Smutny weekend…

Kolejny smutny weekend, który potrwa aż do wtorku. Dziś już chce mi się płakać, wracają wspienienia i odwieczne pytanie, dlaczego?

Ponownie nie mogę odnaleźć odpowiedzi na to krótkie i proste pytanie. Dużo winy widzę w samym sobie – przez to jak wyglądam, jakie słabe kierunki studiów kończę i to, że nie jestem z super dzielnicy w hiper mieście. Niestety… najwięcej winy widzę w sobie. Telefon milczy od tygodnia, ktoś tam napisze od czasu do czasu, ale gdy zapyta co słuchać i słyszy odpowiedź – źle, to szybko zmyka. No tak, lepiej nie zajmować się czyimiś problemami tym bardziej, że się pomóc nie da…

Każdego dnia gdzie nie spojrzę, to znajduje w sobie lub w przedmiotach codziennego użytku, każdego który mnie zranił. Nie mogę już wytrzymać w chorym domu… od tego pierdolenia matki, które nawet teraz trwa. Chyba się napiję… idę.

Niemniej jednak – miłego weekendu szczęśliwi ludzie!
Gdy serce bić przestaje, szum wiatru, ptaków śpiew tylko pozostaje…

Nie wiedzialem, czy wracać do domu…

Następnego dnia po ujawnieniu nie wiedziałem czy wracać do domu i czy w ogóle mam dom. Wynikało to z faktu, że właśnie o tej samej porze co dziś wyjeżdżałem do Warszawy. Odwiedzę więc Warszawę, ale nie Ursynów… Pomimo, że nie jadę do teatru, to jadę się przespacerować, by wspomnieć i ostatecznie się pożegnać z tą historią. Spędzę ten czas samotnie, bez nikogo – bo jak zwykle nie ma z kim, każdy „zajęty”.

Nie spałem tamtej nocy w ogóle, siedziałem przed komputerem na fejsie i myślałem, co będzie dalej. Rano tak jak byłem ubrany dzień wcześniej wyszedłem z domu i pojechałem do Stolicy. Zajechałem na miejsce po godz. 9:00. Pamiętam, że był to piątek i Radek mnie nie odebrał z PKP, bo jak wspomniałem byliśmy skłóceni. Kierowca jeszcze nie wypuścił mnie z autobusu na odpowiednim przystanku i musiałem wracać kawałek piechotą.

Musiałem poczekać chwilę przed budynkiem na Radka, który przyjechał ok. 10:00, bo tak byliśmy umówieni na miejscu. Przywitał się ze mną ozięble, weszliśmy do środka lokalu i zająłem miejsce przy grzejniku siedząc skulony. On oglądał filmy w Internecie i nie pytał co się dzieje. Dopiero po jakiejś godzinie poszedłem do niego i usiadłem na podłodze tuż za nim. Poprosiłem go by usiadł obok, by ze mną porozmawiał. Nie odwrócił się nawet do mnie, tylko powiedział, bym mówił. Poinformowałem, go że powiedziałem o sobie matce. Zareagował okrutnym śmiechem, po czym przepraszał za swoją reakcję. Tłumaczył, to że on tak ma. Przyszedł jego szef, zapytał co taka dziwna atmosfera panuje – odpowiedziałem, że miałem ciężką noc i wszystko jest w porządku. Szef zaraz się zmył, ja poszedłem na swoje miejsce tj. do grzejnika w innym pomieszczeniu.

Po jakimś czasie zauważyłem, że jego szef wraca i albo teraz albo nigdy… Poszedłem do Radka, przytuliłem i pocałowałem w jego zarośnięty policzek, mówiąc: „Przepraszam Ciebie przyjacielu, nie chcę Cię stracić…” i zacząłem panicznie płakać na jego ramieniu. Był zaskoczony, wręcz nie wiedział co ze sobą zrobić… powiedział tylko bym się uspokoił. Stwierdziłem, że to najprawdopodobniej jedno z ostatnich naszych spotkań i moja wizyta w tym miejscu.

Po tym zajściu musiałem się ogarnąć, więc wróciłem do grzejnika i czekałem tam, do czasu kiedy przyszła R. która zaczęła ze mną rozmawiać o tym co wydarzyło się wczoraj i potwierdziła drogą telefoniczną mojej matce, że jestem u niej. Opowiedziałem jej wszystko co się wydarzyło kilkanaście godzin wcześniej, popłakałem się tak jak i ona się popłakała i wpadliśmy sobie w ramiona. Najbardziej komiczną sytuacją było to, że jej mąż był tuż za ścianą. Podobna sytuacja z płaczem była gdy jej powiedziałem o sobie, oboje płakaliśmy i dopiero po kilkunastu minutach napisała SMS, że nie ważne czy jestem gejem – ważne jakim jestem człowiekiem i ona swojego stosunku do mnie nie zmieni. Mijały kolejne godziny i kiedy zostaliśmy we trójkę Radek zaczął się ze mnie nabijać, wspominając, że mówiłem o tym, że jest to moja ostatnia wizyta.

Wydawało się, że wszystko wraca do normy, ja już się uspokoiłem, aczkolwiek bałem się powrotu do domu. R. pojechała do sklepu zostaliśmy sami i oglądaliśmy filmy – nie rozmawialiśmy o tym co się stało w domu. Zaczął mi tylko pokazywać na Kumpello kogo poznał… i napisał komentarz pod moim wpisem po Coming Oucie, związanego z penisem czy czymś takim…

Potem wracaliśmy do domu on do swojego, ja do swojego. Odwieźliśmy go na Wilanowską, bo jak się okazało, ciotka do mnie jechała. Jej przyjazd dał więc dwa dni spokoju od rozmowy z matką. Następnego dnia tj. 10 marca 2012 roku ponownie miałem jechać do Warszawy i to już było ostatnie spotkanie z Radkiem… jednak o tym jutro… bo teraz czas do Warszawy….

„Mamo jestem gejem” – pokłosie 3 lat…

Dzień Kobiet – czyli dzień kiedy nigdy nie kupię kwiatów, dla tej której kocham. Bo jej nigdy nie będzie. Mamo – jestem gejem… powiedziałem do matki przez łzy siedząc na przeciwko niej przy stole. Nie mogła w to uwierzyć, nie pogodziła się do dziś…

Dokładnie 8 marca 2012 roku powiedziałem swojej matce kim jestem naprawdę. Chodziło to za mą od dłuższego czasu. R. (moja przyjaciółka) nie wierzyła, że powiem… Próbowałem się do niej wtedy dodzwonić bezskutecznie. Miała wyciszony telefon, a ja zapłakany dałem po rozmowie z matką wpis na Facebook’u „nic już nie będzie takie samo…” i wtedy uwierzyła w to co mówiłem.

Pamiętam ten dzień i kolejne dni tak dokładnie, że jestem w stanie je w całości opowiedzieć. Pamiętam jeden istotny element, którym było skłócenie z Radkiem – którego wtedy uważałem za przyjaciela, ale nim nie był…  Nie miałem wtedy nikogo, byłem sam… choć wiedziałem, że jutro czeka mnie widzenie z nimi…

Matka nie mogła przyjąć tej wiadomości… do dziś z tym się nie może pogodzić. Co prawda od lat nie rozmawiamy na ten temat i pokłosiem mojego wyjścia z szafy jest zwyczajne podejrzenie o to, że z kimś się spotykam i ciągłe sprawdzanie kiedy wrócę oraz gdzie jestem. Podobnie gdy ktoś zadzwoni przez telefon, zaraz pyta kto dzwonił, albo gdy komuś mówię „cześć” to pyta kim on jest…

Pamiętam do dziś jej niezadowolenie gdy zaczynałem studia na Politechnice, twierdziła „brzydki budynek” ale w sercu miała coś innego. Za to bardzo uradowana była, gdy wyprowadzałem się z Rembertowa….

Po trzech latach nie mogę stwierdzić, że żałuje. Z całą pewnością nie żałuje tego, że powiedziałem. Wynika to z faktu, że umrze świadoma, że jej najmłodszy syn ssie kutasy. Ktoś zapytał mnie kiedyś, jak się czuje z tym, że mam zakaz spotykania się w domu z chłopakiem? Jak sobie wyobrażam budowanie związku na tej zasadzie oraz jak odbieram fakt, że matka nigdy nie będzie chciała poznać mojego partnera?

Cóż… nie boli w każdym razie. Jestem osobą, która godzi się z tym czego oczekuje ode mnie drugi człowiek – mam odejść, odejdę. Mam zostać, zostanę… Tak jest również w tej sytuacji. Matka nie musi poznać nigdy mojego partnera. Zresztą na chwilę obecną jego nie mam i nie planuje mieć. Nie bez przyczyny usunąłem fellow, dla mnie nie ma faceta na tej planecie. Wszytko to jakieś cymbaliska z fiutkami zrobionymi z klocków lego… Tak więc budowanie związku nie jest możliwe z faktu zakazu spotykania się w domu. Po prostu wynika to z braku cementu do pustaka jakim ja jestem. Cement z połączeniu z pustakiem, którego się zaakceptuje – dalby możliwość wybudowania bezpiecznego domu o nazwie „związek”. Bo związek to bezpieczeństwo, to coś pięknego!

Oczywiście, ujawnienie się przed matką było tez częściowo ujawnieniem się przed szerszym gronem znajomych: Natalią, Marysia, Agatą, Dorotą… z każdym ujawnieniem się było łatwiej. Matka chciała mnie na początku zmienić. Pytała jaka jest przyjemność z brania do buzi, dawania dupy lub wkładania w dupę. Nie chciałem rozmawiać z nią na ten temat… Odesłałem ją do ojca by jej włożył w dupę i wtedy się dowie, bo ja po prostu nie wiem… jaka jest! Powiedziała wtedy, że będzie się za mnie modlić i pragnie bym poszedł do spowiedzi, bo może Bóg i ksiądz mi by pomógł. Tak… jeszcze by biedny doszedł w tej swojej budce z kratkami… W Boga wierzyłem, ale wtedy definitywnie odszedłem od Kościoła…

Dziś temat mojego homoseksualizmu, problemów i mnie samego jest tematem tabu. Nie rozmawiam z matką o niczym co dotyczy mnie samego, co dotyczy sfery psychologicznej. Nie rozmawiamy na temat tego czy jetem szczęśliwy i mojego homoseksualizmu.

Wiem jedno… nie pogodziła się i nigdy się z tym nie pogodzi. Jednak zmieniać mnie nie będzie… Mam nadzieję, że bycie homoseksualistą, co jest dla mnie czymś pięknym nie stworzy jej obrazu syna wiszącego na sznurku lub leżącego w trumnie. Bo mimo wszystko, jaka ona nie jest, to nie zasługuje na to by to zobaczyć (jak każda matka). Jednak chcieć to jedno… ale zrealizować to co się chce jest naprawę trudno. I choć nie chciałbym jeszcze odejść, to brakuje mi po prostu sił by walczyć.

No nie wiem…

Nowy miesiąc, a dzięki rodzinie zaczął się bardzo fatalnie… Cały dzień każdy na mnie krzyczał w szczególności syrena alarmowa Hitler Mutter… nie doceniono tego, że od dwóch dni siedzę w kuchni i gotuje dla całego domu! Bo przecież jestem jebanym pedałem, który ma w życiu nic nie osiągnąć!

Nie mam wsparcia nawet w rodzinie. Doszedłem do wniosku, że w tej rodzinie liczy się wygoda, pieniądze i własne ja. Twoje problemy nie są moimi problemami i ma Ci się nie udać. Takie przekonanie panuje pod moim adresem. Gdy mówię krytycznie prawdę, to mam się zamknąć. Jednak nie chcą bym wyjechał, bo nie będzie komu zawieźć na promocję do Tesco… Jednak ja muszę wyjechać! Nie ważne gdzie i w jaki sposób…

Jedak spoko, przeżyje… a nawet jeśli to i tak nikt już o mnie nie pamięta. Znajomi odchodzą, a Ci co zostali odzywają się jak mają do mnie interes. Tych których przeprosiłem, albo na których mi zależało i walczyłem – nie mam możliwości przyciągnięcia, a sami nie napiszą. Przyjaciół nie mam, choć kiedyś miałem, ale „nie zatruwaj nam życia”. Rodzina bogojebna co więcej przeklina dziennie niż paciorków w różańcu. Co jak pluton egzekucyjny próbuje Cię wykończyć jednego dnia… Może nie uwierzycie, ale tak jest… Tylko nikt nie potrafił mi odpowiedzieć na proste, krótkie pytanie: Dlaczego?

Gdyby mi ktoś powiedział, to chciałbym to wszystko odkręcić. Jednak czasami po protu trzeba stracić, by zrozumieć…

Ostatnio zadajemy sobie więcej bólu niż miłości….

Drogi Pawle, to już ostatni wpis na tym blogu z Twoim imieniem i to ostatnie słowa, które do mnie wypowiedziałeś, gdy równo dwa lata temu się rozstaliśmy „Ostatnio zadajemy sobie więcej bólu niż miłości…” Pamiętam ten dzień do dziś…

Przez te dwa lata zrozumiałem jedno: byłeś jedną z dwóch osób którą kochałem bezgranicznie, ale jedyną której prawie wszystko wybaczyłem. Nie wybaczyłem Tobie jedynie już dla mnie domniemanego wtedy, a dziś realnego powodu rozstania. Wróciłeś do swojej pierwszej miłości – po raz trzeci. I doskonale wiesz, że niedawno pożyczyłem wam szczęścia i to nie było na pokaz, to było szczere. Bo ważne, abyś był szczęśliwy. Nie wybaczyłem też tego, co zrobiłeś mi 15 stycznia 2013 roku w Łukowie. Co do reszty nie mam żadnych żali i uwag, nie mogłeś niektórych rzeczy sam zahamować, bo albo byłeś za słaby, albo zwyczajnie nieświadomy.

Zostawiłem Cię, bo nie miało to sensu… od kilku tygodni nie rozmawialiśmy jak kochająca się para z grudnia 2012 roku. Potrzebowałeś czasu, potrzebowałeś zrozumienia, płakałeś mi w ramię i mówiłeś, że on Cię skrzywdził i że nie możesz się z tym pogodzić. Nie byłem w stanie Ci zapewnić tego co on, nie byłem w stanie Ci pomóc, byłem zbyt słaby choć się starałem. Przepraszam, bo co mogę powiedzieć innego.

Dziś nas nie ma, mijamy się na ulicy, czy w pociągu jak nieznane sobie osoby. Nie rozmawiamy, nie piszemy, nie mam do Ciebie nawet numeru telefonu – by przypadkiem nie napisać. Przeżyliśmy ze sobą naprawdę super chwile, kiedy to się z Tobą szarpałem w ciemnej ulicy za zabrane mi dokumenty, a Twój telefon i kiedy Cię po raz pierwszy pocałowałem i przytuliłem. Kiedy to chodziliśmy gdzieś za miasto by spędzić ze sobą ostatki na rozmowie, całowaniu i przytuleniu się do siebie. Nomen omen dziś wypadają ostatki.

Piękne chwile w Twoim domu, kiedy to jechałem blisko 100 km w jedną stronę by się z Tobą zobaczyć. Pamiętam jak wtedy mnie przytuliłeś gdy coś robiłem na Twoim komputerze. Gdy Twoja siostra czy matka wchodziły zobaczyć „kim jest informatyk” z mazowieckimi tablicami rejestracyjnymi. Piękne chwile w kawiarniach, barach czy restauracjach od których rosły nam brzuchy… mi do dziś rośnie!

To się wszystko rozsypało, rozbiło na drobne kawałeczki. Bo nie chciałeś rozmawiać o swoim problemie, bo wybrałeś samotność. Wybrałeś inną drogę życia – nie naszą wspólną, a swoją własną.

Nie ważne co było, nie ważne co będzie – przed Tobą jak i po Tobie nie miałem nikogo przez prawie dwa lata. Po Tobie pojawił się tylko Przemek – którego poznałeś i Mariusz… obaj chcieli się tylko zabawić, potraktować to jako przygodę lub próbę, obiecując, że może coś się uda. Ty nie obiecałeś, Ty byłeś… potem tylko zwyczajnie się rozmyśliłeś, być może nigdy nie kochałeś. Bo serce może kochać tylko jednego i Ty wybrałeś tego mam nadzieję najbardziej odpowiedniego.

Życzę Ci z całego serca szczęścia i dziękuję, dziękuję za wszystko Pawle!

Piątek trzynastego…

No tak ponownie w pogoni za bogactwem, zabrakło mi czasu na napisanie wczoraj artykułu. Jednak w pracy mamy trochę projektów i przypadło mi wykonanie dużej części przypadającej dla mojego regionu. Przez to brak wczoraj wpisu.

Drodzy Państwo – piątek, piąteczek, piątunio! Czyli początek weekendu, ale niestety piątunio był pechowy (bo trzynasty). Właściwie zostałem uświadomiony podczas dzisiejszych zakupów w Bershka, że jest piątek trzynastego. Nie jestem przesądny więc nawet nie myślałem o dacie. No cóż… gdy wstałem to faktycznie źle się czułem, trochę wypiłem wieczorem. Jednak udało mi się wstać po ok. 2 godzinach leżenia w łóżku (I DID IT). Dodatkowo jakoś tak z rana powróciła do mojej głowy na chwilę przeszłość, tak jak teraz gdy piszę ten tekst – też ona się pojawia, bo moja intuicja nigdy mnie nie myli.

Dziś otrzymałem ocenę postępowania ostatniego z bohaterów mojego serca, który mnie oszukał…

No ja na temat tego gościa nie będę pisać, bo to strata czasu, przynajmniej dla mnie, a Tobie radzę się nie angażować w takie duperele z takimi ludźmi.

Szkoda tylko, że tak późno otrzymałem taką radę… Więc ruchaj się na tym Gocławiu czy Bemowie z kim tam chcesz i kiedy chcesz… Tylko nie wciskaj kitu, że nie „zdradziłeś”. Bo w to nie uwierzę, kłamać nigdy nie potrafiłeś pozbawiony mózgu zboczeńcu!

Byłem też dziś w dziekanacie rozliczyłem przedostatni semestr studiów. Dostałem też, bardzo śmieszny dowcip studencki od mojego „znajomego”.

Przychodzi baba do lekarza ze studentem w dupie. Lekarz widząc ją, mówi „o dzień dobry Pani dziekan!”

Zrobiłem trochę zakupów, a na otarcie łez poszedłem na lody i kawę do kawiarni Grycan, niestety sam… ale to nic, bo godzę się z tym, że tam po drugiej stronie stolika nie pojawi się nic innego prócz mojej kurtki i torby.

grycan_siedlce

„Bezpiecznik” EDU – Część 3

W szkole średniej czułem się dziwnie, bardzo dziwnie – przez pierwsze trzy tygodnie, potem stałem się ulubieńcem całej rady pedagogicznej, dyrekcji i pracowników. Tak trafiłem do najlepszej szkoły średniej i najlepszej klasy!

Zaangażowałem się w życie szkoły, realizowałem różne przedsięwzięcia. Podczas liceum pamiętam, że platonicznie zakochałem się w heteryku. Próbowałem ustalić w jakiś sposób czy nie jest przypadkiem biseksualny. Napisałem do niego, nie przedstawiając się kim jestem. Niestety po rozmowie rozwiał moje wszelkie wątpliwości. Był w stosunku do mnie bardzo grzeczny i wyrozumiały, ale powiedział mi jasno, że faceci go nie interesują.  Tak więc sobie Konrada darowałem raz na zawsze. Chyba się domyślił kto pisał, ale nigdy w późniejszym życiu o to nie zapytał, choć czasami mijamy się na ulicy bez większego zauroczenia w sobie!

W trakcie liceum, a dokładnie przygotowań do matury po raz pierwszy zacząłem na poważnie z kimś pisać na fellow, był to Karol, mieszkał w Łukowie. Sympatyczny chłopak, którego nigdy nie poznałem na żywo. Spędzaliśmy „ze sobą” kilka e-godzin dziennie. On zdawał maturę, ja zdawałem… i tak jakoś pisaliśmy, mieliśmy wspólne zainteresowania. Jednak sielanka nie trwała dłużej, bo bez większego uzasadnienia zwyczajnie przestał pisać.

Czułem się wtedy po raz pierwszy zmartwiony… z biegiem lat uznałem to za dość głupie! Kilkukrotnie próbowałem wznowić kontakt, ale mimo tego, że byliśmy umówieni to zrezygnował z pisania i wyszło jak zawsze.

Szkołę średnią skończyłem z wynikiem bardzo dobrym, byłem najlepszym uczniem w klasie i najprawdopodobniej szkole. Dziękuję z tego miejsca ponownie swojej nauczycielce języka polskiego i niemieckiego, bo dzięki tylko tym paniom rozpocząłem swoje życie na studiach i jednocześnie uruchomił się we mnie syndrom prawdziwego geja, który chce w końcu wyjść ze skorupki i poznać kogoś ciekawego.

I od tej pory po zdanej maturze, zacząłem decydować o sobie i prowadziło mnie jedno „Ja wam teraz kurwa pokażę!”. Najbardziej błędna i złośliwa dewiza jaką człowiek może przyjąć w życiu, bo zawsze odwraca się z podwojoną siłą.

„Bezpiecznik” EDU – Część 2

W gimnazjum ponownie rozpoczął się koszmar pierwszych klas szkoły podstawowej, znowu wina nauczyciela który zwyczajnie się mścił. Gdzie dzieciaki były przeciwko mnie, gdzie panowała atmosfera – jesteś gorszy! I ponownie musiałem się przenosić, tylko że z klasy do klasy.

Nie wiem, może gdzieś tkwił mój błąd, ale nikt mi go nie wskazał, nie powiedział, co źle robię… ale jak to bywa w grupie – ktoś musi być na górze, ktoś na dole, a ktoś do robienia za kozła ofiarnego.

W gimnazjum też zacząłem widzieć, że coś jest ze mną nie tak i zaczął się mój dramat i największe szczęście którym był właśnie homoseksualizm. Próbowałem to poznać szukając informacji i kontaktów z osobami takimi jak ja w Internecie… Czaty, strony internetowe, portale stanowiły jakiś wycinek, aczkolwiek nie duży. Z początku było to bardzo niesystematyczne, bez większego zainteresowania mnie tymi osobami. Cichło, pojawiało się, znikało i tak w kółko…

Kiedy szedłem do gimnazjum rodzice twierdzili, że nie dotrwam tam dłużej i nie pójdę do szkoły średniej, ale się udało! Trafiłem do najlepszej dla mnie klasy i szkoły pod słońcem.

CDN…

Podlaska łezka w oku…

Kiedyś wspominałem o Bielsku Podlaskim. Dziś akurat tam się wybrałem. Kiedy wjeżdżałem do miasta położonego na Podlasiu – zakręciła mi się łezka w oku z powodu pięknej chwili spędzonej tam w 15 grudnia 2011 roku. Był kimś ważnym, ale już go nie ma…

Postanowiłem dziś podzielić się z Wami tym miastem pokazując niektóre miejsca wspomniane we wpisie z przed kilku tygodni. Dodatkowo odwiedziłem Cmentarz Żołnierzy Armii Radzieckiej i Mogiły Żołnierzy Wojska Polskiego.

20150204-BielskPodlaski(03)

20150204-BielskPodlaski(01)

20150204-BielskPodlaski(02)

20150204-BielskPodlaski(04)

20150204-BielskPodlaski(05)

„Bezpiecznik” EDU – Część 1

Nowy miesiąc zawitał w naszych kalendarzach. Miesiąc zakochanych – walentynki już za 13 dni. Jak ja ich nienawidzę, nigdy tego święta nie obchodziłem. Bo nawet jak byłem z Pawłem S. to nawet nie przysłał mi wiadomości… Dlatego też w lutym przedstawię trochę wspomnień z dzieciństwa i lat młodości. Rozpoczniemy więc cykl „Bezpiecznik” EDU od szkoły podstawowej w której być może rozpoczął się proces wyniszczania mnie od środka.

Kiedy uczęszczałem do szkoły podstawowej rodzice nie wierzyli we mnie. Nie wierzyli, że coś z tego człowieka wyjdzie, z zasady wierzyli, że nie wyjdzie i pewnie mieli rację. Kiedy rozpoczynałem szkołę podstawową nie zostałem od samego początku zaakceptowany przez rówieśników, nauczycieli i wszystkich. Czułem się tam jak człowiek drugiej kategorii. Nie radziłem sobie przez to na ścieżce edukacyjnej, ledwo otrzymując promocję z klasy do klasy. Dokuczano mi, poniżano nie tylko z racji wyglądu ale też pochodzenia – rodzice nie są na wysokich stanowiskach, raczej na takich które się uważa za margines. Tacy ludzie w tym środowisku traktowani są jak gówno, dlatego i ja musiałem być tak traktowany.

Pamiętam do dziś jak lano mnie po łbie bo nie wiedziałem jak rozwiązać zadania z matematyki, której szczerze nie pojmowałem przez całe swoje życie. I do niczego mi się nie przydała… Chciano mnie w związku z tym skierować do szkoły specjalnej, bo wg rodziców tylko tam się nadawałem.

Matka była nadopiekuńcza, zawsze kupowała mi plecak którego nosić nie chciałem, ubierała mnie jak palanta. Niestety jako dziecko nic na to nie mogłem poradzić, nie mogłem zadecydować. Pamiętam do dziś jak przebrała mnie na dzień wiosny za pannę młodą i przyprowadziła mnie do klasy, gdzie wszyscy wybuchli śmiechem i cały dzień mi dokuczano.

Dokuczano mi nie tylko przez to, że na dzień stałem się osobą „transseksualną” choć pojęcie to w tym wieku było abstrakcją. Pamiętam jak mnie popychano na korytarzu, bito, poniżano. Nikt z nauczycieli nie reagował, bo po co… wychowawczyni nie widziała problemu. Natomiast gdy zacząłem się bronić i kogoś uszkodziłem na twarzy, to było wielkie hallo…

W związku z napiętą sytuacją i trzech latach strasznej męczarni w szkole podstawowej, matka podjęła decyzję w czwartej klasie o przeniesieniu mnie do innej szkoły. Stało się to po tym, jak w trakcie lekcji wybiegłem z zajęć i nie chciałem tam wrócić. Przeniesienie nastąpiło w przeciągu kilku dni. Była to słuszna decyzja! Życie się trochę zmieniło, było dobrze, ba lepiej niż się spodziewałem. W nowej szkole doszło do pełnej akceptacji i już na drugiej przerwie biegałem z dzieciakami po korytarzu z uśmiechem na ustach. Nie zapomnę tamtych lat, gdzie pani od przyrody powtarzała wielokrotnie „lekcja, data, temat…”, Dyrektora, który przechodząc korytarzem budził respekt i strach, czy Pani od matematyki, która była moją ciemiężycielką lub psychicznej kobiety od religii.

I jakoś wtedy wszystko na tej drodze edukacji z roku na rok było lepiej, lepsze oceny, większe zrozumienie i akceptacja. Rodzicom gdzieś uleciała myśl, aby skierować mnie do szkoły specjalnej.

Nie zapomniałem tamtych lat do dziś… dyskotek, balu na zakończenie szkoły i notabene zauroczenia w dziewczynie! Bo wtedy nie była to miłość w tym wieku nie istnieje miłość, tylko zauroczenie do dziewczyny która poprosiła mnie do tańca. Wtedy byłem bardzo nieśmiały w stosunku do dziewczyn (kobiet), ale też nie wiedziałem, że jestem osobą o skłonnościach homoseksualnych.

CDN…