przeżyli podobną (mniejszą/większą) osobistą tragedię. I Ty znajdź swoje powołanie i napraw błędy przeszłości. Nie prosząc o wybaczenie dla siebie, tylko wybaczając im i zapominając o tym co złe, zostawiając co dobre. Tylko czy tak się da? No nie, bo oni dalej będą spuszczać się przy Tobie na brzuch… Jednak ludzi nie zmienimy, możemy zmienić jedynie siebie samego, a ich co najwyżej – powystrzelać! :)

Komentarz i przypadkowe spotkanie…

Mimo wszystko świat jest mały… Nie da się tak bowiem pozbyć wspomnień, ale też nie da się zapomnieć twarzy z przed kilku lat. Ponownie wracam do poprzednich tematów… Chciałbym się odnieść do komentarza, który został napisany przez jednego z czytelników mojego bloga. Pozwolicie, że odniosę się do niego na początku.

Proste to Twoje życie, ale czyż w ten sposób nie można być szczęśliwym? Można i to nawet bardziej, niż Ci, którzy szukają zawsze czegoś więcej. Zapraszam do mnie na mdaniel.blog.pl

Napisałem Tobie coś na maila. Twój wybór oczywiście, czy odpowiesz. Ja zapoznałem się z Twoim blogiem dość pobieżnie i szczerze mówiąc to co zobaczyłem, jest interesujące. Jednak żeby poznać człowieka trzeba nie tyle co przekartkować kilkanaście wpisów z kilku miesięcy, a zobaczyć jego całe życie. Tylko problem jest w tym, że człowieka nie da się przecież poznać na wylot.

Przechodząc jednak do Twojego pytania: Pewnie można być szczęśliwym… Tylko czym jest szczęście oparte na pieniądzach, wykształceniu i zwyczajnym HiLife, bez drugiej osoby? Faktem jest, że sobie darowałem za wszelką cenę szukanie kogoś i kreowaniu w sobie nadziei na leprze jutro z kimś wartościowym. Bo chyba nie ma już wartościowych facetów, co by mieli więcej do zaoferowania niż swoje 15-20 centymetrów. Oczywiście, to że ja sobie darowałem, nie oznacza tego, że nie chciałbym być z kimś. I tu właśnie muszę Cię zasmucić, ale nie da się być w ten sposób szczęśliwym, bo mimo wszystko każdy z nas choćby miał wszystko, będzie chciał mieć więcej.

Pamiętacie post dotyczący tajemniczego telefonu? Dziś ponownie jechałem tramwajem, tylko już nie spotkałem tych homoseksualistów, co poprzednio. Dziś spotkałem w tramwaju Pawła M. zobaczył mnie, powiedzieliśmy sobie cześć, podał mi rękę, jednak sam nie podszedł. Wstałem więc i podszedłem w jego stronę, ale kazał mi usiąść. Porozmawialiśmy chwilę, ale było to bardziej kurtuazyjne, niż spontaniczne i radosne, że po prawe 2 latach ponownie się widzimy!

Nie powiem, że się nie cieszę z tego spotkania. Nawet bardzo… trochę się zmienił, włosy dłuższe, przytył lekko. Wygląda dobrze, nie wiem jednak zbytnio co u niego i czy wszystko mu się powodzi w życiu (czy jest nadal z kimś, czy też sam). Przejechaliśmy kilka przystanków, bo wysiadałem pierwszy i na tym się nasza rozmowa skończyła.

Nikt nie zaproponował ponowienia spotkania, zapytacie dlaczego sam tego nie zrobiłem? Odpowiedź jest prosta… Postanowiłem, że kto ze starych znajomych, zechce wrócić i odnowić tą znajomość (z nielicznymi wyjątkami), to ma ku temu otwartą drogę. Kto nie chce, to może powiemy sobie cześć na ulicy, podamy sobie dłoń, jednak tylko tyle. Chwila rozmowy i każdy idzie żyć własnym, autonomicznym i zapewne mniej lub bardziej pięknym życiem…

Cieszę się, że Cię spotkałem i szkoda, że nie było jeszcze możliwości wyjaśnienia tego, co nas podzieliło, choć i tak tego nie przeczytasz.

Żyję, mam się dobrze! (chyba)

Hej!

Żyję i mam się dobrze… naprawiam swoje życie. Co u mnie się działo po tak długiej nieobecności tutaj na blogu? Tak krótko Wam opowiem, co u mnie się stało i dzieje.

  • Na początku lipca skończyłem studia w Siedlcach, w związku z tym jestem podwójnym magistrem.
  • Przeprowadziłem się w nowe miejsce (Warszawa – Mokotów), nienawidzę tej dzielnicy, dlatego zamierzam jechać dalej, może Wrocław, może Szczecin? W gruncie rzeczy, gdziekolwiek byle było nadal dobrze.
  • Założyłem Facebook’a i nie będę go kasował, skasuje tylko znajomych (tych niepotrzebnych). Nie znajdziecie mnie, jestem tam ukryty tak, że się zwyczajnie nie da!
  • Zapisałem się do Klubu Fitness Pure, bo czas zrobić z masy rzeźbę, zobaczymy jak będzie, jeszcze dietę by się przydało zastosować.

Właściwie zastanawiam się nad studiami doktoranckimi, bo chyba tylko to mi wychodzi. Zwyczajnie, nikt się nie chce ze mną widzieć, a więc… więc pracuje i marzę o kolejnych studiach. O miłości czy marzę? Nie… darowałem sobie miłość, związki i seks. To nie dla mnie.

Dziś na przystanku Metro Wilanowska 15, siedziało dwóch chłopaków. Mój pedo-radar zadziałał, jakoś mnie tknęło, że to homoseksualiści. No i miałem rację, bo jechaliśmy tym samym autobusem i się pocałowali, myśląc o tym, że nikt ich nie widzi. Ale zawodowy obserwator, widzi więcej niż inni. Jedynie nie pasowali do siebie wyglądem. Jednak, cudowny widok! Co prawda, zmarnował mi trochę dzień, bo zrobiło mi się smutno, ale z drugiej strony, darzą siebie pięknym uczuciem, które jest nie do kupienia i które jest nieosiągalne.

Życzę wam miłego weekendu, niebawem się odezwę. Myślę o Was każdego dnia!

Najpierw zrobię Panu loda….

Musiałem wyjechać służbowo do Warszawy – rozpoczynam właśnie prace na wyższym niż dotąd stanowisku. W przyszłym tygodniu czeka mnie dwa szkolenia i powinienem już dostać wyższe uprawnienia. Ogólnie dzień zaliczam do udanych!

Byłem na Targówku, praktycznie przy samych Markach, ale miałem uciech niesamowity, gdy poszedłem chwilę odpocząć i rozpisać notatki do jednej kawiarni, gdzie podają lody, kawy i soki. Standardowo zamówiłem Latte i jakiś drobny deser. No i Pani trochę nie przemyślała tego co powiedziała, gdy usłyszała mój śmiech. Nie mogłem się powstrzymać…

„To możne najpierw zrobię Panu loda, a potem kawę…. Jakby to głupio nie brzmiało.”

Miałem bekę przez cały dzień z tego co powiedziała. Zresztą ona też zaczęła się śmiać. Jednak wie co dobre – najpierw loda, a potem w kawowe oczko. Widać doświadczona lodziara! Jednak Pani była bardzo sympatyczna. ;-)

PrzymakGrycana

Przyjacielska przysługa i możliwość awansu…

Trochę wolnego i jutro wracam na uczelnie. Cieszę się z tego powodu, ponieważ wyjdę do ludzi. W piątek znowu kierunek – Warszawa i zlecenie na Targówku. Jestem po wstępnym egzaminie, który ma być potwierdzeniem w awansie oraz po przyjacielskiej przysłudze.

Przyjacielska przysługa, którą otrzymałem nie jest czymś miłym. Była ona dla mnie dużym zaskoczeniem, że ktoś kogo przed laty ceniłem i nigdy nie nazwałem „przyjacielem” wbija mi przysłowiowy „nóż w plecy”. Cóż, znałem Ciebie tyle lat, a dziś i Ty przeciwko mnie… Okazuje się więc, że wszystko zostało definitywnie skończone. Stara dobra paczka rozpadła się ponad rok temu… Nie mniej jednak, nadal Ciebie cenię i życzę Ci szczęścia na Dalekim Wschodzie! To piosenka dla Ciebie:

Testy trwały ponad godzinę, jedno zadanie poszło mi bardzo kiepsko, ale czekam na wyniki do końca tygodnia… wtedy okaże się, czy dostanę większe uprawnienia i nowe obowiązki niż dotychczas. Praca może finansowo nie jest jakoś dużo płatna, ale to furtka do dalszego rozwoju, albo zdobycia nowego doświadczenia, które wykorzystam w przyszłości.

Dziś zebrała się też komisja i otrzymałem protokół potwierdzający wszystko w pewnej sprawie. Teraz dokumenty trafią na biurko sędziego i w maju zostanie wszystko ostatecznie rozliczone. Cóż pozostaje trzymać kciuki...

Nie wiedzialem, czy wracać do domu…

Następnego dnia po ujawnieniu nie wiedziałem czy wracać do domu i czy w ogóle mam dom. Wynikało to z faktu, że właśnie o tej samej porze co dziś wyjeżdżałem do Warszawy. Odwiedzę więc Warszawę, ale nie Ursynów… Pomimo, że nie jadę do teatru, to jadę się przespacerować, by wspomnieć i ostatecznie się pożegnać z tą historią. Spędzę ten czas samotnie, bez nikogo – bo jak zwykle nie ma z kim, każdy „zajęty”.

Nie spałem tamtej nocy w ogóle, siedziałem przed komputerem na fejsie i myślałem, co będzie dalej. Rano tak jak byłem ubrany dzień wcześniej wyszedłem z domu i pojechałem do Stolicy. Zajechałem na miejsce po godz. 9:00. Pamiętam, że był to piątek i Radek mnie nie odebrał z PKP, bo jak wspomniałem byliśmy skłóceni. Kierowca jeszcze nie wypuścił mnie z autobusu na odpowiednim przystanku i musiałem wracać kawałek piechotą.

Musiałem poczekać chwilę przed budynkiem na Radka, który przyjechał ok. 10:00, bo tak byliśmy umówieni na miejscu. Przywitał się ze mną ozięble, weszliśmy do środka lokalu i zająłem miejsce przy grzejniku siedząc skulony. On oglądał filmy w Internecie i nie pytał co się dzieje. Dopiero po jakiejś godzinie poszedłem do niego i usiadłem na podłodze tuż za nim. Poprosiłem go by usiadł obok, by ze mną porozmawiał. Nie odwrócił się nawet do mnie, tylko powiedział, bym mówił. Poinformowałem, go że powiedziałem o sobie matce. Zareagował okrutnym śmiechem, po czym przepraszał za swoją reakcję. Tłumaczył, to że on tak ma. Przyszedł jego szef, zapytał co taka dziwna atmosfera panuje – odpowiedziałem, że miałem ciężką noc i wszystko jest w porządku. Szef zaraz się zmył, ja poszedłem na swoje miejsce tj. do grzejnika w innym pomieszczeniu.

Po jakimś czasie zauważyłem, że jego szef wraca i albo teraz albo nigdy… Poszedłem do Radka, przytuliłem i pocałowałem w jego zarośnięty policzek, mówiąc: „Przepraszam Ciebie przyjacielu, nie chcę Cię stracić…” i zacząłem panicznie płakać na jego ramieniu. Był zaskoczony, wręcz nie wiedział co ze sobą zrobić… powiedział tylko bym się uspokoił. Stwierdziłem, że to najprawdopodobniej jedno z ostatnich naszych spotkań i moja wizyta w tym miejscu.

Po tym zajściu musiałem się ogarnąć, więc wróciłem do grzejnika i czekałem tam, do czasu kiedy przyszła R. która zaczęła ze mną rozmawiać o tym co wydarzyło się wczoraj i potwierdziła drogą telefoniczną mojej matce, że jestem u niej. Opowiedziałem jej wszystko co się wydarzyło kilkanaście godzin wcześniej, popłakałem się tak jak i ona się popłakała i wpadliśmy sobie w ramiona. Najbardziej komiczną sytuacją było to, że jej mąż był tuż za ścianą. Podobna sytuacja z płaczem była gdy jej powiedziałem o sobie, oboje płakaliśmy i dopiero po kilkunastu minutach napisała SMS, że nie ważne czy jestem gejem – ważne jakim jestem człowiekiem i ona swojego stosunku do mnie nie zmieni. Mijały kolejne godziny i kiedy zostaliśmy we trójkę Radek zaczął się ze mnie nabijać, wspominając, że mówiłem o tym, że jest to moja ostatnia wizyta.

Wydawało się, że wszystko wraca do normy, ja już się uspokoiłem, aczkolwiek bałem się powrotu do domu. R. pojechała do sklepu zostaliśmy sami i oglądaliśmy filmy – nie rozmawialiśmy o tym co się stało w domu. Zaczął mi tylko pokazywać na Kumpello kogo poznał… i napisał komentarz pod moim wpisem po Coming Oucie, związanego z penisem czy czymś takim…

Potem wracaliśmy do domu on do swojego, ja do swojego. Odwieźliśmy go na Wilanowską, bo jak się okazało, ciotka do mnie jechała. Jej przyjazd dał więc dwa dni spokoju od rozmowy z matką. Następnego dnia tj. 10 marca 2012 roku ponownie miałem jechać do Warszawy i to już było ostatnie spotkanie z Radkiem… jednak o tym jutro… bo teraz czas do Warszawy….

„Mamo jestem gejem” – pokłosie 3 lat…

Dzień Kobiet – czyli dzień kiedy nigdy nie kupię kwiatów, dla tej której kocham. Bo jej nigdy nie będzie. Mamo – jestem gejem… powiedziałem do matki przez łzy siedząc na przeciwko niej przy stole. Nie mogła w to uwierzyć, nie pogodziła się do dziś…

Dokładnie 8 marca 2012 roku powiedziałem swojej matce kim jestem naprawdę. Chodziło to za mą od dłuższego czasu. R. (moja przyjaciółka) nie wierzyła, że powiem… Próbowałem się do niej wtedy dodzwonić bezskutecznie. Miała wyciszony telefon, a ja zapłakany dałem po rozmowie z matką wpis na Facebook’u „nic już nie będzie takie samo…” i wtedy uwierzyła w to co mówiłem.

Pamiętam ten dzień i kolejne dni tak dokładnie, że jestem w stanie je w całości opowiedzieć. Pamiętam jeden istotny element, którym było skłócenie z Radkiem – którego wtedy uważałem za przyjaciela, ale nim nie był…  Nie miałem wtedy nikogo, byłem sam… choć wiedziałem, że jutro czeka mnie widzenie z nimi…

Matka nie mogła przyjąć tej wiadomości… do dziś z tym się nie może pogodzić. Co prawda od lat nie rozmawiamy na ten temat i pokłosiem mojego wyjścia z szafy jest zwyczajne podejrzenie o to, że z kimś się spotykam i ciągłe sprawdzanie kiedy wrócę oraz gdzie jestem. Podobnie gdy ktoś zadzwoni przez telefon, zaraz pyta kto dzwonił, albo gdy komuś mówię „cześć” to pyta kim on jest…

Pamiętam do dziś jej niezadowolenie gdy zaczynałem studia na Politechnice, twierdziła „brzydki budynek” ale w sercu miała coś innego. Za to bardzo uradowana była, gdy wyprowadzałem się z Rembertowa….

Po trzech latach nie mogę stwierdzić, że żałuje. Z całą pewnością nie żałuje tego, że powiedziałem. Wynika to z faktu, że umrze świadoma, że jej najmłodszy syn ssie kutasy. Ktoś zapytał mnie kiedyś, jak się czuje z tym, że mam zakaz spotykania się w domu z chłopakiem? Jak sobie wyobrażam budowanie związku na tej zasadzie oraz jak odbieram fakt, że matka nigdy nie będzie chciała poznać mojego partnera?

Cóż… nie boli w każdym razie. Jestem osobą, która godzi się z tym czego oczekuje ode mnie drugi człowiek – mam odejść, odejdę. Mam zostać, zostanę… Tak jest również w tej sytuacji. Matka nie musi poznać nigdy mojego partnera. Zresztą na chwilę obecną jego nie mam i nie planuje mieć. Nie bez przyczyny usunąłem fellow, dla mnie nie ma faceta na tej planecie. Wszytko to jakieś cymbaliska z fiutkami zrobionymi z klocków lego… Tak więc budowanie związku nie jest możliwe z faktu zakazu spotykania się w domu. Po prostu wynika to z braku cementu do pustaka jakim ja jestem. Cement z połączeniu z pustakiem, którego się zaakceptuje – dalby możliwość wybudowania bezpiecznego domu o nazwie „związek”. Bo związek to bezpieczeństwo, to coś pięknego!

Oczywiście, ujawnienie się przed matką było tez częściowo ujawnieniem się przed szerszym gronem znajomych: Natalią, Marysia, Agatą, Dorotą… z każdym ujawnieniem się było łatwiej. Matka chciała mnie na początku zmienić. Pytała jaka jest przyjemność z brania do buzi, dawania dupy lub wkładania w dupę. Nie chciałem rozmawiać z nią na ten temat… Odesłałem ją do ojca by jej włożył w dupę i wtedy się dowie, bo ja po prostu nie wiem… jaka jest! Powiedziała wtedy, że będzie się za mnie modlić i pragnie bym poszedł do spowiedzi, bo może Bóg i ksiądz mi by pomógł. Tak… jeszcze by biedny doszedł w tej swojej budce z kratkami… W Boga wierzyłem, ale wtedy definitywnie odszedłem od Kościoła…

Dziś temat mojego homoseksualizmu, problemów i mnie samego jest tematem tabu. Nie rozmawiam z matką o niczym co dotyczy mnie samego, co dotyczy sfery psychologicznej. Nie rozmawiamy na temat tego czy jetem szczęśliwy i mojego homoseksualizmu.

Wiem jedno… nie pogodziła się i nigdy się z tym nie pogodzi. Jednak zmieniać mnie nie będzie… Mam nadzieję, że bycie homoseksualistą, co jest dla mnie czymś pięknym nie stworzy jej obrazu syna wiszącego na sznurku lub leżącego w trumnie. Bo mimo wszystko, jaka ona nie jest, to nie zasługuje na to by to zobaczyć (jak każda matka). Jednak chcieć to jedno… ale zrealizować to co się chce jest naprawę trudno. I choć nie chciałbym jeszcze odejść, to brakuje mi po prostu sił by walczyć.

Pozamiatane i 12 godzn zmarnowane…

Po prostu brakuje słów na dzisiejszy dzień, jakiś prawdziwy piątek trzynastego, który odbywa się w środę osiemnastego… Zmarnowałem prawie 12 godzin, straciłem trochę kasy i jestem niesamowicie wściekły na siebie, ludzi, pracę, pociągi i autobusy – dosłownie na wszystko…

Jednak są dwa elementy pozytywne dzisiejszego dnia – pierwszy to kawa, a drugi to już moja słodka tajemnica, jak bita śmietana na Espresso Con Pana. Kawa była świetna w bardzo przyjaznej ludziom kawiarni Grycan na Nowym Świecie w Warszawie. Serdecznie pozdrawiam przystojnego kelnera o imieniu Łukasz! Call Me, bo zapomniałem zostawić napiwek, gdyż uciekłeś gdzieś po podaniu mi kawy… ;)

20150218-Grycan_espresso

Czy znajdzie się ktoś czasowy by wypić kolejną kawę w tej kawiarni razem?