Warszaffka Work History

Jestem z pod Wołomina, jestem z Łomży, jestem z Sosnowca, przyjechałem ze wsi pod Białymstokiem. Tak najczęściej rozpoczynają rozmowy w Warszawie – gdy ludzie poznają się na wynajętym kwadracie. Młodzi ludzie tzw. „słoiki” przyjeżdżają do Warszawy w poszukiwaniu studiów, pracy, szczęścia… Często też życia jako osoba nieheteroseksualna, która w Sokółce pod Białymstokiem nie będzie dobrze postrzegana. Życie – ponoć najwyższa wartość jaką mamy…

W pełni rozumiem, osoby które wyjeżdżają do Warszawy w poszukiwaniu brakujących elementów swojej układanki życiowej. Sam taką osobą jestem. Niemniej… przejdźmy do faktów, nie mówmy o wizjach.

Co mam na myśli pisząc Warszaffka Work History – historie warszawiaków z małych miejscowości, którzy zaczynają pracować na frytkach w McDonald’s czy kasie w Biedronce. Nagle takie osoby awansują lub przechodzą do innych firm i uważają się za KOGOŚ, a reszta to PLEBS. Aha… akurat niuniu, pracować w Biedronce mogłeś w swojej Sokółce lub w McDonald’s w Sosnowcu, a nie tutaj w stolicy. To nie ambicje to ich brak i chęć spróbowania bolca, sprowadziły cię do pracowania w tych miejscach. Niewątpliwe Twój awans jest wynikiem Twojej dobrej pracy i dostrzeżenia tego przez pracodawcę.  I niewątpliwie obrastasz w piórka i nie masz szacunku dla reszty. Dlatego ja też nie wyrażam szacunku wobec takich osób (tworząc stereotyp). Uważam przy tym, że żadna praca nie hańbi i każda jest potrzebna. Jednak gdy ktoś wywyższa się byciem kierownikiem niskiego szczebla w jakiejś sieci handlowej okazując dezaprobatę innym, to mnie krew zalewa.

Zapytacie dlaczego obrałem sobie na celownik te dwie bardzo znane sieci handlowe? Dlatego, że statystycznie zatrudniają wg moich obserwacji najwięcej znanych mi osób homoseksualnych. Oczywiście nie atakuje tych firm, ponieważ sam jestem ich klientem i uważam je za jedne z przyjaźniejszych firm dla statystycznego Kowalskiego. Dlatego gdy któryś z koncernów poczuje się urażony, bardzo przepraszam i proszę szanujcie tych gejów, bo osób zza wschodniej granicy zabraknie i zostaną geje.

No i właśnie, historia ostatnio poznanego chłopaka, który pracował jako smaży frytek w Warszawie i jakoś życie się potoczyło tak nie inaczej i pracuje teraz w lotnictwie. Zdarza się, miał chłopak szczęście! Poznałem go osobiście i byłem pełen podziwu jego pasji do swojej nowej pracy i dążeniu do celu – ambitny, ale bez studiów. Tutaj właśnie pokazuje się to, że studia nie są wyznacznikiem ambicji. Jednak co z tego, jak okazał się kolejnym szczylem, który kleił hamburgery… Tak kleił hamburgery, tak jak kleił się do mnie, by potem gdy odmówiłem zerwać kontakt bez słowa, podobnie jak Przemek czy Paweł – oni też pracowali w fast foodach. I wiele, wiele innych osób które naprzemiennie pracowały albo we frytkach albo w robakach. Nie wiem czy opary oleju lub długo godzinnego pikania przy kasie im czyszczą mózgi, czy coś innego. Jednak to zdrowy objaw nie jest, skoro każda poznana homo-osoba zatrudniona w tych miejscach jest nieodpowiedzialna i zachowująca się jakby znowu w Tworkach Internet podłączono.

Warszaffko pamiętaj, możesz ze smaży frytka czy pipkacza stać się dyrektorem generalnym firmy „Pies i Kotka, będzie w budzie sześćdziesiąta dziewiąta demolka” – jednak nie będziesz miał szacunku u PLEBSU, bo nie jesteś KIMŚ, jesteś NIKIM, przez swoje zachowanie i podejście do ludzi. Wrócisz na starość do tej swojej Sokółki, czy Wołomina i będziesz wpierdzielał polędwicę, którą się pod koniec zadławisz i nikt Cię nie uratuje, bo nie będzie przy Tobie nikogo. Wzywam i proszę o szacunek, dla nas niepracujących na tak ważnych stanowiskach… Nie bawcie się uczuciami osób, które sobie tego nie życzą.

Odchodząc od tematu pracy: studenci homoseksualni SGGW i WUM też mają coś z głową… :)

Ojciec Mateusz w Epoce Lodowcowej

Powinieneś iść na księdza… padły słowa po publicznie składanych życzeniach na uczelni z okazji Dnia Kobiet. Na co padł argument – miałem, ale nie te organy mi zagrały. Ojciec Mateusz i jednocześnie Sid z Epoki Lodowcowej to dwie przyklejone do mnie ksywy, które są pozytywne. Ja swoje problemy zostawiam wychodząc na uczelnie czy do pracy za drzwiami mieszkania, potem wracam do swojej „kobiety problemowej” i z nią dzielę każdy kolejny wieczór.

Niemniej dzisiejszy wpis raczej nie będzie pozytywny i wesoły, choć po długiej przerwie. Ostatnio namiętnie wczytuje się w słowa zmarłego już ks. Jana Kaczkowskiego. Nie jestem osobą religijną i nie chodzę do kościoła, który religię stoczył do ideologii smoleńsko-kasiastej i stał się jednym z kanałów indoktrynacji. Piszę kościół z małej litery, bo na dużą literę trzeba sobie zasłużyć. A w obecnej sytuacji, czy można ideologiczną religię nazywać Kościołem? Czy kiedy do religii wkracza polityka i pieniądz to czy jest to już ideologia? Wracając jednak do x.J.K. który napisał „A co to oznacza, że przegrywamy walkę z chorobą? – spytał. Musiałem mu wytłumaczyć, że to oznacza śmierć”. Jest to fragment dotyczący rozmowy z małym chłopcem, któremu mama umierała i chciał dowiedzieć się kilku rzeczy i przygotować do wariantu ostatecznego.

Właściwie wariant ostateczny czeka każdego z nas, każdy z nas prędzej czy później umrze tak czy inaczej. Trzeba być jednak świadomym tego, że będziemy umierać i bez względu ile mamy lat, powinniśmy się do tego przygotować. Większość osób nieheteroseksualnych będzie umierać w samotności. Gdy obserwuję portale i poznaje historię różnych ludzi, dostrzegam często połowiczną akceptację czyjejś orientacji seksualnej. Przez tą połowiczną akceptację i brak kogoś bliskiego, przyjaciół po prostu umieramy w samotności, robiąc pod siebie.

Parafrazując jednak słowa x.J.K. „A co oznacza, że przegrywamy walkę z życiem? (…) że to oznacza śmierć”. Tak przegrać walkę z życiem – najgorzej jak to by ktoś powiedział. Ja przegrałem i też znajduje się w takiej sytuacji połowicznej akceptacji bez nadziei na to, że poznam kogoś, kto mi się naprawdę spodoba i kto mnie… zaakceptuje. Nie mam dobrej opinii wśród warszawskiej społeczności gejów – ale się tym nie przejmuję. Przejmuję się, gdy ktoś mówi o mnie dobrze. Wtedy mój autorytet „wściekłego, zgorzkniałego dziada” topnieje jak bałwan.

Topniejemy w samotności, jak te bałwany. Otulamy się w białą szatę marki „Warszaffka” i udajemy, że jesteśmy lepsi od innych i szukamy, szukamy, szukamy… i nie znajdujemy, bo ostatecznie liczymy na jedno i wszyscy nas otaczający panowie to plebs. Jednak takie jest życie. Mimo, że sam topnieję, to wiem że gdybym dowiedział się od lekarza „Proszę Pana, mam dla Pana złą informację – ma Pan nowotwór, zostało ok. 3 miesięcy”. Super, załatwiłbym sprawy, wybaczyłbym może kilku osobom, wyjaśnił niedokończone sprawy i zasnął. Jednak nie wszystkim bym wybaczył bo „Warszaffka” wybaczenia nie dostanie. Podkreślam nie dostanie!

Niedługo opowiem wam o „Warszaffka Work History”. Dobrej nocy! :*

Nowe szanse w nowym roku…

Niech będzie pochwalony… bo tak teraz powinniśmy się witać w chorej na brak poczucia humoru i demokracji Polsce. Dawno mnie nie było, więc pomijając to, co się wydarzyło ostatnio, pozostawmy za zasłoną kurtyny spektaklu, który się nie odbył. 

Z racji, że mamy już 2017 roku, napiszę coś od serca dla wszystkich. Moi drodzy, skończył się 2016 rok i i od 6 dni i kilku minut, jesteśmy w nowym 2017 roku. Pamiętajcie, że Nowy Rok to nowe szanse i możliwości. Życzę Wam by był on wspaniałym, pełnych nowych doświadczeń i wrażeń rokiem. Chciałbym także życzyć, by Polska w końcu podniosła się z kolan i wydostała z pod buta dobrej zmiany. Dziękuję także wszystkim dobrym ludziom i sukinsynom, bo bez Was mijający rok byłby nudny i smutny!

Mijający rok, był smutny ponieważ w ostatnich jego tygodniach odeszło wielu utalentowanych ludzi ze sceny muzyki światowej, ale takie jest życie. Rodzimy się i płaczem witamy ten świat, następnie umieramy i po nas płaczą. Śmierć, jest czymś naturalnym i odchodzimy w najmniej odpowiednim momencie. Umieramy śmiercią naturalna lub wywołaną chorobą, bądź katastrofą/wypadkiem. Jaka by ona nie była, jest końcem naszego życia. Jednak trzeba pamiętać, że mimo wszystko życie jest silniejsze od śmierci i do póki ktoś będzie o nas pamiętał, to będziemy żyli.

Wczoraj wyjrzałem przez okno na apartamentowiec, który jest przed nim. Zauważyłem kilka zapalonych świateł w mieszkaniach, które zazwyczaj są puste. Ludzie to jednak mają fajnie, siedzą w mieszkaniach i rozmawiają. Podobnie jak na Sylwestra, ludzie także spędzali go razem ze sobą… Smutno mi się zrobiło, że ja muszę od kilku dni w większości dni siedzieć sam w pokoju, myśląc nad sensem życia. Fakt, że tego sensu nie dostrzegam, ale próbuję nie zwariować i nic nie robię, bo co nie zrobię to nie wyjdzie. Jednak Nowy Rok, to nowe możliwości, które i tak nie wyjdą. Życie jest brutalne, choć podobno żyjemy w jednym z najlepszych światów na świecie.

Niepotrzebna mi, Twoja miłość i Ty… dość mam Twojej fałszywej miłości…

33 guziki…

Choć mamy dopiero półmetek miesiąca, czas przestać płynąć do New York, tylko wskakiwać w wolne jeszcze szalupy ratunkowe i wracać do Southampton. Stało się, zmiany, cięcia i zwolnienia w firmie nastąpiły tak drastycznie, że popsuły fantastyczną dotąd atmosferę. Wszystko to finalnie przedłożyło się na to, że postanowiłem dobrowolnie odejść. Czuję żal, że po raz kolejny w życiu mi nie wyszło, ale ważne by być szczęśliwym, a nie bogatym.

Jako człowiek sobie poradzę, mam jeszcze z czego żyć w tym świecie do którego w pewnym sensie nie jestem dostosowany. Wczoraj poszedłem prosto po pracy na małą imprezę, trochę alkoholu i jakoś zapomniałem choć na chwilę o problemach i o tym, że czas po raz pierwszy wysyłać CV i szukać pracy, bo w końcu ona mnie po raz kolejny nie znajdzie. Było to niemniej jednak miejsce, gdzie rzadko się pojawiam – bar branżowy. Cóż, kilka par, wielu znajomych, czy grup przyjaciół. Wszystko fajnie gdyby nie fakt, że w żaden sposób do nich nie pasuje. Nie pasuje pod względem moralnym, mentalnym, fizycznym ale też wizualnym. I problem w tym, że fizyczność i wizualność jest bardzo ważna. Nawet bardzo… niemniej był to miły i przyjemny wieczór, dający możliwość do przemyśleń i wniosków co zrobić ze swoim życiem, bo z Waszym już nic się nie da zrobić.

Dziś po pracy udałem się na małe zakupy i załatwienie kilku spraw. Mijając przy ul. Nowolipki kościół wewnętrzny głos sumienia, powrócił do wspomnienia z przed lat i wyboru jaki dokonałem. Bóg, czy homoseksualizm… wybrałem to drugie, bo jeszcze wtedy Bóg i cała otoczka coś dla mnie znaczyła. Głos sumienia powiedział, a może wróć i idź! Zedrzeć z siebie szaty i w trakcie obłóczyn założyć zobowiązujące do zachowania jedności z tym, którego nigdy w życiu doczesnym nie będzie nam go dane zobaczyć. Wyrzucić to całe pedalstwo, pochować stare znajomości i odejść dla życia doczesnego do życia duchowego. Niemniej natury nie oszukamy i są to tylko teorie oparte na przemyśleniach i przeszłości.

Niemniej nie po raz pierwszy staje mi, przychodzi mi stawać, jak to powiedział Marszałek-Senior Zych przed Izbą… a u mnie przed wyzwaniem rozpoczęcia wszystkiego na nowo. Przecież każda nowa sytuacja to szansa na rozwój osobisty i odnalezienia szczęścia. Płyńmy wiosłując w szalupach po lepszą przyszłość! Bo my jesteśmy żaglem, okrętem, sterem i kapitanem swojego życia – Ty i ja, to daje my!

Co mam zrobić?

Dziś w trakcie przerwy w pracy, którą sobie zarządziłem w ramach obiadu w barze, dostałem wiadomość od swojego znajomego z Podlasia. Niemniej jednak nie przeczytałem jej od razu, ponieważ obiad dnia był tak dobry, a ja tak głodny, że po prostu olałem sprawę.

Kiedy wyszedłem z baru gastronomicznego wracając do biura, zacząłem przeglądać wiadomości z całego dnia na telefonie i zobaczyłem zdjęcie, wspomnianego znajomego i jakiegoś nawet przystojnego faceta. Stwierdziłem, kolejny pedał do ruchania. Tak też mu napisałem, jednak odpisał pytaniem, że nie wie co ma zrobić, bo ten jego „kolega” chce kupić im obrączki.

Sam nie wiem, co mają znaczyć obrączki u dwóch facetów, niby fajne ale z drugiej strony zadaję sobie pytanie, czy potrzebne? Na jego zapytanie odpowiedziałem, jeśli będziesz z nim, a on z Tobą szczęśliwy, to znasz odpowiedź. Ja nie potrafię Ci jej udzielić…

Bo moi drodzy, ja już swoje „toksyczne związki” przeszedłem, a na nowe się jakoś nie zaopatruje, bo nikt mnie nie chce, a ja już jestem za stary. Jednak obrączki, wygląd, pieniądze, seks nie dają prawdziwego szczęścia, jeśłi osoba z którą jesteśmy nie jest z nami, a my z nią szczęśliwi.

Bądź szczęśliwy, bo jeśli jesteś szczęśliwy, to dzielisz się tym szczęściem z innymi!

„Jeszcze by się pofruwało, ale nie pasuje nie…”

Staro, czuję się staro… Wracam wspomnieniami do lat swojej młodości i dostrzegam, że mimo tylu niepowiedzeń było wtedy piękniej. Świat miał więcej barw i nie był tak czarno-biały jak jest teraz.

Przypominają mi się pewne osoby, które podczas studiów bywały przy mnie. Kiedy jedliśmy cukierki „wiśniówki” na wykładzie u Czecha, który zamiast pociąg mówił „pendolino”, zamiast xero-kopia „xero-fobia”, czy „verticale”. Lata młodości w których można było fruwać, ale nie pasowało. Teraz jeszcze bardziej nie wypada, tak jak śpiewa Stara Praga…

Każdego dnia przekonuje się, że nie mam szans na bycie z kimś. Co prawda trafiło się odkąd jestem w Warszawie poznać mniej lub więcej wartościowych osób, ale po czasie coś się zazwyczaj psuje: może mam czegoś w sobie „extra” takiego lub pojawiają się inne osoby, które mają do zaoferowania „coś więcej”. Nie jestem jak BZ WBK, czy ING – banki, które w kwietniu znalazły się w ścisłej czołówce najlepszych kont osobistych. Może jestem jak BPH albo Inteligo: stary, niemodny jednak wrażliwy i sentymentalny. Tak wiem, wypomnisz, że znowu mówię o pieniądzach czytelniku…

Dlaczego wrażliwy i sentymentalny? Nie wiem, tak mi się skojarzyło, bo BPH i Inteligo to moje pierwsze banki, a traf chciał i się zazębiło i historia zatoczyła koło. Wspominam, bo co mi zostało kiedy nie da się zrobić formatu i wgrać nowe dane, do tego pustego, głupiego łba!

Żałuje swoich lat młodości i nie chce dożyć starości w obecnej mojej żałości…

Blady księżyc na niebie nie wróży nic dobrego…

Blady księżyc na niebie nie wróży niczego dobrego. Chyba powoli mam dość walki o wszytko i wszystkich, bo po co walczyć? Skoro potem są tylko trudności związkowe, czy personalne. Niełatwe jest życie geja w małym mieście, niełatwe jest życie w dużym mieście. Podobnie jak niełatwe jest życie byłego premiera…

Trochę mi szkoda tych panciotów z fellow, kumpello czy warszawskich ulic. Ja rozumiem, że każdy szuka ideału takiego jak dwadzieścia cztery miliardy dolców, a ja nawet nie jestem jednym centem. Jednak mam to w dupie! Po prostu trzeba ich po głowie popukać i wypowiedzieć zaklęcie „eribery, pompki, rowery, książki, pilniczki, haraburdy, świeczki”, aczkolwiek pewnie by nie zaszkodziło samo pukanie, skoro w głowie pusto!

Gdy jechałem na Targówek jechał panciot z ojcem, wujkiem i dziadkiem, który go wypytywał kiedy się ustatkuje. Może dziadek nie wie, że jego wnuk wygląda i jest pedał, a jego wzrok mnie przeszywał. I kiedy gadał z ojcem, że jestem chyba z „branży” to słyszałem, że o mnie mówią… Dobrze, że wysiadłem! Nie wiem jak oni to robią, że mają tak błyszczące twarze, jak psa jaja świeżo po wylizaniu… Szkoda, że dziadkowi nie powiedzieli kim jest wnuczek, bo przynajmniej ZUS miał by oszczędność, a ja darmowe przedstawienie umierającego człowieka. Wiem, jestem bez serca i duszy, ale czy w dzisiejszym świecie warto mieć duszę i serce? Może nie dla wszystkich, może nie dla Ciebie, a może tylko i wyłącznie dla niego?

Ktoś kiedyś zapytał, a gdybym ja zmarł? To cóż, ciszej przy grobie zagra orkiestra i trochę mniej będzie ludzi. Wy dalej żyjcie i braw mi nie bijcie, spocznie w grobie niegodny syn systemu i kilku mężów uczonych… No nic, jutro wyjeżdżam z Warszawy, potem wracam na 2,5 dnia i znikam na prawie tydzień…

Homoseksualista drugiego sortu

Przeglądam profile na gejowskich portalach. Większość jest przystojna, wysportowana, ładnie ubrana. Pewnie mają wielu przyjaciół i życie towarzyskie. Znają języki i podróżują. Mają także dobrą pracę lub świetnie rokujące studia. Szukają… najczęściej seksu, choć zdarzają się wyjątki, które szukają miłości lub stałego układu, jak kto woli.

Wychodząc z domu, nie jeden facet zawiesza na nich oko, kiedy przemieszczają się w świetnym, nowym, czystym i nieznoszonym markowym ubraniu. W przeciwsłonecznych markowych okularach i zapachu markowych perfum. Włosy mają zrobione elegancko, bardzo modnie ścięte. Mężczyźni wysportowani i najczęściej metroseksualni XXI wieku, jak z obrazka…

Są cudowni, piękni i młodzi, ale… są homoseksualistami drugiego sortu…

Każdy z nas będzie stary, każdego z nas może dopaść choroba i każdego z nas może spotkać wypadek. I co wtedy, kiedy nie macie żadnych pozytywnych wartości? Ubieranie się w markowe ciuchy, używanie markowych perfum, posiadanie multum znajomych i dobrej posady, nie da wam gwarancji, że nie będziecie samotni, gdy wasza twarz wyniszczy się chorobą lub lata młodości przeminą nieodwracalnie.

Wszyscy odejdą, bo nie macie wartości. Kiedy będziecie umierać samotni w pokoju z kilkudniowym zarostem, bladej i zapadłej ze strachu twarzy, przed nieznaną nikomu śmiercią. Co wtedy zrobicie, kiedy już nikt się za wami nie obejrzy? Bo na wasze miejsce będą inni „cudowni, piękni i młodzi…”

Wieczorny spacer ulicami Mokotowa

Nie mogłem już wytrzymać i musiałem się przejść ulicami dzielnicy, której nienawidzę, a na której musiałem zamieszkać. Włożyłem słuchawki w uszy i rytm muzyki klasycznej m.in. Spring Waltz, czy Funeral March Fryderyka Chopin’a szedłem po śniegu i rozmyślałem nad sensem mojego bytu tu i teraz…

Jeżeli chodzi o blog, to to jest dobre narzędzie do przekazywania myśli. Jego misja była na początku dość niejasna i bez sensu. Potem urodziła się pod wpływem tego, że udało mi się wykaraskać od wielu problemów. Niestety, nie będę oszukiwał, że było to tymczasowe. W kilkumilionowym mieście jesteś samotny, bo większość Twoich znajomych pracuje i/lub ma Cię za wariata i nudziarza. Trudno, przeżyję – kasując bezpowrotnie każdą niepotrzebną mi osobę z kontaktów. Jeśli ktoś zerwał kontakt i dostał drugą szansę, nie wykorzystując jej, to jest dla mnie jasny sygnał tego, że nie jest mi ta osoba do szczęścia potrzebna.

Niewątpliwe jest to, że nie zabiję się z własnej ręki. Jednak osobiście nie chce mi się już żyć i podczas tego spaceru doszedłem do wniosku, że małą stratą byłoby moje nagłe odejście. Dlatego niedługo planuje wybrać się samolotem do Wrocławia, jadę spełnić swoje marzenia: zobaczenia tego miasta i lotu samolotem.

Jeśli ten samolot się rozbije lub zginę w jakimkolwiek wypadku, to mój wielki sen, który gna mnie w nieznaną dal, bez barier i granic się zakończy. A wtedy będę cholernie szczęśliwy! Najbardziej mi będzie jednak żal, tych pierdolonych wyzyskujących drugiego człowieka hien – czyli „znajomych mam sprawę”, bo kto tym kurwom pomoże?

Wisit Jabłko

Wisi jabłko wisi, ale w końcu spada… nie jedna panna za mąż wyszła niechybnie, zaś nie jeden pan zbłądził, ale nie potrafił kontynuować błądzenia i się przyznał.

Życie to nie piosenka, którą można odtwarzać w nieskończoną ilość razy. To piękne, że każdego dnia przeżywamy całkowicie coś innego i nie jest to w pewien sposób monotonne. Każdego dnia przechodzimy w tych samych miejscach, ale ciągle widzimy coś nowego. Nowych ludzi, nowe samochody, albo zniszczony śmietnik. Takie proste, błahe i świadczące jednocześnie o czymś wielkim: niepowtarzalności dnia i życia.

Dlatego w życiu trzeba postępować sprawiedliwie i odpowiedzialnie, a ostatnie dni nauczyły mnie tego jeszcze bardziej. Czasami trzeba powiedzieć, choćby najgorszą i gorzką prawdę dla kogoś, niż ciągnąć coś w nieskończoność i po pewnym czasie skrzywdzić, nie krzywdząc siebie. Nie potrafię tak, nauczony tym co się wydarzyło rok temu. Na koniec potrafiłem tylko powiedzieć „przepraszam”, bo nikt nigdy mi tego nie powiedział.

Mogę powiedzieć, że pogodziłem się z przeszłością w pewnym sensie, ale nie do końca. Ona mnie nauczyła lęku przed związaniem się z kimkolwiek, albo przynajmniej utrzymania relacji ku temu sprzyjającej. Jednak nic… jak do trzydziestki się nic nie poprawi, to po osiągnięciu jej pozostanie masturbacja i seks za kasę z małolatami… Choć mam nadzieję, że nie stoczę się do tego poziomu i przystanę na masturbacji i nauczaniu małolatów za kasę, jak żyć!

Czy potrafię żyć się zastanawiam? Chyba tak… jak sądzicie?